W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Jeszcze o Filharmonii

2014-01-28 14:56:18, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Tak się jakoś dziwnie składa, że im dłuższa jest historia najmłodszej instytucji artystycznej w naszym mieście – Filharmonii Gorzowskiej, tym gorętsza temperatura sporów i dyskusji o jej funkcjonowaniu, sposobie finansowania, a nawet potrzebie istnienia. W ten sposób odbija się czkawką to, że takowej obywatelskiej dyskusji zabrakło, kiedy podejmowano decyzję o podjęciu tej chyba najbardziej kosztownej inwestycji w historii Gorzowa. Dziś rozmawiamy o kwestiach, które powinny być szeroko omówione i rozstrzygnięte ładnych kilka lat wcześniej. Teraz mamy do czynienia z klasyczną musztardą po obiedzie, pieniądze zostały wydane, decyzje dawno podjęte i zrealizowane, a wszelkie pomysły w rodzaju przekształcenia kosztownego parkingu w pieczarkarnię należy traktować w kategoriach dowcipu i walki politycznej.

I to był pierwszy grzech pierworodny popełniony zresztą nie po raz pierwszy (i obawiam się, że nie ostatni) przy realizacji wielkich gorzowskich inwestycji. „Władza” wpada na jedynie słuszny pomysł, bo doskonale wie, czego potrzebują mieszkańcy miasta, uroczyście to ogłasza i później się dziwi, iż ludzie nie są za bardzo zadowoleni z tych wspaniałych pomysłów, ośmielają się narzekać, a nawet, o zgrozo krytykować.

Tak było przy okazji Słowianki, nie inaczej rzecz się ma obecnie z Filharmonią.

Grzech pierworodny drugi (czy można mieć więcej niż jeden grzech pierworodny? W Gorzowie niewątpliwie tak) popełniony przy okazji budowy Filharmonii to brak działań prowadzących do tego by ta poważna i potrzebna (tego w ogóle nie kwestionuję) instytucja została wzięta na garnuszek państwa, lub samorządu wojewódzkiego. Gorzów jest jednak zbyt małym miastem niezdolnym do tego by bez określonych konsekwencji ponieść ciężar utrzymania tak kosztownej placówki. Wydatki rzędu 6-7 milionów rocznie to kwota w budżecie miejskim dotąd niespotykana, jeśli chodzi o nakłady na kulturę w mieście i musiały spowodować obcięcie nakładów w innych pozycjach budżetowych. Musiało to wywołać pomruki niezadowolenia w środowiskach, których te cięcia dotknęły. Nie wiem czy radnym w momencie, gdy podnosili rękę w głosowaniu sankcjonującym budowę filharmonii przedstawione były wszelkie przyszłe skutki tej decyzji. Nie wiem czy został im przedstawiony dokument będący swoistym biznes-planem tej instytucji, na podstawie, którego można było stwierdzić, na czym będzie polegało jej funkcjonowanie, zawierającym wszelkie symulacje przewidywanych kosztów i przychodów, źródeł finansowania, poziomu zatrudnienia, różnych cash-flow itp. informacji. Pamiętam za to, że pierwszy dyrektor FG dopytywany przez radnych po kilku miesiącach jej działalności o przewidywane koszty utrzymania instytucji, wił się jak piskorz unikając konkretnej odpowiedzi zasłaniając się brakiem danych, bo przecież dopiero rozpoczynamy, więc jeszcze nie wiemy itd.

Czyli był to klasyczny woluntaryzm i niepodparte rzeczową analizą ekonomiczną chciejstwo i kolejny grzech pierworodny.

Często, mówiąc o gorzowskiej filharmonii zapominamy, że w jej oficjalnej nazwie jest jeszcze człon, który brzmi Centrum Edukacji Artystycznej. Brzmi to świetnie, ale jeśli chodzi o oddanie stanu faktycznego, to budzi zasadnicze wątpliwości. Wszyscy wiedzą, że sala koncertowa z nowoczesnym zapleczem technicznym miała być jedynie częścią o wiele szerszego projektu zakładającego, że powstaną również szkoły artystyczne, tak potrzebujące w naszym mieście nowoczesnej bazy dydaktycznej. Obie te części miały się wzajemnie wspierać i uzupełniać. Miało to swój sens i w pełni uzasadniało wysoki kosztorys realizacji inwestycji. Okazało się jednak, że za olbrzymie jak na gorzowskie możliwości pieniądze udało się zrealizować tylko część obiecywanego projektu, czyli salę koncertową oraz kosztowny (także utrzymaniu) podziemny parking odgrywający w tym przypadku rolę swoistego kwiatka do kożucha.

Stąd wątpliwości dotyczącego wysokości poniesionych kosztów stały się powszechne, a porównania z nakładami innych polskich miast (Koszalin, Szczecin, Olsztyn) na podobne inwestycje całkowicie uprawnione.

Oczywiste jest i to, że realizując tego rodzaju projekty patrzy się na wiele lat do przodu. To już nie kwestia, dwudziestu, czy nawet pięćdziesięciu lat. To spoglądanie nawet na kilka wieków naprzód. Prezydent Jędrzejczak użył słusznego porównania budowy filharmonii do budowy katedry. Ale przy tej okazji bardzo łatwo wpaść w pułapkę przeformatowania, tak jak to zrobili budowniczowie opery w amazońskiej dżungli, czy nawet mieszkańcy maleńkiej maltańskiej wyspy Gozo, w stolicy której oprócz dwóch kilku kościołów działają także dwie  opery. Czy ma to swoje racjonalne uzasadnienie , szczerzę wątpię. I nie pomoże tu patrzenie na tysiąc lat do przodu.

Z zainteresowaniem śledziłem wymianę poglądów na temat gorzowskiej filharmonii jaka odbyła się na facebooku pomiędzy prezydentem Jędrzejczakiem a fejsbukowiczami. To było bardzo pouczające. Postawa prezydenta da się sprowadzić do następującego stwierdzenia, zwłaszcza w odniesieniu do tych, którzy ośmielili się wyrazić swoje wątpliwości i zastrzeżenia wobec FG : „Wy się nie znacie, nigdy nie byliście w filharmonii, a więc nie macie prawa wyrażać swoich opinii. Bo Polacy tak mają, że znają się na wszystkim, i na gender, i na służbie zdrowia, i na ukraińskim Majdanie, i na lotach kosmicznych” (cytat niedokładny). Co w taki razie powiedzieć o tych 460 posłach zasiadających w sejmie, czy o 25 radnych składających się na Radę Miasta, czy także o jednoosobowym urzędzie prezydenta miasta?  Przecież oni wszyscy muszą podejmować decyzję w najróżniejszych sprawach, gospodarczych, społecznych, ustrojowych itd. itd. Czy oni się tak świetnie we wszystkich podejmowanych przez siebie sprawach rozeznają? Przecież na tym polega istota demokracji – wymiana poglądów, stanowisk, informacji. Po to powołuje się organy przedstawicielskie by dzięki nim dojść do ustalenia najsłuszniejszego i najpowszechniej akceptowanego poglądu. A że przy tej okazji zdarzą się i głupoty, cóż takie są koszty demokracji.

Na koniec przypomnę słowa, które kiedyś wypowiedział Janos Kadar. Nie wystarczy mieć rację i przewodzić manifestacji głosząc najsłuszniejsze idee. Czasem trzeba z pozycji lidera obejrzeć się za siebie i sprawdzić czy w tym pochodzie jeszcze ktoś za nami podąża. Zdaje się, że o tej prawdzie zapomniał nie tylko Kadar.

Wyszukaj w blogu: