W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

Ale się działo, oj działo

2012-05-25 20:41:04, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura, Miasto,

To był tydzień, licząc od 17 maja. Jazzu było po same uszy. I jeszcze Mała Akademia Jazzu do 1 czerwca.  Do wyboru, do koloru. W czwartek koncert Marka Konarskiego, młodego gorzowskiego saksofonisty, świetnie się rozwijającego. Myślę, że będziemy mieli z niego pociechę. Odkryłem go parę lat temu w Gimnazjum nr 4 przy ulicy Grobli, przy okazji realizacji Małej Akademii Jazzu. I tak się zaczęła nasza znajomość. Potem zniknął, by  kontynuować swoją edukacje muzyczną. W piątek blues: Frank Morey and His Band. Na scenie perkusja rodem z Nowego Orleanu, z czasów kiedy muzycy grywali na parowcach pływających po rzece Missisipi. Okazało się, że perkusista ma całą kolekcję instrumentów perkusyjnych, które towarzyszyły narodzinom jazzu. Frank to charyzmatyczny wokalista i gitarzysta, kultywujący tradycje starego bluesa.

No i przychodzi poniedziałek, 21 maja, i zapowiadany od dawna koncert Lee Ritenura i Dave'a Grusina w ramach Gorzów Jazz Celebrations (GJC). Te koncerty stawiają mnie zawsze na baczność. Niezastąpiony Hubert Zbiorczyk, który dba o realizację technicznych wymogów ridera. W nim są opisane wszelkie detale, takie jak mikrofony, wzmacniacze, nagłośnienie, stół mikserski, instrumenty muzyczne (łącznie z kolorem ręczników i papierem toaletowym), związane z realizacją koncertu, jakie musimy zapewnić muzykom w dniu koncertu. A są to elementy z najwyższej półki przemysłu muzycznego. Pod tym względem był to najtrudniejszy koncert w dotychczasowej historii GJC. Jeszcze w dniu koncertu  kurierem docierają instrumenty ze sklepu muzycznego z Berlina. Nie wszystko jeszcze w Polsce można dostać.

Cała ta robota zaczyna się dwa miesiące przed koncertem. Najpierw ustalamy, na ile możemy spełnić wymogi techniczne ridera. Jak czegoś nie mamy, to dajemy zamienniki. Jak złożymy to do kupy, to wysyłamy do akustyka artysty naszą listę z prośbą o akceptację. No i zaczyna się zabawa mailowa, a idzie w niej o podstawową rzecz: stworzyć muzykom i ich akustykowi jak najlepsze warunki do ich pracy tak, aby w dniu koncertu była jak najlepsza atmosfera i radość obcowania z ich sztuką. Z reguły ich akustyk to również tour manager dbający o artystów. Więc ma chłop co robić, ale jak taki trafi wraz z muzykami w ręce Filarowej ekipy i poczują opiekę z naszej strony, to wszelkie bariery puszczają i zaczyna się przyjemność z bycia razem. Dla mnie noc przed koncertem to męka. Cała ta garmażerka, która stoi na scenie, a głównie instrumenty i wzmacniacze, jest wynajmowana od specjalistycznych firm i jedzie z Polski do Gorzowa. No a niech będzie jakieś bęc po drodze i po zawodach, a dokładniej koncercie. Strach myśleć, a co dopiero spać. Ale jak to wszystko do Gorzowa dojedzie, to myślę sobie ,,Ja już wszystko zrobiłem”, reszta w rękach artystów, a dokładniej linii lotniczych. Dolecą, nie dolecą na czas?

Przy koncercie Kurta Ellinga mieliśmy przygodę. Zagubił się ich bagaż i ich tour manager został w Zurychu, aby go odzyskać, a artyści polecieli do Berlina, zaś potem do Gorzowa. Ale oni występowali dopiero następnego dnia, więc problem był mniejszy. Ekipa Ellinga na kolacji w klubie, a my zostajemy w kontakcie z ich managerem przez całą noc i rano odbieramy go z Berlina. Z kolei zespól Klausa Doldingera przyleciał z dużym opóźnieniem. Przy tankowaniu paliwa woda dostała się do zbiornika samolotu. Klaus nie mógł się nadziwić, jak do tego mogło dojść przy niemieckiej precyzji. On był zdziwiony, a u nas było nerwowo. To, co przeżywałem przed pierwszym koncertem w ramach GJC z udziałem Richarda Bony, to katastrofa. Istny horror. Wtedy cała tak duża produkcja to była nowość. Umowa, rider, backline, catering, co jedzą, czego nie jedzą, co ma stać w garderobie, jaka woda mineralna itp., obostrzenia prawne związane z realizacją koncertu. Amerykańskie ubezpieczenia, które od strony finansowej obejmują kwoty w milionach dolarów i nijak się mają do naszych realiów. Wtedy jeszcze tego nie znałem, a teraz wiem, jak to wygląda i jest łatwiej. Poniedziałek, 21 maja, godzina 10.30 - z hotelu w Berlinie odbieramy ekipę Lee Ritenura. Muzycy dzień wcześniej grali w tym mieście. Nie ma lotów, nie ma dużych przelotów, są wypoczęci, nic się nie zagubiło. To dobrze rokuje. Cdn. Muszę ochłonąć.

PS. Muzyków z Berlina odbierał i cały czas nam towarzyszył swoim busem  Marcin ,,Volvo” Cieślik, przyjaciel Pata Metheny’ego (to też temat na inną opowieść). I już wiecie o czym z Marcinem myślimy. Czy ktoś kiedyś myślał, że w Gorzowie będziemy słuchać największych gwiazd światowego jazzu i współczesnej kultury muzycznej? Bo ja nie, a jednak. Wszystko przed nami.

Wyszukaj w blogu: