W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2018

Moje festiwale

2012-07-13 16:20:11, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura, Miasto,

Warszawa, lipiec 2012. Kolejny Festiwal Warsaw Summer Jazz Days. Mój pierwszy festiwal – październik 1977, Warszawa, Jazz Jamboree. 35 lat. Szmat czasu i potęga emocji. Ten pierwszy wyjazd był bardzo ekscytujący. Po raz pierwszy pojawiłem się w Sali Kongresowej i zobaczyłem ten ogromny tłum ludzi z demoludów: Węgrzy, Czesi i Enerdowcy. Zdecydowana większość w kurtkach moro, oczywiście długie włosy, długie brody. Taka była ówczesna moda. Na scenie przekrój jazzu europejskiego: od zespołów z krajów bloku socjalistycznego, z ówczesnej Europy Zachodniej, no i Amerykanie. Koncerty zaczynały się o 19, a kończyły się grubo po północy, w przerwach między koncertami tłum walił do foyer, gdzie falował po korytarzach Sali Kongresowej. A tam giełda płyt. Bardziej majętni fani wystawiali obszerne teki z płytami – oczywiście analogowymi, których wtedy w Polsce nie można było uświadczyć. Sam kupiłem płytę za 150 zł a zarabiałem 450 zł. Może się mylę o jedno zero w górę, ale takie były proporcje. Płyta stała dumnie w hotelu, ale w żołądku było pustawo.

Ten festiwal obserwowałem jako normalny słuchacz, ale w następnych latach jeździłem jako obywatel akredytowany, czyli wejściówka zezwalała na wejście do Sali Kongresowej wejściem D na tyłach, którym wchodzili działacze jazzowi z całej Polski, znajomi Króliczka, no i co najważniejsze – artyści, których można było mieć w zasięgu wzroku i generalnie przez cały czas trwania festiwalu można było bywać tam, gdzie normalny fan jazzu nie miał prawa wstępu. No i ta słynna Sala Kopernikowska dla VIP-ów (wtedy takiego pojęcia nie było), czyli akredytowanych. A tam, Zachód: alkohole różnej maści, oczywiście to wszystko w kłębach dymu papierosowego i słynny monitor telewizyjny, gdzie był przekaz na żywo z tego, co działo się na scenie. Znam takich, którzy jak już przyszli pierwszego dnia, to do ostatniego festiwal pamiętają z tego małego ekranu, a były to czasy, kiedy Telewizja Polska i radio emitowały na żywo lub rejestrowały wszystkie koncerty festiwalowe. I to się nazywa misja publiczna telewizji i radia. A teraz?

Na tym pierwszym festiwalu siedziałem centralnie wobec sceny, ale daleko. Akredytacja przeprowadziła mnie do pierwszych rzędów, a wtedy tych wielkich gigantów światowego jazzu miałem dosłownie na wyciągnięcie ręki. Z tej pierwszej „Jamborki” do dziś pamiętam koncert big-bandu Duke’a Ellingtona, prowadzonego przez jego syna, Mercy'ego, gdyż Duke’a już wtedy nie było na tym świecie. Zagrali to, czego słuchałem wrastając w jazz – ciary po plecach… A potem kolejne Jazz Jamboree i Sonny Rollins. Do dziś pamiętam, siedziałem w stanie lekko rozluźnionym pobytem w Sali Kopernikowskiej na schodach po lewej stronie, które prowadzą na scenę, a Sonny grał swoją szaloną, prawie że taneczną muzykę i wszystko się bujało – ja też się bujałem.

No i rok 1983 - pierwsze Jazz Jamboree po stanie wojennym. W 82 roku festiwalu nie było, w zamian za to Tomek Tłuczkiewicz, ówczesny prezes PSJ-u (Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego), wymyślił Manewry Jazzowe, czyli koncerty, które się odbywały w dawnym Klubie Jazzowym „Akwarium” w terminie festiwalu. 1983 rok to był historyczny moment dla polskiego jazzu, dla środowiska jazzowego, działaczy i fanów, gdyż na scenie ostatniego dnia festiwalu czekaliśmy na tego, bez którego historia jazzu mogłaby się potoczyć inaczej. Miles Davis. Cały polski jazz czekał na niego od wielu, wielu lat. Nie było chyba fana jazzu w  Polsce, dla którego to nazwisko byłoby obojętne. To było jak misterium. Powitany owacyjnie przez wypełnioną do granic możliwości Salę Kongresową. Andrzej Jaroszewski, znakomity nieżyjący już konferansjer, zapowiada: „Do południa zażyczył sobie odwiedzić dom Fryderyka Chopina. Panie i panowie: Miles Davis!”. I potężny ryk wielotysięcznej publiczności. Kiedy dzisiaj o tym piszę, to czuję ciary na plecach. Publiczność była wszędzie – oczywiście na krzesłach,  między rzędami, wisiała na balkonach, żeby zobaczyć tego jednego, o którym później w „Jazz Forum” Wojtek Karolak napisał: „Ze sceny przemówił Bóg”. I potem koncert. Solówki muzyków nagradzane owacjami, to wielkie skupienie, znów owacje. Koniec koncertu i te wspaniałe bisy – trzy historyczne bisy, których Davis podobno nigdy aż tylu nie grał. Na scenie m. in. Al Foster, John Scofield, Bill Evans. I po latach ci muzycy pojawili się w Gorzowie, w naszych „Filarach”.

Tu dygresja. 18 marca 2013 w Gorzowie zagra kolejny Davisowski muzyk, który u obu Milesa spędził prawie całą  dekadę na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Proszę mi wierzyć, to będzie sensacja!!!  Kontrakt już mam w komputerze, jeszcze gorący. Po przyjeździe z Warszawy dopinam sprawę do końca.

Po koncertach festiwalowych ta cała falanga ludzi przenosiła się do klubów studenckich, gdzie tętniło życie koncertowe do białego rana. Zarazem te kluby stanowiły „noclegownie” dla tych wszystkich ludzi spoza Warszawy i bratnich krajów. Wspaniałe jamy, a było gdzie chodzić m.in.: „Remont”, „Hybrydy”, „Stodoła”. później „Harenda”. Ja zawsze zmierzałem najpierw do „Akwarium”, które było klubem festiwalowym i leżało po drugiej stronie ul. Emilii Plater, vis-à-vis Sali Kongresowej. Tak to biegło przez lata, aż do przemian ustrojowych. Tamta „Jamborka” to była potęga – jeden z największych festiwali jazzowych w Europie i największy festiwal jazzowy po tej stronie świata tamtego systemu. Trzeba oddać prawdę historii, że dzięki zaangażowaniu finansowemu Amerykanów (w domyśle czytaj: CIA) w ten festiwal mogliśmy gościć, widzieć i słuchać największe sławy jazzu. Dzisiaj oficjalnie już się mówi, że ten udział Amerykanów to taki cichy demontaż tamtego systemu. Dla nas, dla fanów jazzu  to było co roku wielkie święto.

A potem były festiwale Złota Tarka i Jazz nad Odrą. Ale to już opowieść na następny raz. Wczoraj na Warsaw Summer Jazz Days zagrało m.in. Trio The Bad Plus z gościnnym udziałem Joshuy Redmana. Rewelacja, rewelacja! Redman – potęga!, w znakomitej artystycznej formie. Pojawi się 19 listopada w Gorzowie ze swoim kwartetem w ramach Gorzów Jazz Celebrations. Już nie mogę się doczekać.  A tak w ogóle jesienią czeka nas najazd gwiazd światowego jazzu i to nie tylko na dużą scenę. Swoje jazzowe święto będą też miały nasze „Filary”. To będzie wyjątkowy klubowy koncert. I to ci wielcy jazzu zażyczyli sobie zagrać w naszym klubie. Reklamę nam zrobił Ernie Watts, który grał w „Filarach” w listopadzie ubiegłego roku. Keep swinging.

Wyszukaj w blogu: