W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Ady, Aleksandra, Dagmary , 12 grudnia 2019

Mam satysfakcję

2015-05-22 17:40:51, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Mieszkam na obrzeżach wojewódzkiego miasta. I jestem psiarzem. Nie hodowcą. Nie wystawcą. Dbam o psa po to, żeby ktoś mi towarzyszył w trakcie spacerów. A gdy nie idę na spacer, bo piszę, żeby pilnował obejścia. Na spacery z psem najczęściej chodzę tam, gdzie dawniej rosło żyto, a dziś wyrastają domy podobne do dworków szlacheckich. Te nie do końca zabudowane pola są jedynym miejscem, gdzie moja suczka może pobiegać do woli i bez kagańca. Chodzę też do lasu, ale tam suczka musi być na smyczy, bo, jak mnie pouczył strażnik leśny, takie są przepisy. To nic, że moja suczka waży 60 kg i nie w głowie jej uganianie się za sarnami. Ma być na smyczy i w kagańcu, zaznaczył strażnik, przywołując paragraf. Spytałem, dlaczego, skoro jest taki wedle przepisów, nie nosi czapki służbowej i nie zapiął munduru. Bo gorąco, odparł ostrzegając, że jeśli jeszcze raz spotka mnie w lesie z psem bez kagańca, to będzie mandacik.

Ile wiem o psach i jakim jestem psiarzem, czytelnik może przeczytać w mojej książce „Psie kochanie”, wydanej w 2010 r. Mimo że jest to opowieść bardziej literacka niż faktograficzna, na okładce wydawca umieścił moje psy. Gacka i Almę. Gacek był owczarkiem belgijskim, Alma to owczarek berneński. Gacek robił to, co należy do psa i po psiemu reagował na podstawowe komendy. Alma zachowuje się identycznie. No, może z jednym wyjątkiem.

Żeby dostać się na to pole, gdzie kiedyś rosło żyto, a dziś wyrastają domy, muszę przejść przez las. To znaczy ścieżką wydeptaną między sosnami, klonami, brzózkami, dzikimi bzami. Alma przodem, ja za nią. Nawet gdyby nie było tej wydeptanej ścieżki, prowadziłaby mnie zawsze ta samą drogą. Odkąd tamtędy chodzimy, po lewej i prawej leżą plastikowe butelki po coli, po kubusiach, po staropolance, po oleju, po occie. I szklane po żubrówce, po wyborowej, po luksusowej, po czystej, po krupnioku, po czystej z czerwona kartką. I jeszcze aluminiowe puszki po lechu, po wojaku, po piaście, po namysłowie, po kasztelanie, po żubrze. Po tym, co można kupić w pobliskim sklepie wielkiej ogólnopolskiej sieci.

Już miałem ochotę powiedzieć kierowniczce sklepu, żeby przynajmniej raz w tygodniu posłała do lasu kogoś ze swojej załogi, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że kosz przed sklepem też jest pełny, a ona co najmniej dwa razy na dzień koło niego przechodzi. Nie widzi? I wtedy wpadłem na ten pomysł. To znaczy mój pies. Butelka tu, butelka tam, i tam, i jeszcze tam, powiedziała psim językiem Alma,  na nikim nie zrobi takiego wrażenia, jak góra butelek. O, wtedy widać, że las jest zaśmiecony. I można dojść do wniosku, że latem, kiedy upał jak na Saharze, ścioła się zapali. A dziki zwierzak nie pokaleczy się? Oswojony też.

Idąc ścieżką przez las, zacząłem się schylać po butelki plastikowe i szklane, po puszki aluminiowe, po opakowania po sokach z nazwy. Podnosiłem je i rzucałem w jedno miejsce. Alma mi pomagała. Po tygodniu góra urosła tak, że zauważyła ją moja sąsiadka, a ona w sprawie informacji niejawnych (czyt. plotek) jest lepsza od FBI, UOP i Mosadu razem wziętych. Ona też mi doniosła, że strażnik leśny jeździł po lesie z workami i uprzątał te góry butelek, puszek, kartoników. I mówił, że jak się dowie, kto tak śmieci, to nie będzie się patyczkował. Mandacik jak ta lala wlepi.

W sprawie śmieci nie jestem sam. Mój znajomy, też psiarz, kupił dom w Karszynie koło Kargowej. I też szlag go trafiał, gdy spacerował po lesie z psem, widząc nie tylko butelki i puszki, ale i opony, i miednice, nawet obudowę pralki. Zamiast zbierać śmieci, butelki i puszki po piwie przywiązywał sznurkiem do gałęzi na wysokości głowy dorosłego człowieka. Żeby, po pierwsze, w oczy się rzucały, i po drugie, żeby ci, którzy chodzą do lasu, się schylali. Pochyleni, będą widzieli, co tam leży. Część się wkurzy i zerwie te butelki z gałęzi, a część zrozumie o co chodzi. Mój znajomy twierdzi, że pomogło. Najlepszy sposób na śmieciarzy. Mam satysfakcję, cieszył się, gdy narzekaliśmy na brudasów. Ja też mam satysfakcję.

Wyszukaj w blogu: