W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2019

Sędzia może wszystko?

2017-04-23 14:41:04, Autor: Robert Gorbat | Kategorie: Sport, Miasto,

Pamiętam, jak w czasach drugoligowej (czyli na poziomie dzisiejszej pierwszej ligi) świetności piłkarzy Stilonu Gorzów trener Eugeniusz Różański zaskoczył dziennikarzy na pomeczowej konferencji prasowej oryginalnym stwierdzeniem: - Nie wygraliśmy, bo nie pozwolił nam na to sędzia. Jak się gra u siebie, to można liczyć na 10-15 procent przychylności. Takie są niepisane prawa ligi. A on o tym zapomniał.

Co miał na myśli ,,Róża’’? Z pewnością nie wyciągniętego z kapelusza karnego czy też ordynarnej czerwonej kartki dla rywali. Ale takie małe podgwizdywanie dla gospodarzy. Tu aucik nie w tę stronę, tu rzut rożny, tu wątpliwy spalony przyjezdnych, wreszcie mała reprymenda – albo jeszcze lepiej żółta kartka – dla lidera obrony przeciwników. Z takich małych elementów powstaje całkiem solidny fundament, na którym można budować swoje zwycięstwo.

Na krajowym podwórku myślenie w stylu 10-15 procent odeszło już – na szczęście – do lamusa. Ekipa ,,Fryzjera’’ została rozbita i rozliczona przez organy ścigania, a nowe sędziowskie pokolenie ma ambicje gwizdania na europejskim poziomie. To nie przypadek, że Szymon Marciniak dostaje do prowadzenia najbardziej prestiżowe mecze na Starym Kontynencie, zaś jego koledzy są powoływani na mistrzostwa Europy w różnych kategoriach wieku. Grający w naszych ligach obcokrajowcy mówią z uznaniem o poziomie polskiego sędziowania. O umiejętności czytania gry przez naszych arbitrów, ich bezstronności, wreszcie znajomości języków obcych. To znak czasów. Dobry znak, pokazujący ogromne przemiany, jakie dokonały się w sposobie myślenia i działania polskich ,,gwizdków’’.

W Europie różnie z tym bywa. Wszyscy mamy świeżo w pamięci wyczyny Niemca Aydekina i Węgra Kassaia. Pierwszy wciągnął Barcelonę za uszy do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, dyktując dla Barcy dwa wymyślone karne w rewanżu z PSG, a drugi zabrał półfinał Bayernowi Monachium, niesłusznie wyrzucając z boiska Chilijczyka Vidala i uznając dwa strzelone ze spalonych gole Ronaldo.

Czy można się dziwić, że po obejrzeniu takich spektakli z najwyższej półki w głowach graczy z prowincjonalnych lig powstaje przekonanie, iż sędzia może wszystko? Tydzień temu, w czwartoligowym starciu Piasta Karnin z Odrą Bytom Odrzański goście grali przez ostatnie 20 minut z przewagą jednego zawodnika. Było wtedy 1:1. Przyjezdni nie dość, że nie potrafili po raz drugi pokonać bramkarza gospodarzy, to na dodatek w ostatniej minucie doliczonego czasu gry sprokurowali karnego dla ,,piastunek’’. I przegrali 1:2. Faul na Szamotulskim był oczywisty, przebieg akcji można było zobaczyć z odtworzenia w dwóch pracujących na stadionie kamerach. Bytomianie od razu uwierzyli jednak w spisek. Faulujący stoper i bramkarz zobaczyli czerwone kartki za okrzyki w rodzaju: ,,Ile tu trzeba dać, żeby wygrać?’’, zaś ich koledzy musieli zostać surowo napomniani przez prezesa Piasta, by nie przyszło im do głowy demolowanie szatni. Taki był efekt niegdysiejszego przekonania, że gospodarzom należy się 10-15 procent przychylności sędziego.

Skoro piszę o panach z gwizdkami, to nie potrafię sobie odmówić przyjemności przytoczenia opowieści byłego znakomitego rozgrywająco siatkarzy Stilonu Gorzów, Rosjanina Wiktora Sidielnikowa. Kiedyś, wracając z wakacyjnego turnieju na trawie w Holandii bawił towarzystwo następującą anegdotą: - W półfinale Igrzysk Olimpijskich w Montrealu nasz sędzia gwizdał wasz półfinał z Kubą. Na trybunach siedział trener Sbornej, pewny już występu w finale po wygranej z Japonią. Sędzia co chwilę spoglądał z wysokości swego stołka na szkoleniowca i oczekiwał podpowiedzi, która ekipa ma być rywalem Związku Radzieckiego w pojedynku o złoto. Spotkanie Polaków z Kubańczykami było jednak tak wyrównane i zacięte, że w połowie piątego seta nasz trener wstał ze swego siedzenia, machnął zniechęcony ręką i rzucił w stronę arbitra: ,,A gwiżdż, co chcesz!’’.

Nie muszę nikomu przypominać, że ekipa Huberta Wagnera wygrała z Kubańczykami 3:2, a potem w takim samym stosunku pokonała w finale Rosjan. Ci do dzisiaj są przekonani, że złoto zabrał im ich własny sędzia, prowadzący półfinał Polska – Kuba.

Wyszukaj w blogu: