W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Emilii, Julinana, Konstancji , 19 sierpnia 2019

Liga prawdziwych mistrzów

2017-02-18 12:35:12, Autor: Robert Gorbat | Kategorie: Miasto,

Mamy drugą połowę lutego, a wiosenne rozgrywki piłkarskie toczą się już w najlepsze. Przynajmniej na najwyższym – ekstraklasowym i europejskim poziomie. Kiedyś na futbolowe emocje musieliśmy czekać nad Wisłą przynajmniej do połowy marca. Teraz, wykorzystując nowoczesne stadiony z podgrzewanymi murawami, piłkarze mogą grać praktycznie na okrągło. To znak czasów. Dobry znak.

Kiedy porównuję dzisiejsze warunki do tych sprzed 20 lat, przypominają mi się pewne niezwykłe zdarzenia. Łaskawy los sprawił, iż w sezonach 1995-1996 i 1996-1997 miałem możliwość obejrzenia na żywo większości spotkań Legii Warszawa i Widzewa Łódź w raczkującej wówczas Lidze Mistrzów. Zarówno w kraju, jak też za granicą. Pamiętam, że mecz warszawian z Panathinaikosem Ateny w ćwierćfinale(!) LM odbył się przy Łazienkowskiej na czarnym klepisku, powstałym po walce tradycyjnymi metodami (tony soli i spychacze) z grubą warstwą lodu. Centrum prasowe zostało urządzone w sali, której podłoga została wylana… asfaltem, a na suficie zawieszono wojskową siatkę maskującą. A gdy zmarznięci dziennikarze zjedli w przerwie wszystkie ciepłe ciasteczka, doniesione z Mc Donald’sa, ostatni wychodzący z pomieszczenia żurnalista dostał brudną szmatą od pani sprzątaczki. Z oburzeniem w głosie wykrzyczała mu prosto w twarz: ,,Wszystko, cholery, wyżarli!’’.

Nie mniej groteskowo było na stadionie przy al. Piłsudskiego w Łodzi. Tam, tuż przed słynnym meczem z Borussią Dortmund (gol Marka Citki po strzale z połowy boiska), gospodarze obiektu wylali nowe, wewnętrzne schody na głównej trybunie. Klika godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego musieli odbić szalunki, a tu – jak na złość – nadeszła potężna ulewa. Świeżutkie, nie stwardniałe jeszcze schody dosłownie spłynęły, a goście brodzili po kostki w cementowej mazi.

Przywołuję te humorystyczne wspomnienia, bo przez dwie dekady w europejskim futbolu dokonał się niebywały, wręcz epokowy postęp. Rozgrywki Ligi Mistrzów, Ligi Europy czy też oficjalne mecze narodowych reprezentacji toczą się wszędzie na ultranowoczesnych, funkcjonalnych stadionach. Na najwyższym szczeblu rozgrywek nie ma już miejsca na prowizorkę, klepiska, sale z asfaltową podłogą czy też spływające z deszczem schody. UEFA i FIFA ustaliły standardy, do których wszyscy musieli się dostosować. Bo inaczej znaleźliby się poza nawiasem europejskiego i światowego futbolu. A ten – czy się to komuś podoba, czy też nie – jest najważniejszym z wszystkich sportów. Bo generuje największe zyski, gromadzi największą widownię i budzi największe emocje.

Zawartą w ostatnim zdaniu tezę dedykuję władzom Gorzowa. Przymuszone przez sportową opinię publiczną zdeklarowały wreszcie, że wezmą się za budowę nowej hali sportowej. Ale o modernizacji piłkarskiego stadionu przy Olimpijskiej wciąż milczą. Mogą udawać, że najważniejszym sportem na świecie jest żużel i pompować w tę dyscyplinę masę publicznych pieniędzy. Nie zmienią jednak faktu, iż o speedway’u nie słyszał prawie żadne mieszkaniec pobliskiego Berlina, zaś tegoroczny budżet Legii Warszawa wystarczyłby na pokrycie kilkuletnich wydatków… całej żużlowej ekstraligi.

Wyszukaj w blogu: