W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Florentyny, Ligii, Leona , 28 czerwca 2017

Kazimierz Godlewski – odszedł przyjaciel Filarów

2017-06-14 22:02:25, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura, Miasto,

Odejście, śmierć Andrzeja Kuby Florka, który wprowadził naszą piwnicę na salony kulturalne Krakowa, przyjaciela klubu od 1980, czyli od początku jazzowych Filarów, aż do jego śmierci w 2005 roku; Kazia Furmana, który był w Filarach od zawsze i Kazia Godlewskiego to odejścia, które mnie przerażają. Byli tak blisko i już ich nie ma.

Kazio Godlewski zapisał piękny rozdział w historii tego miejsca. Pierwszy raz zagrał tutaj w 1975 roku, ostatni raz w czerwcu roku 2014 na 50-lecie klubu „Pod Filarami”. Był gitarzystą i fanem tego instrumentu. Kiedy w składach koncertowych pojawiała się gitara, zawsze do niego dzwoniłem, aby nie przegapił koncertu. Aktywność zawodowa z czasem od grania go odciągnęła, ale zawsze miał duszę muzyka. Był współtwórcą rodzącego się w Gorzowie w latach sześćdziesiątych big-bitu i rock’n’rolla, a potem świadkiem i obserwatorem rozwoju sceny jazzowej. Kiedy po raz drugi pojawił się pod koniec lat dziewięćdziesiątych już w jazzowych Filarach, stał się ponownie fanem i przyjacielem tego miejsca, a ja odkryłem pięknego człowieka. Zawsze pełen pomysłów i zawodowych, i muzycznych. Zawsze mogliśmy liczyć na jego pomoc. Ciągnęło go do grania i swoje pomysły mógł znowu w klubie realizować.

 Kazimierz Godlewski (gitara, śpiew) – koncert z okazji 50-lecia klubu ,,Pod Filarami”, czerwiec 2014 rok.

Mój filarowy świat się kurczy. W maju odszedł młodo, bardzo młodo, Krzysztof Kwiatkowski, perkusista, wychowanek Małej Akademii Jazzu, mój chłopak w jazzie. Przyjaciele z zespołu anTeny upamiętnili go koncertem, w którym wziął udział Zbigniew Lewadowski, jego mentor, nauczyciel i mistrz. To Zbyszek, wykładowca MAJ, na początku lat dwutysięcznych wprowadzał go na ścieżki jazzu. W czerwcu odszedł Jurek Gawroński. Wierny i oddany słuchacz filarowego życia koncertowego, a teraz Kazik. Jego charakterystyczna sylwetka już nie stanie w drzwiach na salę koncertową klubu, nie usiądzie przy stoliku nr 2 razem z Markiem i Arkiem. Nie stanę z nim po koncercie w barze, by fajnie pogadać. Dożyłem parszywego czasu.

Poniżej tekst z książki „Keep Swinging” Doroty Frątczak, wydanej w 2010, dzięki której filarowe wspomnienia Kazia się zachowały:

„W czerwcu 2004 roku w ramach Dni Gorzowa wystąpił zespół Filar, złożony z oldbojów i młodych muzyków związanych z klubem. Tych, którzy grali w początkach istnienia „Filarów”, skrzyknął Kazimierz Godlewski. Po koncercie odbyło się spotkanie towarzyskie, które dało okazję do wspomnień. – To był chyba 1975 rok – opowiadał Kazimierz Godlewski, gitarzysta i lider zespołu Filar. – Rozwaliła nam się wtedy kapela Stilanie, bo perkusista wyjechał do Australii, a klawiszowiec do Niemiec. To była poważna kapela rockowa, w Domu Chemika ćwiczyliśmy. Graliśmy na bazie utworów Led Zeppelin, Deep Purple. Przez pół roku byłem właściwie bez zatrudnienia. „Pod Filary” ściągnął mnie Henio Kubiak, który wtedy był tu szefem. Powiedział, że ma zdolną młodzież, i poprosił, żebym się nią zaopiekował. Przyszedłem na jedną czy dwie próby, zobaczyłem, że to ma sens, i zaczęliśmy grać. Zespół nazywał się początkowo Pierwsza Przymiarka. Graliśmy bez instrumentów klawiszowych, w składzie na dwie gitary. Na jednej grał Stanisław Stolarz, na drugiej ja. Grał z nami również Krzysio Jędrzejczak na harmonijce ustnej i instrumentach perkusyjnych, no i nasz prezydent miasta Tadeusz Jędrzejczak na perkusji. Graliśmy w takim właśnie nietypowym składzie. Później zmieniliśmy nazwę na Filar. Musieliśmy skrócić nazwę, żeby na koncertach lepiej to brzmiało. Półtora roku razem graliśmy. Później problemy osobiste spowodowały, że wycofałem się z życia muzycznego, a koledzy nadal grali. Przez dłuższy czas nie bywałem w klubie, a od około roku często tu zaglądam. Odżył sentyment, chociaż w klubie wiele się zmieniło. Bodzio Dziekański wykonał tu potężną robotę. Na przełomie 2003 i 2004 roku zrodził się pomysł zorganizowania spotkania starej wiary. W gronie niemuzycznym, ale osób, które tworzyły klub w tamtym okresie, doszliśmy do wniosku, że trzeba by zaakcentować 40-lecie klubu. Krzysia Jędrzejczaka nie udało się ściągnąć, on jest chyba w Paryżu, a Tadzio Jędrzejczak zajęty był sprawami miasta. Bardzo trudno było skrzyknąć tę gromadkę. Ktoś rzucił pomysł, żeby na 40-lecie klubu zagrały wszystkie zespoły, które tutaj działały w okresie beatu, rock’n’rolla, do momentu powstania klubu jako jazzowego. Była propozycja, żeby liderzy tych grup podjęli się takiego wyzwania. Grały tu kiedyś takie zespoły, jak: Damianie, Warsowie, Kontra, Dandysi, i wiele innych grup. Nie udało im się ponownie skrzyknąć, a my podeszliśmy do tego jak do spełnienia swojego marzenia, że jeszcze mogę zagrać coś, co bardzo lubiłem grać. Oprócz mnie z tego pierwszego składu wystąpił Leszek Stolarz na gitarze, Karol Rutkowski na klawiszach, Joachim Lenartowicz, eksmuzyk grupy Stilanie, zagrał na basie, a uzupełniało nas dwóch młodych, zdolnych muzyków związanych z klubem „Pod Filarami”: Szymon Szymkowicz na instrumentach perkusyjnych i Artur Gerlach na perkusji. Mieliśmy bardzo mało czasu na przygotowanie się do koncertu. Ćwiczyliśmy dosłownie przez dwa miesiące, co czwartek spotykaliśmy się w klubie od godziny 19 do 22. Tu robiliśmy podstawy treningowe i aranżacje numerów, no i na Dni Gorzowa potrafiliśmy zagrać piętnaście numerów z tamtych lat. Moje dzieci były zaskoczone, że tata jeszcze tyle potrafi. To było przyjemne. Na co dzień jestem przedsiębiorcą działającym w zakresie recyklingu surowców wtórnych. Leszek Stolarz jest dilerem „Toyoty”, Karol Rutkowski pracuje w hurtowni, Joachim jest na rencie. Z tych różnych młodzieńczych prób muzycznych jedni wyrośli, zostając specjalistami w innych zawodach, inni upewnili się, że właśnie muzyka jest ich powołaniem, jak wspomniane rodzeństwo Prońków czy Jarosław Śmietana.”

Fot. Daniel Adamski


 

Wyszukaj w blogu: