W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Troszeczkę Gorzowa w Poznaniu

2013-04-21 18:58:29, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Na kilka dni przeniosłem się do Poznania. Jest to jedno z tych miejsc w naszej pięknej ojczyźnie, gdzie czuję się niezmiennie dobrze. Może to kwestia wspomnień studenckiego życia, może jakiś innych skojarzeń.

Znam oczywiście te wszystkie dowcipy o poznaniakach, rożne obiegowe opinie funkcjonujące powszechnie, a nie zawsze prawdziwe. To miasto mnie na swój sposób fascynuje także tym, że jego mieszkańcy stanowią bardzo interesujące zjawisko socjologiczne. Z jednej strony mamy do czynienia z klasycznym poznaniakiem, co to w niedzielę przed południem idzie do Merkurego, albo innej najbliższej ciastkarni, bo przecież przed obiadem musi być słodkie, żeby  nikt nie zjadł za dużo. To są ludzie przywiązani do wartości tradycyjnych, żeby nie powiedzieć konserwatywnych, o mocno staroświeckich poglądach, kultywujący pruski Ordnung, przerobiony na swojski „porzundek”. Znajdziemy tu zarówno mieszkańców elitarnego Sołacza, jak i robotniczego „Dymbca”. Zresztą to mówienie „po naszymu” to też wyznacznik poznańskości, a wielbicieli tej gwary, do których również  należę, jest ogromnie dużo.

Z drugiej strony mamy do czynienia z bardzo prężną i liczną bohemą artystyczną, środowiskiem kultury,  ludźmi otwartymi na współczesność, poszukującymi nowych idei, tworzących nowoczesną kulturę o wymiarze ogólnopolskim, a nawet większym. To dzięki nim mamy znakomity festiwal Malta, filmowy Transatlantyk, teatry offowe, czy ciekawe i inspirujące zjawiska w rodzaju KontenerARTu.

Są to dwa zupełnie światy, generalnie funkcjonujące obok siebie, bardzo rzadko wchodzące w jakąś interakcję, chyba że wydarzy się coś takiego jak niefortunna wypowiedź dyrektorki popularnych Ósemek Ewy Wójciak. W takich chwilach konserwatywny Poznań musi się objawić, bo to przekracza jego próg wytrzymałości na kontestację, happeningi i inne cudaczne wynalazki.

To wszystko jest niezmiernie fascynujące dla obserwatora, zwłaszcza kiedy się jest na zewnątrz i można przyglądać się temu wszystkiemu z zimnym obiektywizmem.

Poznań jest bardzo bliski mieszkańcom Gorzowa, bo było to miasto pierwszego wyboru, jeśli chodzi o wybór miejsca studiów. Stąd też wzięły się liczne związki rodzinne pomiędzy mieszkańcami obu miast, jako że wielu młodych gorzowian po ukończeniu studiów już do Gorzowa nie wracało. Zresztą ta sympatia wydaje się być odwzajemniona, poznaniacy traktują nas jak swoich nie tylko dlatego, że nasze miasto ma w swojej nazwie określenie Wielkopolski.

Gdyby, nie daj Boże, pojawiły się kolejne pomysły na nowy podział administracyjny kraju i postawiono na gorzowian, przed koniecznością wyboru nowej stolicy województwa, regionu, departamentu, czy jak by to się miało nazywać, to zdecydowanie wybralibyśmy właśnie Poznań.

Tak się składa, że przy okazji każdego niemal pobytu w Poznaniu zawsze trafię na jakiś gorzowski akcent. A to na mecz koszykarek gorzowskich,  z którąś z poznańskich drużyn, a to prawie derbowy mecz piłkarzy Stilonu z Wartą, a to jakiś znany poznaniak okazuje się rodowitym gorzowianinem. Zaliczyłem także kilka meczów żużlowych na stadionie na Golęcinie, w których nasi objeżdżali różnych rywali.

Nie inaczej było i tym razem. Akurat wtedy, gdy w gorzowskiej filharmonii odbywał się mozartowski koncert miałem zajęty wieczór i mimo uwielbienia  dla geniusza z Salzburga, nie mogłem się nań wybrać. Jakaż więc była moja radość gdy się okazało, że właśnie  w Poznaniu odbędzie się kolejne  wykonanie tego właśnie koncertu.

Przy okazji przekonałem się, że tutaj bardzo konkretnie wspiera się działania w zakresie edukacji muzycznej młodzieży, bo za dwa bilety zapłaciłem mniej niż w FG musiałbym uiścić za jeden. Nic więc dziwnego, że dzięki temu Poznań uchodzi (słusznie) za jedną z muzycznych stolic Polski. Potwierdził to także komplet publiczności w przepięknej i dostojnej auli uniwersyteckiej, jakże różniącej się od zimnej, industrialnej sali koncertowej naszej filharmonii. Uderzająco  wielu było młodych melomanów, często zaledwie kilkuletnich. Zresztą ja także byłem w towarzystwie trzynastoletniej damy.

Nasza orkiestra była przyjmowana bardzo ciepło i serdecznie, nie było co prawda standing ovation,  której nie znosi na gorzowskich koncertach i spektaklach moja żona, uważając (chyba słusznie), że jest to zwyczaj zbyt nadużywany, a przez to staje się przejawem prowincjonalizmu. Był za to, a jakże bis, uśmiechy, wiwaty, czyli wszystko to co towarzyszy udanemu przedsięwzięciu.

Przyznam, że z początku miałem wątpliwości, czy udział orkiestry FG w takim przedsięwzięciu nie jest czymś wątpliwym, bo to przecież nic innego, jak zwyczajna audycja edukacyjna, tyle że bardziej „wypasiona”, bo wykorzystująca nowoczesną technikę multimedialną. Doszedłem jednak do wniosku, że się czepiam. To oczywiste, że orkiestra Filharmonii Gorzowskiej jest na dorobku, tak naprawdę to dopiero się tworzy, a ten proces siłą rzeczy musi trwać spory szmat czasu. Już sam fakt możliwości wystąpienia na scenie auli, czyli w miejscu goszczącym największe sławy światowej muzyki jest swoistą nobilitacją. Uczestnictwo w posiadającym już kilkuletnią tradycję projekcie edukacyjnym „Nie boję się muzyki” też zasługuje na największą pochwałę, tym bardziej że jest on  realizowany na terenie całego kraju. Formuła  „speaking concerts” jest stosowana na największych scenach muzycznych, a jej powodzenie w dużej mierze zależy nie tylko od wykonawców, ile od osoby prowadzącego dyrygenta, który jest jednocześnie komentatorem, moderatorem i edukatorem. W tym przypadku w te role wcielił się znakomity maestro – profesor poznańskiej Akademii Muzycznej pan Marcin Sompoliński.  Widać było wspólną radość profesora i gorzowskich muzyków płynącą z uprawiania muzyki, a także porozumienie niezbędne dla osiągnięcia sukcesu artystycznego.

Po koncercie, na krótkim spotkaniu z publicznością w małej auli (tzw. Lubrańskiego) pan profesor wraz z producentami programu bardzo ciepło wypowiadał się o gorzowskiej orkiestrze zapowiadając jej udział w kolejnych planowanych programach.

Miałem więc rzadką okazję przekonania się, jak dobrze odbierani są nasi muzycy w środowisku niewątpliwych znawców i koneserów muzyki. To miłe i dobrze rokujące dla tego młodego, dopiero tworzącego się zespołu. Widząc entuzjazm tych młodych muzyków można być jak najlepszej myśli o ich artystycznej przyszłości, choć droga do Carnegie Hall jest jeszcze niewątpliwie daleka.

I na koniec jeszcze jedna obserwacja. Niedawno w naszym mieście odezwały się głosy słusznie lamentujące nad stanem gorzowskiego handlu, pustoszejącymi sklepami i lokalami użytkowymi w ścisłym centrum miasta. Przykład Poznania potwierdza, że jest to niestety zjawisko o wymiarze o wiele większym, niż mogłoby się to wydawać. Na poznańskim Starym Rynku, ulicy Święty Marcin, Głogowskiej, Dąbrowskiego i wielu innych równie atrakcyjnych do prowadzenia działalności gospodarczej miejscach można be trudu znaleźć lokale z ogłoszeniem w rodzaju „wynajmę”, „sprzedam”, bądź „inne propozycje”. Jak widać gospodarczy kryzys pokazuje swe kły nie tylko w Gorzowie Wlkp.

Wyszukaj w blogu: