W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Damiana, Mirabeli, Wincentego , 27 września 2020

Moje pedałowanie

2012-07-25 19:09:58, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Miasto,

 

Znana jest moja miłość do roweru, ale pierwsze moje fascynacje kontaktem z naturą, wtedy nieuświadomione, to były lata młodzieńcze i wędkowanie. Poznałem wtedy uroki rzeki Drawy, rozlewisk w okolicach Słońska z rzeką Postomią, Noteci, no i naszej Warty. Wędkowania nad jeziorami nie lubiłem, gdyż było to zajęcie monotonne. Wolałem obracanie kijem w tę i we w tę. Najlepsza do tych wyczynów była rzeka Drawa na wysokości od elektrowni wodnej w Głusku w dół. Mam wielki sentyment do niej. Spędzałem tam z rodzicami po kilka tygodni w sezonie letnim pod namiotem i beczką do wędzenia ryb. To były czasy, ryby były. A był to okres, kiedy ten odcinek Drawy nie był rezerwatem przyrody i nie obowiązywał zakaz wędkowania oraz inne związane z tym obostrzenia. Miejscem biwakowania była polana, na którą się jechało od strony Starego Osieczna w kierunku Głuska i zaraz za mostem skręcało się drogą w prawo w kierunku tej polany.
Teraz jest tam elegancki asfalt, ale wtedy to były kocie łby, które zostały na odcinku do tej polany. Charakterystycznym elementem krajobrazu byli flisacy i tratwy z bel drewna, którymi spływano rzeką. Często można było suchą nogą po tratwach przejść na druga stronę rzeki. Na  Drawie złapałem pierwszą brzanę. Ile było emocji. A pamiętacie spływy tratw Wartą w Gorzowie, flisaków na nich i charakterystyczne prowizoryczne namioty na tratwach?  Był to częsty widok. Mieszkałem wtedy przy Grobli, blisko rzeki. 
Myślę, że te wędkarskie doświadczenia miały wpływ na mój późniejszy stosunek do natury i odnajdywania się w kontakcie z nią, frajdy z obcowania. I tak po latach zamieniłem wędkę na rower. Kiedyś wędkowanie było zajęciem bardzo ekologicznym. Pszenicę, kaszę, groch się gotowało, zanętę robiło się samemu. Robaki były z ziemi itd. Dzisiaj są supermarkety dla wędkarzy, oferują gotowe zanęty, te kilogramami są wsypywane do wody. Im mniej ryb w wodach, tym więcej karmy dla nich. Kije wędkarskie z włókien a moja pierwszy wędka była z leszczyny a potem z bambusa, spławik z pióra gęsi. Do dziś pamiętam, jak ze Słońska lub znad Drawy przywoziło się siaty ryb. Ze Słońska: płocie, krasnopióry, szczupaki, z Drawy: brzany, certy, pstrągi, klenie. Wolę pamiętać tamten ekologiczny sposób wędkowania. Tamtej ryby już nie ma.
Wracamy do roweru. Jak sięgnę pamięcią, to zaczęło się około 25 lat temu. Córka ma 23 lata, jak miała niecały rok, już jeździliśmy po okolicznych lasach i drogach. Ona oczywiście w „siodle” z tyłu. Ja w spodniach bojówkach, z kieszeniami na jadło i pieluchy. Najpierw moje jazdy były letnie, z czasem stały się całoroczne. Przełomem był widok kajakarzy na Warcie w lutym. I wtedy mnie obudziło, oni mogą w lutym na wodzie, to i ja mogę na rowerze. I tak to się na dobre zaczęło. Od lata do lata, przez jesień, zimę i wiosnę. Jesienią lasy się otwierają opadają liście, paprocie usychają. Wiosną zamykają, wszystko się zieleni, przyroda się budzi. Zimą jeżdżę tylko po czarnym i pierwszym śniegu. Jak się uleży i zlodowacieje, to już niebezpiecznie. Kilka razy zaliczyłem twardy kontakt z ziemią. Mróz – nie ma problemu, no tak do  -10 C. Jak się nie da rowerem, to wtedy z moim człowiekiem w lesie (Łośno) Markiem Piechockim, też zamiłowanym cyklistą, wielkim miłośnikiem muzyki klasycznej,  przechodzimy na narty biegowe. Ciągle jestem Marka uczniem. On przygotowuje ślady na śniegu (szczęściarz na emeryturze - ma czas), które potem wspólnie pokonujemy. Ja tak naprawdę chodzę za nim, a on biega. Ale z zimy na zimę podnoszą się moje umiejętności. Tylko śnieg leży krótko.
Jeździć wokół Gorzowa jest gdzie. Praktycznie w każdym kierunku można fajnie odjechać, zatoczyć koło i - co ważne - w miarę bezpiecznie, choć ścieżek brak. Unikam jak ognia drogi w kierunku Różanek, Zdroiska. Na Barlinek z roku na rok też jest coraz niebezpieczniej. Ale kierunki np.  Kłodawa – Lipy; Kłodawa, Santoczno; Wysoka, Sosny, Witnica; Santok, Górki Noteckie są bezpieczne. A jeszcze mamy wały rzek - Warty i Noteci, lasy, ale to już bardziej dla rowerzystów rozjeżdżonych ze względu na piaszczyste podłoża. Tak naprawdę każdy o różnym stopniu rozjeżdżenia coś dla siebie znajdzie. O typowych ścieżkach rowerowych nie ma co wspominać, bo ich tak naprawdę nie ma. Do standardów niemieckich to nam bardzo daleko, daleko. Tam nawet w lesie ścieżki są specjalnie utwardzone. Hopki są, ale grunt jest związany, że po piachach się nie brnie, co dla mniej wprawionych jest poważnym utrudnieniem i zniechęca. To, co w tej dziedzinie mamy w kraju to SKANDAL! U nas wystarczy oznaczyć drzewa w lesie i nazwać je ścieżkami rowerowymi, w ogóle nie dbając o choć trochę wygody dla przeciętnego rowerzysty. Bo to jemu powinno służyć, aby krzewić kulturę ruchu i aktywność fizyczną. Ci bardziej zaawansowani sami znajdą swoje ścieżki. Generalnie obserwując letni ruch rowerowy wokół Gorzowa, widzę że największą atrakcją jest kierunek na Kłodawę i Lipy. Już np. drogą na Santok jest o wiele mniejsze zainteresowanie. A droga jest przepiękna ze względu na uroki krajobrazowe, które się zmieniają w zależności od chmur na niebie, natężenia nasłonecznienia oraz refleksów na Warcie. Jak znudzą mi się lasy, to tam jadę ze względu na otwartą przestrzeń. Problemem jest  brak ścieżek w samym mieście, które nie ułatwiają przejazdu przez miasto i rozjechania się w dowolnym kierunku. No i tak sobie przez te lata pedałuję i ciągle zachwycam się lokalnymi krajobrazami.
Od lat w wyobraźni widzę ścieżkę do Lubniewic. To byłby przebój regionu. Bezpieczna ścieżka  z Gorzowa do Lubniewic, miejscowości pełnej uroku i dużych jezior. Kiedyś jeździłem tam główną drogą, ale teraz to już dramat, jak do np. Nierzymia. Tym, którzy chcieliby tam dojechać, polecam bardzo bezpieczną trasę. Płaska i wygodna nie tylko dla samotników, ale dla rodzin i większych grup. Z ulicy Zbigniewa Herberta, gdzie mieszkam, przez most Staromiejski, jest do rynku w Lubniewicach 30 km.
No to jedziemy, najpierw w kierunku ulicy Kasprzaka, potem ścieżką rowerową do końca (niestety polbruk) i na łuku drogi (główna odchodzi w lewo)  skręcamy w prawo. Jest to  bezpieczna asfaltowa droga do Ulimia. Z Ulimia asfaltem jedziemy do Dzierżowa i tu za kościołem, przed cmentarzem jest betonowa droga do Płonicy. Nieprzyjemna, bo wykruszona, trzęsie, ale to ok. 1600 m. W Płonicy dojeżdżamy do drogi asfaltowej, która w prawo skręca do Borka. My jedziemy prosto. Po około 200 m jest mostek, na którym znajduje się oznaczenie, niebieskie szlaki nakazujące skręcić w lewo. Nie daj się nabrać - to szlak nieprzejezdny. Więc jedziemy dalej prosto przez mostek i wjeżdżamy na polną drogę, jedyną bardzo widoczną. Kierując się nią po około 450 m dojeżdżamy do szutrowej drogi, gdzie skręcamy w lewo. Po około 150 m jest zagajnik, przed którym skręcamy w prawo, na bardzo charakterystyczny odcinek ułożony z płyt betonowych (z otworami, stosuje się je na placach budowy dla wzmocnienia gruntu). Tu mamy ok. 400 m trochę nieprzyjemnej jazdy, ale dojeżdżamy do drogi asfaltowej Kołczyn – Rudnica. Skręcamy w lewo w kierunku Rudnicy. Przed nami 4 km do głównej drogi. Przejeżdżamy przez wieś i dojeżdżamy do skrzyżowania dróg. W tym miejscu na liczniku mam 21 km.
Przejeżdżamy przez skrzyżowanie prosto w kierunku Lubniewic. Ta droga jest bezpieczna, kierowcy zachowują się rozsądnie, ruch dużych ciężarowych samochodów w weekendy praktycznie żaden.  Od tego miejsca mamy 7 km do charakterystycznego zjazdu w dół do Lubniewic. Praktycznie ostatnie 2 km jedziemy rozpędem i dojeżdżamy do rynku w Lubniewicach. Na liczniku 30 km. Jest pięknie. Polecam.
Często zadaję sobie pytanie: dlaczego zarzuciłem wędkowanie?  Co ma wspólnego rower z jazzem? I zawsze jest jedna odpowiedź: jazz to muzyka wolności, to ruch i ciągle zmieniająca się przestrzeń muzyczna, a taką wolność i rozkoszowanie się przestrzenią, ruchem, daje też mi pedałowanie. Już o walorach terapeutycznych nie wspomnę. A usiąść sobie na łące, odpalić muzykę z odtwarzacza/tel. komórkowego, słuchawki. To inne odkrywanie muzyki, to inne jej słyszenie.

PS.
Tak naprawdę, nie ma złej pogody na rower, jest tylko źle dobrany ubiór, no chyba że leje jak z cebra. W ostatnich latach w niepewne dni wożę ze sobą strój płetwonurka (czyt. przeciwdeszczowy). Niestety klimat dramatycznie się zmienia. Kiedy sobie przypominam tamten czas, kiedy miałem naście lat, tamte pory roku - to wszystko było stabilne. Dzisiejszy świat w swoim szaleństwie konsumpcji zabija naturalne otoczenie człowieka i system ekologiczny, jaki go otacza. Tak naprawdę zaczynamy zabijać siebie!!! I wygląda na to, że jest to proces nieodwracalny. Pomyśleć że ok. 100 lat temu odkrywano puszczę amazońską, nieznane plemiona i bieguny Ziemi.…  Idę na rower, póki jest jeszcze się czym się cieszyć.

Wyszukaj w blogu: