W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

Lee Ritenour ciąg dalszy

2012-06-03 13:54:19, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura, historia, Miasto,

Umawiamy się z Marcinem ,,Volvo”, że odbierze ekipę Lee z hotelu w Berlinie i jeśli wszystko będzie ok, to odezwie się, jak będzie w Kostrzynie. Dzwoni Marcin i mówi: „Słuchaj, pytają się, czy w Gorzowie jest wypożyczalnia rowerów, bo chętnie we wtorek (dzień wolny na ich trasie koncertowej) zaliczyliby wypad rowerowy. Nie ukrywam, że mi w to graj. Wypożyczalni w Gorzowie nie ma, ale kilka dwuśladów mam. Po godzinie13 docierają do hotelu Qubus. Przywitanie, ustalamy plan działania. Muzycy zostają w hotelu. Daniele, ich tour menager i sound engineer w jednej osobie, chce od razu jechać do sali koncertowej. Czasu nie za dużo, a ma co robić. Wypakowujemy instrumenty, przy czym najwięcej jest gitar Lee. Daniele rzuca okiem na scenę na backline. Wszystko jest zgodnie z riderem, on uśmiechnięty, my spokojni. Przy kolacji Lee opowiada, że Daniele to najważniejszy człowiek ekipy. Sprawny, dynamiczny, śmiejąc się mówi, że robi za trzech. O godzinie 17 pojawiają się muzycy, następuje właściwa próba przed koncertem. Muzycy rozluźnieni. Po godzinie aktywności na scenie jest po próbie.

Catering gotowy w garderobach, no i pada pytanie z ich strony, jaki jest najlepszy trunek w Polsce. Zgodnie z riderem mieli przygotowaną francuską Grey Goose, a tu nagle takie pytanie: Co najlepsze w Polsce? No to idziemy po linii literackiej: Pan Tadeusz. No i trzeba było szybko zorganizować. Z tymi riderami jest czasami dziwna sprawa, bo często zdarza się tak, że muzycy mają swoje upodobania, ale się już wiekowo posunęli. Na przykład Freddy Cole miał podany taki gatunek wina, że panom w starszym wieku od razu by trzeba było podać blister raphacholinu. Największe wymagania w tej materii miał Nigel Kennedy. Było ciężko! Ale … następnego dnia. A on oczywiście jak skowronek. Nigel zamówił sobie m.in. cztery butelki takiej marki szampana, którą w Gorzowie trudno było dostać - była zaledwie jedna butelka, więc skompletowaliśmy trzy kolejne zbliżone do siebie. Jeszcze inny zespół, którego nazwy nie pamiętam, zamówił sobie coś takiego, co w smaku przypominało szlachetne trunki rodem z PRL-u, wytwarzane ludową metodą. Jak zwykle butelka została w zasobach klubu. Do dzisiaj stoi. Kosztowali nasze. No ale rider jest riderem i trzeba jego wymogi spełnić.

Wracamy na scenę. Startuje koncert, sala pełna, muzycy po mistrzowsku budują dramaturgię koncertu i pierwsze spokojne dźwięki nie zapowiadają fantastycznego i dynamicznego finału. Ja oczywiście rozbiegany, jak zwykle, muzyka w tle. Końcówka koncertu, trzy bisy, owacja na stojąco, czego więcej oczekiwać? Muzycy zadowoleni, ja też. Koniec koncertu, muzycy rozdają autografy, a mnie zawsze w takiej chwili nachodzi refleksja: od momentu podpisania kontraktu były blisko trzy miesiące przygotowań, wytężonej pracy i wreszcie 120 minut radości na scenie. Ale jakiej! Jakie to wszystko jest ulotne… Zabieramy muzyków, na chwilę wpadamy do hotelu, no i jazda do klubu na kolację! Jest to jeden z najprzyjemniejszych elementów dnia koncertowego, muzycy wyluzowani, ja jeszcze nabuzowany wrażeniami, no i zaczynają się rozmowy o jazzie, o tym, jak im się grało.

Umawiamy się na wtorek na przejażdżkę rowerami. Niestety, następnego dnia upał. Najpierw pada hasło, że jedziemy, ale za pół godziny jest telefon, że jednak nie. I tu naszła mnie myśl – kiedy się pytali o wypożyczalnię rowerów, to na pewno mieli na myśli przejażdżkę po mieście, a ja w wyobraźni już jechałem z nimi do Lip lub Santoka. Zdałem sobie sprawę, że oni nie znając realiów polskich, myśleli, że to rowerowa Holandia. I dobrze, że tak się stało, przynajmniej wstydu nie było. Była za to zaplanowana kolacja w klubie. Muzycy wypoczęci, nawet sobie chwalili to, że mieli dzień wolny od trasy koncertowej, mogli zregenerować siły. Przy kolacji zagaduję Lee o rowery. Okazuje się, że jest on wielkim pasjonatem jazdy, ale nie tylko on, również Daniele i Sonny Emory. Lee opowiadał o swojej pasji rowerowej i przyznał, że wiele świetnych pomysłów muzycznych powstało w trakcie jazdy na rowerze. Coś o tym wiem…
Jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie: piwnica przy Jagiełły 7, a my po raz kolejny przyjmujemy największe postaci jazzu i współczesnej kultury muzycznej. Tym razem Lee Ritenour z ekipą, a w niej wielki Dave Grusin (rocznik 1935), kultowa postać nie tylko dla świata jazzu, ale również dla świata muzyki filmowej. Zdobywca Oscara w Filarach! Autor muzyki do kultowego filmu „Absolwent”. Kto to z młodszej generacji pamięta?

Wszystkie cateringowe wynalazki w takich momentach idą w kąt, jak zwykle niezawodna Ewa swoją domową kuchnią wszystkim zaostrza apetyty. Rozmawiamy z muzykami o miejscu jazzu w Ameryce, okazuje się, że wcale tam tak lekko nie jest. Obecnie jest wielki ruch ze strony amerykańskich muzyków, którzy próbują uświadomić społeczności amerykańskiej, że jazz to ich muzyka narodowa, tak jak Europa ma muzykę klasyczną. Rozmawiamy o edukacji muzycznej w Stanach, której na poziomie szkolnictwa powszechnego nie ma. Ja opowiadam o Małej Akademii Jazzu, co wywołuje wielkie zainteresowanie ze strony muzyków. Pomału muzycy rozchodzą się do hotelu, Daniele rzuca propozycję koncertową na wiosnę przyszłego roku: zespół Sonny’ego Emory.

Dlaczego nie?

Najdłużej zostaje Lee, który w pewnym momencie prosi mnie o prywatny adres mailowy. Obiecuje mi odezwać się i przesłać bezpośrednie kontakty do siebie. W sobotę 26 maja przychodzi od niego e-mail, w którym Lee jeszcze raz dziękuje za świetną atmosferę, za opiekę nad nimi i podaje mi bezpośredni kontakt do jego asystentki, z którą przy następnych realizacjach mam się bezpośrednio kontaktować. Obiecał mi również, że jak następnym razem przyjedzie do Gorzowa, to: „Jeden koncert zagramy na dużej sali, a następnego dnia drugi charytatywnie dla Ciebie w klubie i chętnie wezmę udział w Małej Akademii Jazzu”. Powiedziałem mu, że trzymam go za słowo. Również Daniele przysłał maila z podziękowaniami i z informacją, że będzie kontaktował się ze mną agent Sonny’ego: „We will be so happy to come back to Gorzow! Also keep in mind that Sonny does drum clinics as well and it would be great to organize a clinic in Gorzow connected with your education program. Please say hello to everybody and thank you, thank you, thank you again”.

19 listopada Joshua Redman. Znowu się będzie działo! Kontrakt już od ponad miesiąca podpisany.
 

 

Wyszukaj w blogu: