W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

O Olimpiadzie i nie tylko

2014-02-15 09:58:50, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Igrzyska Olimpijskie w Soczi w pełnym rozkwicie. Tym razem jednak dla mnie mniej ważny jest ich aspekt sportowy, bardziej „nakręcają” mnie związane z nimi kwestie polityczne, socjologiczne czy nawet obyczajowe. Naturalnie, tak jak każdy czułem słuszną dumę ze zwycięstwa Stocha (piszę to w sobotę rano, kiedy nieznane są jeszcze wyniki kolejnego konkursu skoków), czy też wzruszyłem się heroicznym biegiem Justyny Kowalczyk. Przy tej okazji przekonałem się, że sport nie pozwala na żadną ściemę; kto miał wygrać ten wygrał, natomiast te wszystkie tzw. medalowe szanse (niektórzy przewidywali nawet dwanaście medali dla Polski) okazywały się w większości medialną bańką nadmuchaną do niewyobrażalnych granic i zwyczajnym chciejstwem.  Przed nami jeszcze ponad tydzień sportowych zmagań, w których w większości przyjdzie nam odgrywać rolę statystów, a jedynie od czasu do czasu może nam się trafić jakiś fajerwerk, zaciemniający prawdziwy obraz polskich sportów zimowych. Nie jesteśmy w nich żadną potęgą, o stanie bazy wiedzą najlepiej ci, którzy w poszukiwaniu warunków do nowoczesnego treningu muszą jeździć po całym świecie. Nawet dla Justyny Kowalczyk nie potrafiliśmy stworzyć kawałka niezbędnej trasy biegowej do biegania na rolkach, nie mówiąc już o saneczkarzach, czy łyżwiarzach.

Obawiam się tylko, że każdy zdobyty przez polskiego sportowca medal w Soczi umocni wśród polskich polityków mrzonki o potrzebie organizacji igrzysk w Krakowie i Zakopanem, co skończy się kolejną kompromitacją i zmarnotrawieniem sporego naszego wspólnego grosza.

W ponad pięćdziesięcioosobowej reprezentacji naszego kraju wysłanej do Soczi moją szczególną uwagę zwróciła obecność dwóch saneczkarek z podgorzowskich Nowin Wielkich To prawdziwy fenomen, który można porównać jedynie do faktu, iż w konkurencjach alpejskich będzie startowała słynna skrzypaczka Vanessa Mae, czy wcześniej do pamiętnego występu bobsleistów z Jamajki na olimpiadzie w Lake Placid. Może obecność Natalii Wojtuściszyn i Ewy Kuls wśród najlepszych saneczkarek świata nie ma takiej medialnej siły rażenia w ogólnoświatowym wymiarze, ale już w wymiarze krajowym jak najbardziej.

To, że w składzie naszej narodowej ekipy znalazły się dziewczyny z niewielkiej wioseczki położonej w dodatku w tym regionie kraju, gdzie zimy są najłagodniejsze, a ukształtowanie terenu najbardziej równinne to naprawdę coś, co nie da się wytłumaczyć rozumem. Start dwóch dziewczyn reprezentujących Uczniowski Klub Sportowy przywraca wiarę w dawno zapomniany romantyzm sportu, dziś przesyconego komercją i biznesem.

Te dwie dziewczyny dla promocji naszego miasta zdziałały więcej niż miliony wydane na średniej klasy klub żużlowy i kiepskie widowisko w postaci żużlowego Grand Prix. Dla zlokalizowania, bowiem nieznanych nikomu Nowin Wielkich za każdym razem padało doprecyzowanie „koło Gorzowa Wielkopolskiego”. Ciekawe, czy władze naszego miasta fakt ten zauważą i docenią?

Po kilku dniach trwania igrzysk w Soczi mniej uwagi zwraca się już na rozmaite niedoróbki i śmiesznostki w prawdziwie radzieckim stylu, owe legendarne już kible umieszczone obok siebie (a jak wyglądają fizjologiczne czynności w warunkach polskich więzień?) czy gniazdka elektryczne umieszczone na wysokości ponad dwóch metrów. Jak łatwo pokazywać źdźbło w oczach bliźniego. Jeszcze tylko nasze media wspierane przez różnych supermądrali z polskich elit politycznych z upodobaniem mówią o olimpiadzie w Soczi, jako o igrzyskach Putina. Czy to oznacza, że najpotężniejszym człowiekiem na naszym globie nie jest wcale wbrew obiegowym opiniom prezydent Stanów Zjednoczonych. Trudno bowiem wyobrazić sobie by Barrack Obama był w stanie zapewnić swojemu krajowi podobną imprezę, zwłaszcza po tym jak obserwowało się jego zmagania z opozycją przy wdrażania nowego systemu opieki zdrowotnej w USA.

Już teraz jednak widać, że mimo pewnych nieuniknionych niedoróbek igrzyska w Soczi zakończą się sukcesem organizacyjnym, a przygotowane na nie meganowoczesne obiekty nie podzielą losu tych, które zostały wybudowane na olimpiadę w Atenach, a które dziś stoją puste i zaniedbane. Rosjan stać na to zapewnić sobie prawo organizacji każdej, nawet największej i najbardziej prestiżowej imprezy sportowej (patrz piłkarski Mundial).

Bardziej niż dziennikarskie analizy i oceny wydarzeń na olimpijskich arenach interesowały mnie reakcje polskich internatów. Przekonałem się raz jeszcze, że polski Internet jest miejscem aktywności dla ludzi sfrustrowanych i zakompleksionych, prezentujących wszystkie nasze narodowe wady i przywary. Dlaczego w amerykańskim Internecie każdy indywidualny sukces rodaka wywołuje lawinę congratulations i best wishes, podczas gdy u nas jest okazją do wyzłośliwiania się i poszukiwania semickich korzeni.

To prawdziwa paranoja, że stek kalumnii zakończył reprezentacyjną karierę Doroty Świeniewicz, a polscy reprezentanci w Soczi mają zakaz od trenerów by nie zaglądać do Internetu w poszukiwaniu wypowiedzi na swój temat, bo jak twierdzą psycholodzy nie zapamiętuję się dziesięciu pozytywnych wypowiedzi na swój temat, tylko tę jedyną, która traktuje nas mocno po oczach.

Czy jest szansa by kiedyś się to zmieniło? Obawiam się, że nie. Wczoraj przeczytałem dosyć dramatyczny w swej wymowie felietonik sąsiada z blogosfery Echa Gorzowa, pana Andrzeja Trzaskowskiego, który stwierdza, że nie jest już w stanie znieść dłużej spadających na niego inwektyw, oszczerstw i rozmaitych ataków pozbawionych jakiegokolwiek uzasadnienia.  A spotyka go to wszystko tylko dlatego, że ośmiela się mieć swoje zdanie w różnych gorzowskich sprawach i w dodatku prezentować je publicznie poprzez swojego bloga.

W tym momencie podziwiam raz jeszcze doświadczenie i prawdziwie dziennikarskiego nosa nadredaktora Jana Delijewskiego, który postanowił wbrew m.in. moim obiekcjom i wątpliwościom zlikwidować możliwość komentowania tekstów publikowanych w EG przez różnych forumowiczów (czytaj frustratów, nieudaczników, zazdrośników). Jest w EG Forum Gorzowian, gdzie każdy może jak w londyńskim Hyde Parku prawić o wszystkim i wszystko to, co mu w duszy gra, ale pod nazwiskiem. Te rozmaite nicki, anonimy, goście to prawdziwa zaraza naszej debaty publicznej i najwyższy czas by postawić temu tamę. Dlatego nie możemy ulegać terrorowi, jaki stosują tchórze nie potrafiący wystąpić z otwartą przyłbicą, Drogi Panie Andrzeju. Mam nadzieję, że nabierze pan dystansu do tego, co się wydarzyło na łamach innego gorzowskiego portalu i nadal będzie pan pisał swoje interesujące i inspirujące felietony. Pańscy czytelnicy tego oczekują.

Wyszukaj w blogu: