W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Kurt, Cassandra, ja i cały ten jazz

2013-04-15 15:29:02, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Miasto,

Za nami 49. festiwal „Jazz nad Odrą”. Pierwsze dwa dni konkursowe zwieńczone zostały wieczornymi koncertami laureatów ubiegłorocznego festiwalu i wschodzącą gwiazdą muzyki R&B, pianistą Robertem Glasperem. Jego ostatnia płyta „Black Radio” sprzedała się na pniu na rynku polskim i nie tylko. Jest laureatem tegorocznej Grammy Award, a w jego zespole Benjamin Casey, znany gorzowskiej publiczności. Zagrał u boku Victora Beley'ego. Koncert porywający, mieszanka tego, co najlepsze we współczesnej muzyce amerykańskiej. Benjamin rewelacyjny, nie tylko na saksofonie i syntetyzatorze, ale również śpiewający przy użyciu vocodera. Drugiego dni jury ogłasza wyniki.

Laureatem 49. festiwalu JnO został zespół Tomasz Licak/Radek Wośko Quartet, dobrze znany filarowej publiczności, który otrzymał nagrodę wysokości 25.000 zł. Nagrodę ufundował tradycyjnie Prezydent Miasta Wrocławia. To się nazywa gest i budowanie prestiżu festiwalu i miasta. Wśród laureatów gorzowianin, wychowanek Małej Akademii Jazzu, puzonista Bartek Pernal, który otrzymał  nagrodę za kompozycję i aranżację. Po ogłoszeniu wyników wyściskaliśmy się z Bartkiem okrutnie. Bartek już przygotował następcę z żoną Karoliną, która jest saksofonistką. Za 8 tygodni ujrzy i usłyszy go świat. Dla ścisłości najpierw ten medyczny.

W czwartek ruszyła główna, koncertowa część festiwalu. Najpierw projekt Darka Oleszkiewicza  „Tribute to Charlie Haden”.  Z Darkiem znamy się od lat osiemdziesiątych. Grywał w naszych Filarach. Od ponad 25. lat mieszka w LA w Stanach. Jest uczniem Hadena wspaniałego, jednego z największych kontrabasistów jazzowych, jakich zna świat. W trakcie koncertu Darek pięknie opowiadał o spotkaniu, o lekcjach, jakich on mu udzielał i wielkiej jego osobowości. Kiedyś jego nauczyciel a obecnie przyjaciel. Cały koncert był jemu dedykowany. Od dwóch lat Charlie Haden walczy z ciężką chorobą. W składzie tego projektu był m.in. Ernie Watts, który oczarował gorzowską publiczność, a ona jego w listopadzie 2011 roku. Był to klubowy koncert w ramach Gorzów Jazz Celebrations at Jazz Club „Pod Filarami”. Kiedy konferansjer zapowiadał Wattsa, publiczność powitała go aplauzem. Ma blisko 80 lat a jak gra! Po koncercie rozmawiałem z Darkiem o wizycie Wattsa w klubie. I okazało się, że nie był wcale tym zaskoczony. Ernie i jego żona opowiadali mu po powrocie do LA o gorzowskim koncercie i publiczności.

W drugiej części wieczoru znalazł się projekt „Miles Smiles” Wallace'a Roneya, który od lat składa hołd Milesowi Davisowi. Odziedziczył po nim trąbkę. Na scenie skład gwiazdorski. Za perkusją Alphonso Mouzon, który rozpoczął koncert z wielką furią i tak było do końca. W składzie m.in. na organach Hammonda mój ulubieniec, Joe DeFranchesko, na gitarze Larry Corryell. Repertuar z lat osiemdziesiątych, utwory bardzo dobrze mi znane, plus So What nagrane w latach sześćdziesiątych. Z trochę mieszanymi uczuciami tego słuchałem. Fajnie, nawet bomba w solówkach, ale w pamięci mam warszawskie koncerty Milesa. Tam była inna dramaturgia poszczególnych utworów. Tu często przypominało to jam session. Fakt faktem, na scenie pojawił się inny, zmieniony skład od wcześniej zapowiadanego. Miał być na perkusji Omar Haki a na basie Deryl Jones. Na bis ,,Times after Times”, piękna ballada. Okazuje się, że można inaczej i spokojniej. A sam Ronney pod wielkim wpływem Davisa, ale z własnym brzmieniem, zbudowanym na jego muzyce.

Na koniec już po północy projekt Generation Next. To nowa, kolejna generacja w polskim jazzie, która niejako podąża ścieżką nakreśloną przez swoich ojców; synowie: Piotr od Andrzeja Schmidta, Tomek od Adama Wendta, Jacek od Zbigniewa Namysłowskiego, Gabriel od Jacka Niedzieli. Z tego występu będzie płyta live.

Z Kurtem Ellingiem w Hotelu Wrocław na Jazzie NAD ODRĄ

Piątek, nscenie Adam Makowicz z big-bandem, solo i z orkiestrą symfoniczną Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Big-band pod dyrekcją Aleksandra Mazura. Piękne brzmienie, a na jego  tle Makowicz i jego pianistyka. A potem „Błękitna rapsodia” Gershwina z orkiestrą. Cały ten koncert Makowicza to powrót do jazzu, kiedy ta muzyka była melodią. Dziś w takim stylu pianistycznym nikt albo mało kto już  gra. Owacja na stojąco. A potem Kurt Elling.  Zaczyna się wieczór pełen muzycznych - i nie tylko -  wrażeń. Koncert - bajka. Największy jazzowy głos męski na świecie. We wszystkich ankietach: krytyków, czytelników światowych magazynów Down Beat, Jazz Times jest od lat uważny za jazzowego wokalistę nr 1 na świecie. Powracają wspomnienia z gorzowskiego koncertu Kurta sprzed dwóch lat. Koniec wrocławskiego koncertu, widownia szaleje. I tu się zaczyna noc pełna wrażeń. W holu wpadamy z Kurtem na siebie. Od razu mnie poznaje i łapie mnie w ramiona. Krzyczy ,,My man Bogus” i siarczyście klepie po plecach, aż zapiekło. Chwilę rozmawiamy, radość  w jego oczach pełna, w moich też. Otoczenie baranieje, on mnie trzyma w uścisku. A potem jego pianista, Laurence Hobgood łapie mnie i równie serdeczne uściski. Idę do baru, z wrażenia wypijam to, co w takich stanach dobre. Pojawia się perkusista, Arek Skolik, umawiamy się na czerwcowy koncert Jasia Muniaka w Filarach. Opowiadam o spotkaniu z Ellingiem. Jest po drugiej w nocy. Wracam do hotelu, a tam w barze, w holu siedzi ekipa Kurta. Tylko oni i obsługa recepcji. Mówię do nich ,,na zdrowie” i znów żywiołowe powitanie. Kurt mnie dopada, jego pianista proponuje małe co nieco, tradycyjnie żubrówka. Wymieniam uściski z gitarzystą, Johnem McLeanem. Wśród nich siedzi … Cassandra Wilson. Kurt mnie przedstawia, opowiada o spotkaniu w klubie, o kolacji i o całej gorzowskiej atmosferze. Ona z sympatią bierze mnie za ramię. Kurt robi nam zdjęcie moim telefonem, ona trochę się broni, jak to kobieta, makijaż itp,. Pierwsze zdjęcia nie wychodzą. Obiecuję jej, że  będzie tylko do mojego użytku prywatnego. Kolejna fotografia jest ok. Zdjęcie-przytulanka. Nie do wiary, ja i Cassandra! Tak, jak byśmy znali się od lat. Umawiamy się z Kurtem na kolejna wizytę  w Gorzowie, prosi mnie o bezpośredni kontakt. Daję mu wizytówkę,  przekazuje ją Laurecenowi, który również jest jego kierownikiem muzycznym i wieloletnim przyjacielem. Obiecuje mi, że mailowo się odezwą. Mamy mieć bezpośredni kontakt. Mówi „You’re my cousin”.  Zaprasza mnie do siebie do domu w Chicago, a drzwi jego klubu, gdzie śpiewa, będą dla mnie zawsze otwarte. Ale odlot! A raczej wspólny lot … na razie windą. Kurt przypomina muzykom, że o 6.40 wyjeżdżają z hotelu. Pora spać. Kurt jedzie wyżej, jego muzycy na tym samym piętrze, co ja, w pokojach dokładnie obok. Znów jest wesoło. To wszystko było tak spontaniczne, że aż nierealne.

Sobota. Wracam z miasta do hotelu. W holu Aga Zaryan, z przodu obwieszona małym obywatelem na szelkach oraz Paweł Dobrowolski i Iiro Rentala z zespołu Adama Bałdycha. Wieczorem po Cassandrze Wilson Adam gra program z płyty ,,Imaginiary Room”.

Idę do windy i wpadamy z Adamem na siebie. I znów ciepłe powitanie. Umawiamy się na wieczór w Imparcie.

Koncert. Na scenie Cassandra Wilson. Główny głos w wokalistyce kobiecej na świecie. Jak zwykle w jej wykonaniu jest świetnie, charakterystyczna barwa głosu. Odpłynąłem z jej muzyką. Zawsze ją postrzegałem jako osobę dystyngowaną. A tu proszę, tańczy, śpiewa, zaczepia. Coś mi się wydaje, że jest z niej niezła łobuziara. No i finał wieczoru - Adam ze swoim polsko-skandynawskim zespołem. Wszystko, co napiszę, nie odda klimatu tej muzyki. Jego solówki poruszają widownię, a ja ciągle widzę go jako trzynastolatka, a potem na wszystkich etapach jego rozwoju. Radość pełna, warto było, choć nie zawsze był pokorny. Raz chciał wyzwać mnie na pojedynek. Dzisiaj wspominając to, razem z tego się śmiejemy.  Znakomita podpora w sekcji, Michał Barański, kontrabas i Paweł Dobrowolski na perkusji. A z przodu poezja, rewelacyjny Iiro Rantala przy fortepinie, Adam i na saksofonie Marius Neset, który nie gra, a rzeźbi muzykę, stopiony z frazami skrzypcowymi Adama.

Niedziela. Ostatni dzień festiwalu. Gala Polskiego Jazzu. Jak zawsze świetny klimat. Znajomi muzycy na scenie. Kończy się festiwal. Pora wracać do natury, jak mawiam w takich sytuacjach, czyli do rzeczywistości.

Noc. Powrót do domu, za kierownicą Grzegorz Turczyński. Kolejny gorzowianin, który objął profesurę w Małej Akademii Jazzu. Obecnie mieszka we Wrocławiu. Od poniedziałku (15 kwietnia) rozpoczynamy kolejną turę akademii. Na 30 kwietna z okazji Międzynarodowego Dnia Jazzu w Warszawie Instytut Muzyki I Tańca zwołał konferencję naukową na temat edukacji jazzowej w Polsce. Ma być branża, ministerstwo kultury itd. Będą prezentowane raporty o stanie tej edukacji i inne działania przez cały dzień. Powstały trzy opracowania, w tym jedno nasze dotyczące Małej Akademii Jazzu i jej skutków, które przygotowała Dorota Frątczak, wyciągając z mojej głowy wszystko, co się dało na ten temat. Jest w tym okrutna, ale skuteczna. Uparta jak baba. Przed konferencją, rano będę dodatkowo prezentował naszą akademię na warsztatach dla nauczycieli z Polski, a długoletni jej wykładowca, Leszek Dranicki poprowadzi dla nich dwie audycje pokazowe. To będzie dzień pełen wrażeń. Czyżby flagowy okręt gorzowskiego jazzu i kultury miał wypłynąć z naszej zatoki na szerokie wody?

PS. Przez ponad 30 lat pracy w klubie, a szczególnie trzy ostatnie, do cna poznałem stwierdzenie Tomasza Stańki „Jazz nie zna litości”.  Po tym, co się w ciągu tych dni festiwalowych wydarzyło, dodam:, „ale ile daje radości”. Za to drugie nie wiem komu dziękować … a właściwie … wiem!!!

Znowu powróciła wiara, że ten cały nasz gorzowski jazz ma sens.

Wyszukaj w blogu: