W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Talent to za mało

2016-10-23 12:36:48, Autor: Robert Gorbat | Kategorie: Sport, Miasto,

Nigdy nie ukrywałem, że żużel nie jest dla mnie pępkiem sportowego świata. W sobotnie przedpołudnie z przyjemnością obejrzałem jednak telewizyjną transmisję z ostatniego w tym roku turnieju Grand Prix w Melbourne i niezmiernie ucieszyłem się z brązowego medalu Bartosza Zmarzlika.

Powody mojej radości były trzy. Po pierwsze: karierę Bartka śledzę od jego pierwszych startów na minitorach. I już po pierwszych kółkach, wykręconych przez okrągłego brzdąca, bezwarunkowo zgadzałem się z opiniami fachowców: ,,Ten chłopak ma papiery na wielką jazdę!’’. Po drugie: zagrał we mnie lokalny patriotyzm. Zmarzlik jest trzecim wychowankiem Stali – po Zenonie Plechu i Edwardzie Jancarzu – który stanął na podium indywidualnych mistrzostw świata. Pamiętam też oczywiście medale Tomasza Golloba i Krzysztofa Kasprzaka, jednak ci zawodnicy przyjechali nad Wartę już w mocno dojrzałym sportowo wieku. I po trzecie wreszcie: niezmiernie ucieszył mnie fakt, iż sukces Bartka nie ma sobie krzty fanfaronady. Chłopak był i jest skromny, prowadzi ascetyczny styl życia, ma wspaniałe wsparcie w rodzinnym teamie. Młodszy z braci Zmarzlików nigdy nie był – i oby tak zostało na zawsze! – bohaterem jakiegokolwiek obyczajowego skandalu, świetne układa sobie relacje z fanami i dziennikarzami, a jego wypowiedzi o starszych kolegach na torze, rodzicach i bracie są przepełnione wielkim szacunkiem. Z takim podejściem do życia i sportu ma przed sobą niewyobrażalnie owocną karierę.

Sądzę, że nie mniejszy sportowy talent miał startujący dekadę temu Paweł Hlib. W odróżnieniu od Bartka, ,,Hlipek’’ nie zdążył jednak dorosnąć emocjonalnie i intelektualnie. Inne środowisko, uległość na pokusy życia, wreszcie brak wewnętrznej determinacji i samodyscypliny sprawiły, iż ten świetnie rokujący zawodnik nigdy nie osiągnął znaczących sukcesów. Był talent, byli sponsorzy, były fajne kluby i tłumy fanów. Zabrakło jednak rozumu. I karierę diabli wzięli.

Żużel to nie jedyny sport, w którym o wszystkim decyduje… głowa. W latach świetności gorzowskiej siatkówki mieliśmy w Stilonie dwóch znakomitych wychowanków: Sebastiana Świderskiego i Karola Hachułę. Pierwszy – choć mierzył tylko 194 centymetry wzrostu i był bardzo podatny na kontuzje – zrobił wielką karierę. Został mistrzem świata juniorów, wicemistrzem świata seniorów, zdobył niezliczoną liczbę trofeów na krajowych boiskach, a na dostatnie życie swojej rodziny zarobił znakomitymi występami we włoskiej Serie A. Pamiętam, jak podczas pucharowego wyjazdu Stilonu do Aten kilku zawodników kombinowało po wieczornym treningu, jak tu się wyrwać z hotelu i poużywać nocnego życia w stolicy Grecji. Kilku, lecz nie ,,Świder’’. Sebastian siedział grzecznie w swoim pokoju nad książkami, bo miał niebawem egzamin na uczelni. Chłopak wiedział, że studia są tak samo ważne, jak siatkówka. Dziś jest i wykształcony, i spełniony sportowo, i niebiedny. Bo miał głowę.

Jeszcze większą karierę mógł zrobić Hachuła. Pamiętam, jak po jednym z treningów w hali przy Czereśniowej trener Walery Krawczenko (mistrz olimpijski ze ,,Sborną’’ z 1968 r. w Meksyku) namawiał Karola: ,,Zostań dłużej w hali. Nauczę cię tak blokować, że będziesz najlepszym zawodnikiem na świecie!’’. I co? I nic. Wspaniały atakujący, który dostał od Boga wszelkie atuty, by cały siatkarski świat mieć u swych stóp, wolał… imprezki z kumplami, tytoniową kontrabandę i pogmatwane życie osobiste. Talent wystarczał mu do brylowania na ligowych parkietach. Nawet mimo ogromnej chwilami nadwagi i zdumiewających zaległości treningowych. Więcej nie był w stanie osiągnąć, bo nie potrafił sobie wyobrazić swojego życia w innym kształcie, w innym stylu. Choć miał pod bokiem wzorzec w osobie ,,Świdra’’…

Psychiczne bariery stanęły też na drodze sportowego rozwoju naszemu futboliście Zenonowi Burzawie. Był utalentowany, pracowity, skromny i koleżeński. Brakowało mu jednak odwagi, by wyjechać z Gorzowa w najlepszym okresie swojej kariery, podjąć rywalizację o miejsce w czołowych klubach ekstraklasy, a może i reprezentacji Polski. Gdy w końcu przełamał opory, miał już na karku trzydziestkę. Zdołał jeszcze zostać królem strzelców ekstraklasy w barwach Tygodnika Miliarder Pniewy, zagrał w z powodzeniem w kadrze B, a nawet wyjechał do trzecioligowego Duchere Lyon. Z Francji wrócił jednak z poważną kontuzją i… pustym kontem, bo właściciele klubu zwyczajnie go oszukali. I na tym tak zakończyła się kariera ,,Burzy’’, który – jak wspomniany na początku tego felietonu Bartek Zmarzlik – miał ,,papiery’’ na naprawdę wielkie granie…

Wyszukaj w blogu: