W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Franciszka, Lamberty, Narcyza , 17 września 2019

Zgraja malkontentów

2013-10-02 10:57:23, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Kiedy ktoś czyta blogerów echagorzowa.pl, czy gorące komentarze Leszka Zadrojcia lub Jana Delijewskiego łatwo może dojść do wniosku, że piszą w tym portalu sami prześmiewcy i szydercy, wieczni krytykanci i opozycjoniści wobec wszystkich i wszystkiego, którym nie chodzi o nic innego niż o to, by „dowalić” marszałkini, wojewodzie, prezydentowi, radnym i w ogóle każdej władzy.

Nic bardziej mylnego. Myślę, że nikomu, kto występuje na łamach coraz bardziej poczytnego portalu nie chodzi o leczenie swoich kompleksów czy realizowanie swoich niespełnionych ambicji.  Motywacje naturalnie są różne, wspólnym natomiast wspólnym mianownikiem działań ludzi związanych z portalem jest to, by w naszym mieście żyło się po prostu dobrze, by znikały zbyt często towarzyszące nam nonsensy i niedorzeczności, by nasze miasto stanowiło dla nas wszystkich wspólne dobro i źródło uzasadnionej dumy.

Jednak uzasadniona krytyka zazwyczaj odbierana jest jako personalne ataki, a jako takie nie zasługujące na nic więcej jak wyniosłe milczenie. Próby wywołania dyskusji o złożonych problemach naszego wspólnego życia kończą się niczym, bo co oni tam wiedzą, przecież to banda nieudaczników, stetryczałych dziadków i wiecznie niezadowolonych politykierów.

Przy takim sposobie myślenia nigdy w naszym mieście nie zbudujemy społeczności obywatelskiej, która swą zbiorową mądrością będzie inspirować rozwój i postęp.

Niestety Gorzów Wlkp. staje się znany w naszym kraju nie tylko ze swej przysłowiowej już niechęci do sąsiadów z południa, jako iż ubogaca swój negatywny wizerunek i tym, że różne organy władzy samorządowej nie są w stanie ze sobą współpracować, co przynosi opłakane skutki.

Znowu Gorzów stał się negatywnym bohaterem mediów ogólnopolskich za sprawą nieudolnie wdrażanej tzw. ustawy śmieciowej. Faktem jest, że sama ustawa jest ułomna i budząca powszechne wątpliwości, jednak dyletantyzm wykazany przez gorzowskich urzędników przy organizowaniu nowego systemu odbioru śmieci sięgnął Himalajów. Byłem pełen obaw wobec przewidywanej rewolucji śmieciowej, nigdy jednak nie przypuszczałem, że będziemy mieli do czynienia z prawdziwym Armagedonem. Mimo, że ustawa startowała u nas później niż gdzie indziej, nie udało się uniknąć błędów popełnianych w różnych miejscowościach naszego kraju, natomiast udało się te błędy podnieść do entej potęgi. Nigdy nie przypuszczałem, że gorzowskie ulice w ścisłym centrum miasta będę zawalone stosami śmieci, że najważniejszym elementem osiedlowej infrastruktury na Osiedlu Staszica staną się pojemniki na śmieci przez co mieszkańcy mają wrażenie zamieszkiwania na wielki śmieciowisku.

Zadanie przeprowadzenia śmieciowej rewolucji spoczęło na prezydencie Stefanie Sejwie, który miał być wspierany przez zespół pracowników biura MG 6. Wydawało się, że połączenie doświadczenia pana prezydenta z młodością i entuzjazmem młodego zespołu pracowników MG 6 przyniesie oczekiwane rezultaty. Niestety, doświadczenia zabrakło, zapału także. Zabrakło przede wszystkim kreatywności i dobrego pomysłu. Trudno oczekiwać kreatywności od urzędników przywykłych do poruszania się utartymi ścieżkami i działającymi według sprawdzonych schematów. To cecha urzędników na całym świecie, więc trudno mieć pretensje, że gorzowscy pracownicy ratusza zachowują się właśnie tak. Śmieciowa rewolucja wymagała jednak działań niestandardowych i w braku takich działań widzę źródło niepowodzenia prezydenta Sejwy.

Obawiam się, że jeszcze nie sięgnęliśmy dna, przed nami problemy z dzieleniem odpadów na rozmaite frakcje, zamykanie zsypów w wysokich budynkach osiedlowych, stworzenie systemu odbioru odpadów wielkogabarytowych. Jak już się z tym uporamy będzie tylko lepiej. Zanim to się stanie będziemy pośmiewiskiem nie tylko tzw. braci mniejszych z południa, ale i całej Polski.

Przy okazji tych gorzowskich zmagań ze śmieciami mam jeszcze dwie refleksje.

Po pierwsze mam wrażenie, że ratuszowa struktura w miarę wzrostu liczebnego zatrudnionych w niej pracowników (ponoć to już grubo ponad 500 ludzi) staje się coraz mniej wydolną machiną administracyjną. Tzw. wieść gminna niesie, że dyrektorom poszczególnych wydziałów ani w głowie myśl o tym by racjonalizować działania swoich ludzi, także pod kątem likwidacji niektórych zbędnych stanowisk, bo przecież im więcej podległych pracowników tym ważniejszy dyrektor. Dlatego sławetna oszczędnościowa reforma sekretarza Jeremicza skończyła się na etapie ograniczanie papieru do kserowania.

Po drugie zaś wydaje mi się, ze brak empatii wykazywany przez osoby kierujące miastem wobec problemów mieszkańców Gorzowa bierze się z tego, że osoby te dawno opuściły nasze miasto zamieszkując poza jego granicami. Jestem głęboko przekonany, że gdyby prezydent Jędrzejczak nadal mieszkał w rodzinnym mieszkaniu w okolicach Kwadratu to zupełnie inaczej reagowałby na degradację Szlaku Królewskiego w naszym mieście. Radni, rezydujący po różnych podgorzowskich wioseczkach nie musieliby uczestniczyć w czasie wyborczych kampanii w żenujących spektaklach z detektywami tropiącymi prawdziwe miejsce zamieszkania kandydatów na miejskich rajców. Jak osoby mające stanowić miejskie prawa i regulaminy mogą bez żadnej moralnej refleksji naginać przepisy do swoich osobistych celów. Mieszkając poza Gorzowem nie są w stanie w pełni żyć sprawami mieszkańców i rozumieć ich bolączki i kłopoty, choćby ze śmieciami.

Znam tylko jednego radnego, który sprzedał swój dom w Kłodawie i wrócił do miasta, by zerwać z fikcją martwego gorzowskiego adresu. Zachęcam innych do pójścia w jego ślady z pożytkiem dla nich samych i ich wyborców.

Wyszukaj w blogu: