W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Franciszka, Lamberty, Narcyza , 17 września 2019

Chcieć nie znaczy umieć

2015-02-08 17:52:14, Autor: Robert Gorbat | Kategorie: Miasto, Sport,

Kilkanaście lat temu, jeszcze za czasów województwa gorzowskiego, na piłkarskim boisku w Lipkach Wielkich doszło do niezwykłego meczu. Reprezentacja naszego regionu, złożona z piłkarzy III i IV-ligowych klubów zmierzyła się z Orłami Górskiego. I co? Nasi chłopcy… przegrali aż 1:4!

Niespodzianka? Jak dla kogo. Nasze dwudziestoparoletnie charty biegały jak szalone, natomiast panowie grubo po czterdziestce… po prostu grali w piłkę. Futbolówka ich słuchała, mieli oczy dokoła głowy i dali młodzieży srogą lekcję. Pamiętam, jak po ostatnim gwizdku sędziego jeden ze zdolniejszych graczy podgorzowskiego klubu siedział załamany na murawie i mówił: ,,Jeszcze w żadnym meczu się tyle nie nabiegałem, by ostatecznie dostać takiego łupnia!’’. A przechodzący obok niego bramkarz Orłów Piotr Mowlik rzucił mimochodem: ,,Bo tobie, synku, piłka nożna pomyliła się z lekkoatletyką!’’.

Historię sprzed lat przypomniałem sobie w trakcie ostatniego weekendu, oglądając w gorzowskiej Słowiance zmagania czterech męskich reprezentacji, walczących o udział w finałowym turnieju mistrzostw Europy waterpolistów. W piątek smuciłem się razem z kibicami po sromotnej porażce Polaków z Rosją, a w sobotę i niedzielę cieszyłem po triumfach biało-czerwonych nad Izraelem i Ukrainą. W kuluarach turnieju, rozmawiając z kolegami dziennikarzami, kilkakrotnie słyszałem jednak tę samą opinię: ,,Nasza obecna reprezentacja jest dużo słabsza niż klubowa ekipa Stilonu z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych!’’.

Ta dość ryzykowna teza nigdy nie doczeka się oczywiście weryfikacji, bo dawne stilonowskie gwiazdy nie odmłodnieją nagle o ćwierć wieku i nie wskoczą do basenu, a jakim w latach swojej kariery mogły tylko pomarzyć. Mam jednak nieodparte wrażenie, że siedząc na drewnianych, z wchodzącymi w tyłek drzazgami ławkach otwartego basenu przy ul. Energetyków oglądałem piłkę wodną na znacznie wyższym poziomie. Mimo przesłaniających czasem widok kłębów pary widziałem zawodników szybciej pływających, lepiej technicznie operujących piłką, mocniej i celniej rzucających, wreszcie konstruujących swoje akcje z większą pomysłowością i bogatszym zasobem wiedzy taktycznej.

Czepiam się? Nie mam racji? Albo może targa mną nostalgia za dawno minionymi czasami? Może… Gdy jednak w sobotni wieczór zobaczyłem na trybunach Słowianki Jacka Osińskiego i Piotra Diakonowa, od razu stanęły mi przed oczami ich wspaniałe mecze, z ćwierćfinałem Pucharu Europy z Dynamem Bukareszt na czele. A gdy przeniosłem wzrok na nieckę basenu, to w wodzie ujrzałem tylko jednego zawodnika, grającego na tamtym, dawnym poziomie – bramkarza naszej reprezentacji Michała Diakonowa. Nota bene syna Piotra, bardzo dumnego z faktu, że jego następca jest dziś uznawany najlepszym golkiperem hiszpańskiej ekstraklasy. Jeśli więcej naszych reprezentantów zdoła wyemigrować z Polski do silnych lig w Hiszpanii, Włoszech, na Węgrzech lub na Bałkanach, to być może moja nostalgia i tęsknota zostaną uleczone…

Wyszukaj w blogu: