W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2019

Mobilizacja dla przyszłości

2016-02-09 20:04:49, Autor: Leszek Sokołowski | Kategorie: Sport, Miasto,

Czasy, w których używaliśmy argumentu siły zamiast siły argumentów miałem nadzieję minęły bezpowrotnie. Może jeszcze w jakichś barbarzyńskich miejscach na świecie to jest sposób rozwiązywania sporów, ale w naszym kraju to powinna być pieśń przeszłości, o której możemy tylko czytać w podręcznikach o dawnych dziejach Słowian. Możliwość prowadzenia negocjacji i osiągania kompromisu, który będzie w pewnym stopniu satysfakcjonował wszystkie strony jest umiejętnością, którą posiadają jedynie wytrawni specjaliści lub podmioty darzące się szacunkiem, pełnym zrozumieniem i koncyliacyjne.

Tak było w 1989 r., gdy budowaliśmy ojczyznę, w której dziś żyjemy, a którą każdego dnia ulepszamy swoją pracą i poświęceniem. Oczywiście „jeszcze się taki nie urodził...”, ale w każdym społeczeństwie mamy grupę kontestujących określony kompromis, bo nie był on efektem ich pracy czy wprost nie będą bezpośrednimi konsumentami sukcesu osiągniętego przy stole negocjacyjnym. Aby osiągnąć cele długoterminowe należy realizować zadania pojawiające się tu i teraz. Sztuka negocjacji to najtrudniejsza ze sztuk, bo zmusza rządzących do kroku w tył, spojrzenia z szerokiej perspektywy i akceptacji racji drugiej strony. To jednocześnie rezygnacja ze swoich imponderabiliów na rzecz zaspokojenia potrzeb drugiej strony. Oponenci zmuszeni są  - z uwagi na rolę petenta – do determinacji, skutecznej argumentacji i zrozumienia potrzeby chwili, a także empatii wobec sprawy większej wagi jaką jest przyszłość budowana przez obecnie sprawujących władzę.

Dziś mamy wigilię dnia, w którym ma zapaść decyzja będąca swoistym Rubikonem gorzowskiego sportu. To w środę, a następnie w czwartek zapadną decyzje w fundamentalnej dla miasta sprawie tj. przyszłości wychowania fizycznego jako podstawy wychowania. Dokonywana jest na oczach gorzowian zmiana o znaczeniu epokowym, bo wywraca system sparaliżowany wcześniejszymi decyzjami. Staniemy za chwilę przed decyzją o traktowaniu sportu po zajęciach szkolnych jako hobby, który będzie tak elitarny jak muzyka klasyczna w wykonaniu mistrzów, którzy dzięki swojemu talentowi potrafili ściągnąć do sali koncertowej tłumy, a ci zapłacili za wstęp. Świadomie porównuję sytuację z wąskim gronem odbiorców, bo do tego zmierza likwidacja Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego. Instytucji, która jest odpowiedzialna za szereg działań, które mają jeden cel: UPOWSZECHNIANIE KULTURY FIZYCZNEJ. To nie jest grono ludzi wzajemnej adoracji czy przyjaciele z boiska, a forpoczta sportu w ogóle.

Nikt nie rodzi się sportowcem, a staje się nim. Wszyscy natomiast – jeśli są zdrowi – sport powinni uprawiać. To truizm, gdy napiszę o zdrowiu, zachowaniu sylwetki i kondycji przez długie lata. Nie będzie nim jeśli postawię tezę, że uprawianie sportu rekreacyjnego czy wyczynowego uczy pokory, dyscypliny i szacunku do samego siebie i rywala. Aby realizować cele należy człowiekowi pokazać, zachęcić, zmotywować do właściwego rozwoju psychofizycznego. Czynią to najpierw rodzice, a następnie szkoła (poprzez nauczycieli) i środowisko, w którym wychowujemy się. Właściwa i skuteczna praca z dziećmi i młodzieżą musi przynieść efekty w rozwoju podopiecznego, ale także satysfakcję mierzoną nie tylko dumą. To oczywista oczywistość jak mawiał klasyk. Żyjemy w czasach, w których młody człowiek posiada wiele alternatyw, które skutecznie mogą odciągnąć go od prawidłowego rozwoju fizycznego i stąd niezwykle ważna rola wychowawców, trenerów, środowiska sportowego. Osiągniecie celu obarczone jest ryzykiem co dodatkowo wpływa na trudność kształcenia sportowców przez duże „S”. I tu widzę największe możliwości do zachowania przysłowiowej „owcy” i zaspokojenia apetytu „wilka”.

Moja krytyka działań środowiska odpowiedzialnego za rozwój sportu w Gorzowie wynikała z troski i tęsknoty za sprawdzonymi metodami realizacji celów. Wszyscy z nas pamiętają czasy, w których gorzowianie byli na ustach i szpaltach ogólnokrajowych dzienników, gdy rywalizowali w ligach czy zawodach najwyższych kategorii. Jako mieszkańcy grodu nad Wartą pękaliśmy z dumy, że oto Gorzów (nikt nie mówił o Wlkp.) „rozjeżdża” rywali w bezpośrednim starciu. Było to oczywiście dawno, ale przyczyna takiego stanu była znana wtedy i jest znana dziś. To odpowiednie finansowanie i kształtowanie od dziecka charakteru i tężyzny fizycznej. Do tego potrzebne są środki finansowe. Dawniej były wielkie zakłady przemysłowe „Stilon”, „Zremb”, „Ursus”, „Silwana”.  Nastąpiła katastrofa finansowa, która pociągnęła za sobą degradację dyscyplin sportowych. Dziś jest samorząd i grono ludzi dobrej woli - tzw. mecenasi sportu. Przy ograniczonych środkach nie robi się jednego: nigdy nie powinno podnosić się ręki na sport powszechny (czyt. szkolny). Sponsorzy przychodzą i odchodzą, a szkolenie niezmiennie trwa i zaburzanie tego rytmu może być nie do odbudowania.

Następuje powolna zmiana pokoleniowa wśród trenerów. Zasłużeni, osiągający sukcesy z nostalgią patrzą na medale, dyplomy i rekordy swoich podopiecznych, a młodzi szkoleniowcy (świetnie wykształceni na gorzowskiej AWF) wprowadzający innowacje, podpatrujący swoich doświadczonych kolegów pragną osiągnąć to co poprzednicy. Pierwszym etapem jest szkoła. Podstawówka to często inicjacja kontaktu ze sportem. Prowadzone są naturalnie zajęcia dla przedszkolaków (z powodzeniem), ale nie wszystkich dyscyplin i jest to zdecydowanie zabawa. Na WueFie trzeba przygotować się, przeprowadzić rozgrzewkę, przystąpić do wykonywania ćwiczeń i dopiero tu poznajemy czy nasze dziecko ma uwarunkowania do zostania piłkarzem, akrobatą, lekkoatletą czy tancerzem. Nie ma innej drogi niż poprzez GRUPY WSTĘPNEGO SZKOLENIA. W Gorzowie natomiast – o zgrozo! - znacznie ograniczono ilość godzin (dziś to 30h w skali miasta!!!), a w gestii MOS-u był rozdział na poszczególne szkoły i trenerów. Po likwidacji Ośrodka nie wiemy co stanie się z tymi grupami, które przecież są prowadzone (mamy luty – środek roku szkolnego), a później jest nowy rok, etc.... W gimnazjum godzin i pieniędzy nie ma, bo w świadomości decydentów na tym etapie rozwoju niemożliwe wręcz staje się odkrycie talentu czy ukształtowanie ligowca. Błąd, a potocznie nazywając WIELBŁĄD! To dopiero w wieku 12 lat dokonujemy ostatecznej selekcji i wskazujemy młodym ludziom ścieżkę rozwoju sportowego. Potwierdzą to trenerzy np. dyscyplin olimpijskich tzw. technicznych, gdzie zawodnik niekiedy zaczyna swoją przygodę, a być może karierę sportową. Nie będzie niczym odkrywczym, że na tym etapie nasi nauczyciele WueFu mogą wskazać sportowców zawodowych, którzy z powodzeniem rywalizują, a ich kariera zaczęła się w szkole średniej! To nie jest zasada, ale jeśli ma ona miejsce to jest zasługą dwóch składowych. Primo: trener (nauczyciel wychowania fizycznego) i secundo: podopieczny wraz ze swoim rodzicem. Tymczasem zabraknie spoiwa: MOS-u. Aby realizować się jako trener, szkoleniowiec podstawą musi być weryfikacja pracy i jej efektów. Tą realizuje się podczas zawodów sportowych. Dziś to kilkugodzinne rozgrywki w gościnnych murach szkół (tylko dzięki uprzejmości dyrekcji tych jednostek), a dawniej liga podzielona na rundy: jesienną i wiosenną. Oprócz tego były rozgrywki okręgowe, wojewódzkie i ogólnopolskie. Czy ktoś z was zastanowił się nad tym, że nauczyciele jadą z dziećmi, sprawują opiekę, przygotowują do zawodów (często podczas tzw. SKS) i w końcu zaniedbują swoje rodziny, a w nagrodę otrzymują uścisk dłoni? Wielka gala na koniec sezonu to nic innego jak wielka improwizacja. Tabele wyników, sukcesów, rekordów osiągane są za cenę zaniedbania obowiązków domowych i własnego zdrowia. Dlaczego? Wykonują tę pracę ludzie pełni pasji, gotowi do poświęceń i realizujący misję jaką jest kształtowanie sportu wśród dzieci i młodzieży. Osobiście nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy w taki sam sposób realizowane są zajęcia w klubie, stowarzyszeniu czy spółce akcyjnej, a w podzięce trener otrzymywałby uścisk prezesa. Wszędzie w klubach jest gratyfikacja płacona przez rodziców, a szkoła jest publiczna, więc nauczyciel powinien pracować za darmo (sic!). Chce pracować, bo to potrafi jak nikt inny, ale chce być także doceniony. Taką rolę ma spełniać MOS.

Międzyszkolny Ośrodek Sportowy powinien być miejscem, w którym realizują się plany i zamierzenia nauczycieli WueFu i szkolnych trenerów. Nie ma znaczenia czy dzieci wygrywają zawody. Znaczenie ma ich udział. Odrębna sprawa to reprezentacja szkoły, a odrębna sprawa to POWSZECHNOŚĆ. Otwarcie sal gimnastycznych, boisk (mamy ich kilka), odtworzenie systemu rozgrywek i zawodów dla uzdolnionych, aby kluby sportowe miały możliwość wychwytywania talentów. Taki sport powszechny pod kierunkiem MOS-u marzy mi się.

To jest oczywiście do zrealizowania przy spełnieniu kilku warunków. Pierwszy to zachowanie Ośrodka. Drugi to wzmocnienie go personalnie poprzez zaangażowanie nauczycieli WueFu do tego przedsięwzięcia. Nie poprzez UKS, ale jako stałych trenerów zatrudnionych przez miasto do realizacji zadania. Dalej to oczywiście większe nakłady finansowe. W skali roku zapewniam, że to nie będzie nawet 20 procent tego co otrzymują profesjonaliści. Z tą jednak różnicą, że w szkole ćwiczą wszyscy którzy chcą, a w klubie ci którzy mogą (zrzeszeni, opłacający składki, ukierunkowani). Ostatni warunek to czas. Efekty takiego przedsięwzięcia wymagają go dużo więcej niż jedna kadencja. Na owoce możemy poczekać nawet dekadę, ale zapewniam, że to opłaci się wszystkim. Architektom mądrych decyzji stawiać będą pomniki, a im samym niech brzmi  podczas sesji pieśń Horacego Exegi monumentum aere perennius...

Wyszukaj w blogu: