W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Trudne słowo reindustrializacja

2014-03-22 18:34:07, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Słowo jest nie tylko trudne do wymówienia, bo jeszcze trudniejsze do zrealizowania w praktycznym działaniu.

Po dwudziestu pięciu latach od rozpoczęcia polskiej transformacji ustrojowej i gospodarczej wreszcie zaczęto dostrzegać fakt, że wbrew oficjalnej propagandzie nie ze wszystkich działań naszych reformatorów możemy być tak naprawdę dumni. W naprawianiu naszej narodowej gospodarki zbyt często kierowano się ortodoksyjnymi zasadami, które w ostatecznym rezultacie bardzo wydatnie zwiększyły społeczne koszty przemian. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest sposób potraktowania Państwowych Gospodarstw Rolnych, które zostały zlikwidowane w sposób absolutnie bezwzględny. Cel był jeden – zlikwidować sektor państwowy w polskim rolnictwie i dążono do niego po przysłowiowych trupach. Pracownicy upadłych PGRów mogliby wiele powiedzieć o marnotrawstwie towarzyszącym likwidowaniu gospodarstw, o zwyczajnym złodziejstwie i rozdrapywaniu dobra wspólnego, o podejrzanych działaniach prywatyzacyjnych itd. Oczywiście nikt się nie pochylił nad losem pracowników pozbawionych z dnia na dzień pracy stanowiącej nie tylko źródło utrzymania, ale i nadającej sens ich życiu. Dziś, po latach popegerowskie wsie pozostają zapomniane przez Boga i ludzi, a społeczne wykluczenie przechodzi na kolejne pokolenie. Problemów polskiej wsi nie rozwiązali naturalnie duńscy i niemieccy farmerzy, jak i rodzimi latyfundyści, którzy tworząc na miejscu zbankrutowanych PGRów wielkotowarowe gospodarstwa rolne troszczyli się wyłącznie o własny interes.

Także polski przemysł został potraktowany doktrynalnie i instrumentalnie. Uznano, że tylko prywatne zakłady przemysłowe są w stanie generować zysk, a skoro tak to trzeba było wszystko naokoło prywatyzować, często za śmieszne pieniądze. Nic więc dziwnego, że kolejni Ministrowie Prywatyzacji byli obejmowani postępowaniami prokuratorskimi, stawiano im zarzuty, powoływano parlamentarne komisje śledcze, media miały, o czym donosić, a naród coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że prywatyzacja i reprywatyzacja stała się podstawą wielu nieuczciwych nowobogackich fortun.

Wielkoprzemysłowe zakłady produkcyjne, które w epoce słusznie minionej uznawane były za lokomotywy polskiej gospodarki potraktowano, jako źródło wszelkiego zła i w związku z tym większość z nich poszło pod likwidacyjną gilotynę. Kiedy u nas zwalniano górników i zamykano nie wiadomo dlaczego nierentowne kopalnie, bracia Czesi swoje modernizowali i rozwijali, a nawet kupowali niektóre w Polsce. Upadło wiele branż i fabryk, które w poprzednim systemie były prawdziwymi klejnotami w koronie. Padła cała włókiennicza Łódź, kultowy Żerań, a nawet kolebka polskiej rewolucji solidarnościowej stocznia w Gdańsku. Lista peerelowskich gigantów przemysłowych, które nie znalazły miejsca w nowej rzeczywistości jest dłuższa niż przewód pokarmowy tasiemca, a ludzi, którzy na skutek tego stracili pracę można liczyć w setkach tysięcy.

W tym względzie Gorzów nie różni się od reszty kraju. Nie ma już naszej dumy i chwały Stilonu, w pustych halach po Ursusie hula wiatr i rośnie trawa, po Silwanie pozostały tylko wspomnienia, Stolbud, Przemysłówka, czy GKB to puste nazwy, które dla młodych gorzowian nie kojarzą się z niczym.

Kiedy lokalny dodatek do Gazety Wyborczej ogłaszał swoją listę najważniejszych wydarzeń minionego dwudziestopięciolecia nie znalazł się na niej w pierwszej wersji fakt upadku gorzowskiego przemysłu. Dopiero głosy czytelników wskazujących na znaczenie i społeczne skutki tego procesu, likwidacja gorzowskich fabryk znalazła się jednak na tej liście zawierającej zarówno blaski jak i cienie minionego ćwierćwiecza.

Oznacza to, że dla wielu gorzowian zniknięcie wielu większych i mniejszych stanowiło prawdziwą rewolucję w ich życiu, a dla samego miasta kompletne poprzesuwanie akcentów i wyznaczników ustalających pewien porządek w Gorzowie i system działań społecznych i gospodarczych.

Nagle, sprawdzone formy i metody przestały obowiązywać, trzeba było szukać kompletnie nowych pomysłów na miasta, jak również odpowiedzieć sobie na pytanie, co dalej z ludźmi, co dalej z opuszczonym majątkiem, co dalej z miastem. Wydaje mi się, że mimo wielu rozmaitych działań i poszukiwań sposobów na zbudowanie nowego Gorzowa rezultaty mamy, co najwyżej średnie. Gdzie indziej na miejscu opuszczonych fabryk buduje się lofty, apartamentowce, centra handlowo-kulturalne. U nas poza Nova Park większość terenów pofabrycznych stoją opuszczone, bez pomysłu na to, jak je przywrócić do życia. Stilon przez ostatnie lata przechodził z rąk do rąk, jak nie przymierzając uliczna dziewka i doszedł do pozycji małej fabryczki z niewielką załogą, niewiele znaczącą zarówno na rynku pracy, jak i w gospodarczym systemie miasta i kraju. Na miejsce Stilonu i innych wiodących fabryk miasta pojawiły się w strefie przemysłowej takie firmy jak TPV i Faurecia, które nie tylko ze względu na spore oddalenie od miasta praktycznie nie uczestniczą w jego życiu.

Kierujący naszym krajem pomału dochodzą do wniosku, że jednak popełniono błąd rozpędzając na cztery wiatry duże fabryki i kombinaty. Przecież, kiedy przestaje istnieć zakład pracy zatrudniający kilkanaście tysięcy ludzi to na jego miejsce musi powstać przynajmniej kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset zatrudniających po kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt osób, żeby rachunek się zgadzał i problem bezrobocia nie zaistniał. A jak jest? Każdy widzi. Inwestorzy nie pchają się gromadnie do naszego kraju, a do Gorzowa to naprawdę rzadko, by budować wielkie fabryki.

Mam nadzieję, że kiedy premier Tusk mówi o potrzebie reindustrializacji Polski to ma także na myśli konieczność przypisania roli inwestora państwu, którego aktywność gospodarcza nie może się ograniczać wyłącznie do dziedzin strategicznych z punktu widzenia państwa. Dalsze czekanie na wielkich inwestorów, którzy zechcą budować u nas obiekty tak wielkie jak Huta Katowice, będzie oczekiwaniem na przysłowiowego Godota, który nigdy nie nadejdzie. Rządzący tym krajem chyba wreszcie zrozumieli, że bez zbudowania nowych fabryk zatrudniających wiele tysięcy ludzi problemu bezrobocia nigdy w Polsce skutecznie nie rozwiążemy.

Wyszukaj w blogu: