W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Roma locuta, causa finita?

2014-04-16 14:45:46, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Przed kilku dniami znalazłem w swej skrzynce mailowej list, w którym przedstawiono stanowisko działaczy gorzowskiego SLD w sprawie osławionych już alejek na ulicy Marcinkowskiego.

Z zainteresowaniem przyjąłem przedstawione argumenty przemawiające za tym, by nie wycinać starych, ale przez to pięknych drzew, które według autorów projektu przebudowy tego fragmentu głównej ulicy osiedla Staszica. Wynika z nich jednoznacznie, że przy drobnych modyfikacjach samego zamysły modernizacji ulicy, która rzeczywiście jest konieczna, nie trzeba wcale dokonywać rzezi lip i innych drzew tam rosnących.

Jednak w tym piśmie jedno sformułowanie wywołało moje szczególne zainteresowanie. Autorzy listu wyrażają mianowicie żal, iż „służby Pana Prezydenta wnikliwiej nie przeanalizowały interpelacji Jana Kaczanowskiego w/w sprawie z dnia 20.05.2013 r.”.

Wystąpię tu w charakterze żaby, która podstawia nogę, gdy konia kują i przypomnę, że i ja w swym blogu (Magistraccy jak zwykle wiedzą lepiej z 19.07.2013) pisałem krytycznie o tych projektach, co naturalnie nie spotkało się z żadną reakcją ze strony Urzędu. Trzeba było dopiero petycji popartej kilkuset podpisami przeciwników wycinki drzew, burzy w mediach, powstania sytuacji niemal przedrewolucyjnej, żeby prezydent Jędrzejczak zmiękł i oznajmił, że zmienia zdanie i wkrótce przedstawi propozycje rozwiązania sprawy wykluczającej konieczność wycinki drzew. Czyli Rzym (czytaj prezydent Jędrzejczak) powiedział, sprawa skończona.

Tę znaną sentencję pozwoliłem sobie opatrzyć znakiem zapytania, bo z dotrzymywaniem słowa przez prezydenta różnie drzewiej bywało. Dlatego dopóki nie zobaczę, nie dotknę, to nie uwierzę. Ot, taki ze mnie niewierny Jerzy.

Działania prezydenta Jędrzejczaka w tej sprawie skłania do głębszej refleksji. Nie jestem jedyny, który widzi, że w swym sposobie kierowania miastem ima się metody polegającej na tym, że staje się głuchym na cudze argumenty, które nie są zgodne z jego sposobem myślenia.

Przecież można było uniknąć całej tej awantury, tych patetycznych określeń typu „człowiek, który wstrzymał topory”, „gorzowski bohater”, gdyby nastąpiła rzeczowa wymiana poglądów i argumentów pozwalająca wypracować stanowisko odpowiadające większości. Raz jeszcze okazało się, że w naszym mieście jedynie skuteczne metody to takie przypominające sposoby zaczerpnięte z rewolucji październikowej, bo siła argumentów nie działa.

Przykre to i smutne.

Mam nadzieję, że już nie będę musiał pisać o alejkach.

Wyszukaj w blogu: