W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Ady, Aleksandra, Dagmary , 12 grudnia 2019

Moje Kalatówki

2012-10-06 14:22:11, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura, Miasto,

 

14.30, piątek 5 października 2012, jak zwykle wspólne zdjęcie uczestników Jazz Campingu na Kalatówkach. I jak zwykle zamieszanie, nawoływanie się, ustawianie do wspólnej fotografii, ciągle pełno dowcipów w tym działaniu, a potem foty wychodzą … eleganckie. Wszyscy są, którzy w danym roku byli, ale szkoda, że czas nie pozwala przywołać tych, którzy tworzyli historię jazzowych Kalatówek. Rok 1959 i 1960 – Roman Polański, Jan Ptaszyn Wróblewski, Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Krzysztof Komeda, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Trzaskowski, Wojciech Karolak, Jan Ptaszyn Wróblewski, Barbara Kwiatkowska… cała ówczesna elita kulturalna Polski. Potem długa przerwa. W roku 1997 Marta Łukaszczyk – szefowa Kalatówek, przy współudziale żony Zbyszka Namysłowskiego – Małgorzaty, reaktywują Jazz Camping na Kalatówkach. W 1997 roku mnie jeszcze tu nie było. W 1997 roku Marek Karewicz, prowadząc w Gorzowie kolejną edycję Pomorskiej Jesieni Jazzowej, rzekł do mnie: „Prezes, dlaczego nie było Ciebie na Jazz Campingu na Kalatówkach?  W następnym roku musisz tam być. Otrzymasz zaproszenie”. I tak od 1998 roku za sprawą Marka tu jestem. Pierwsze moje Kalatówki, to dotknięcie i poznanie tych, którzy powoli z pierwszych stron polskiego jazzu zaczęli odchodzić tam, gdzie wszyscy odejdziemy… Jedni odeszli, drugich zniewoliły wiek i choroba, ale tu miałem wtedy wielką przyjemność zamienić z nimi wiele słów.  M. in. z Andrzejem Jaroszewskim, którego od lat pamiętam, jak świetnie prowadził jako konferansjer koncerty Jazz Jamboree. Tamtego Jamboree, który był chlubą polskiego jazzu. Opowiedziałem mu o naszej Małej Akademii Jazzu i umówiliśmy się, że prześlę mu materiały związane z Akademią.  Kiedy do niego zadzwoniłem, tak sobie wspominając nasze rozmowy na Kalatówkach, powiedział mi coś, co jest do dzisiaj dla mnie ważne. Gdyby Willis Conover to zobaczył, to miałby łzy w oczach. Lepszej recenzji dla MAJ trudno znaleźć. Na audycjach Willisa Conovera w Głosie Ameryki, całe pokolenie polskich muzyków od lat 50. do lat 70. się wychowywało.  Andrzej był przyjacielem Willisa, więc dla mnie te słowa są do dzisiaj bardzo ważne.  Był taki wieczór w karczmie Sopa w Zakopanem z udziałem, m.in. Andrzeja Cudzicha i Bohdana Styczyńskiego (już nieżyjących) a potem powrót blaszakiem na Kalatówki. Blaszak to słynne auto, które dowozi gości kalatówkowych po bardzo wybujałych kocich łbach do schroniska. Przejazd tym samochodem do góry w pełnym komplecie (jak sardynki w puszcze) to jest dopiero przeżycie! A potem kawiarnia na Kalatówkach tętniąca życiem nocnym i Styka (Bohdan Styczyński) deklamujący Fredrę w niecenzuralnej formie. Rytm się zgadzał i fraza też, a słowa jakby lubieżne… A potem te Kalatówki, na które przywiozłem Adama Bałdycha i Michała Wróblewskiego. Michał przy fortepianie, Adam na solówce i nagle całe Kalatówki się zbiegły, żeby posłuchać co się dzieje. A zadziało się tak, że do dzisiaj pamiętają. Adam zaczyna grać, a tu całe Kalatówki się zbiegły. Nagle za plecami słyszę jak Jacek Namysłowski mówi do skrzypka Janka Smoczyńskiego,, zabij go”. Nikt nie zginął, a oni pięknie rywalizowali ze sobą muzycznie. Dzisiaj każdy z nich jest w wielkim świecie jazzu. Zawsze miałem satysfakcję, kiedy na Kalatówkach pojawiali się i pojawiają gorzowscy muzycy. Bywa ł tu również Artur Panyszak i Grzegorz Turczyński. W tym roku jest puzonista Bartek Pernal. Tu co roku m.in. poznaję i zapraszam muzyków, którzy potem konkurują w Gorzowie o „Klucz do kariery”. 

A teraz o moich odczuciach. Od pierwszego pobytu tutaj pokochałem to miejsce. Kiedy tak siedzę wieczór w wieczór, od śniadania do śniadania (następnego dnia), to przychodzą mi skojarzenia z latami, w których rodził się polski jazz. I szalenie żałuję, że nie było mnie tu w 1959 roku. Na szczęście atmosfera tamtych lat została zatrzymana w fotografiach, tworzących swoistą galerię na ścianach kawiarni Kalatówek. Bohaterowi tamtych Kalatówek byli młodzi. Teraz również młodzi co roku przyjeżdżają i grają pod wodzą Zbigniewa Namysłowskiego (był na pierwszych Kalatówkach w 1959), Jasia Muniaka i Przemka Dyjakowskiego. I jak wtedy wokół młodych muzyków kręcą się młode dziewczyny.  Muzyka wiruje.  Zasypiasz -grają, budzisz się - grają. Jedno wielkie jam session. Trzeba tu być o świcie - oni grają, góry budzą się do życia, widać za oknem Kasprowy. Dopada mnie zmęczenie, ale ciągle mało. Muzyka o tej porze inaczej smakuje. I tak od 15 lat.
Kalatówki to nie tylko muzyka ale również nocne rozmowy Polaków o jazzie, życiu i wędrówki po górach. Nieżyjący Jasiu Mazur wiedział o górach wszystko. Miło go było słuchać, był człowiekiem renesansu. Ulubiona ścieżka muzyków na Halę Kondratową i dalej na Giewont. Namysłowski, Brodowski, Nachorny, Jan Byrczek, Basia Martelińska, Andrzej Dąbrowski, Passent.  Marek Karewicz i jego niespełnione marzenie, żeby wjechać taksówką na Kasprowy. No i,, Jazz i górale”. Dwa muzyczne światy jednego wieczoru, jednej nocy. Ale się wtedy dzieje. Zbyszek Namysłowski i Jan Karpiel Bułecka i mój nieśmiertelny utwór, jak hymn Kalatówek „Idzie Janko lasem”. Górale śpiewają, Zbyszek podgrywa. Jawa czy sen. Dzisiaj, sobota koncert finałowy. Jutro powrót „do natury”. To miejsce ciągle mnie urzeka, oby jak najdłużej.

 

Wyszukaj w blogu: