W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2017

Kazimierz jako pierwowzór

2017-08-04 20:55:49, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Nigdy z nim nie wypiłem nawet piwa. Co innego Mietek Warszawski. Kazik Furman dość często przyjeżdżał do Zielonej Góry. Bardziej do Mietka niż na zebranie koła młodych ZLP, którego byłem przewodniczącym. Nie za wiele mówił ani się nie wychwalał swoimi wierszami. Jednak kiedyś pochwalił się, że ma pracę. Spytałem o miejsce zatrudnienia. Powiedział, że w Przedsiębiorstwie Surowców Wtórnych albo podobnie. Potem ktoś mi opowiedział, że Kazik kupował makulaturę i butelki. W dzień barakowóz był osiedlowym punktem skupu, w nocy jego sypialnią. Tak stał się pierwowzorem jednego z bohaterów mojej powieści „A jednak będzie noc poślubna”, wydanej w 2007 r.

− nie sprzątaczka, lecz ja wynosiłem z sekretariatu szefa naszego biura wszystkie gazety i biuletyny, w drodze do domu pytałem kioskarki o przeterminowane tygodniki, niektóre czytałem wieczorami, przekonałem Maciejkę, żeby nie wyrzucała pudełek po butach do śmieci, nawet torebki po cukrze wiązałem w paczki − jutro w „Gazecie” będzie komunikat mniej więcej tej treści: wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa, w trosce o zachowanie naturalnego środowiska człowieka, Dom Książki i Państwowe Wydawnictwo Lekturowe inicjują narodową akcję zbiórki makulatury, każdy obywatel, który dziś dostarczy dwadzieścia kilogramów posortowanych gazet, z tygodników należy wcześniej usunąć druciane zszywki i inne elementy metalowe, otrzyma komplet dzieł Adama Mickiewicza, niestety, panie magistrze, ilość kompletów ograniczona do dwudziestu w każdym punkcie skupu surowców wtórnych − dodał dyrektor księgarni, a ja zrozumiałem, że w sobotę muszę wcześniej wstać i zająć miejsce w kolejce zanim pierwsi czytelnicy kupią „Gazetę”, dlatego już w piątek wieczorem wyniosłem makulaturę z piwnicy do wartburga, szarym rankiem pojechałem na osiedle Słoneczne, gdzie ku memu zaskoczeniu przed barakiem oznaczonym szyldem Punkt Skupu Butelek i Makulatury już było kilkanaście osób, jedne drzemały skulone na paczkach, inne siedziały okrakiem na wózkach pełnych gazet − synowa nastawiła budzik kwadrans na piątą, będzie mamusia pierwsza, postoi najwyżej pół godziny, wróci i do obiadu może se pospać, a tu zejdzie z pół dnia − żaliła się kobiecina tuż przede mną, a ta, która stała przed nią, wygadała się, że za Mickiewicza jej córka dostanie lodówkę od dyrektora Argedu − coś tam dopłaci, ale nie będzie musiała sterczeć tygodniami w ogonku i w myślach prosić Pana Boga, żeby dla niej wystarczyło − zaraz za mną ustawił się wicedyrektor szpitala w przyciemnionych okularach i kapeluszu nasuniętym na czoło, za nim stanęła najpopularniejsza dziennikarka w mieście znana jako Snobka i jej siostra architekt − ile masz pan tych Mickiewiczów?! − krzyknęła jejmość w skórzanej kurtce do kramarza rozsuwającego obite blachą wrota baraku − nie wiadomo, czy warto tu stać, bo może gdzie indziej jest mniej ludzi − kruczowłosy kramarz z dziką brodą i kitką spiętą gumką, wystrojony na czarno jak iluzjonista, z białym szalikiem opasującym szyję, nie odezwał się, tylko stanął w rozkroku, palcem wskazującym prawej dłoni odsunął rękaw swetra i przykleiwszy oczy do zegarka stał nieruchomo niby wieszcz na cokole − na moim już szósta! − zawołała jejmość − szósta − potwierdził kramarz i sięgnął do kieszeni spodni po paczkę klubowych, wyciągnął z niej papierosa, oblizał ustnik, splunął pod nogi, z drugiej kieszeni wyjął zapalniczkę, wypuściwszy obłoczek dymu, zlustrował kolejkę − dziś mistrz Adam patrzy z nieba i pewnie serce aż chce mu się wyrwać z piersi, bo widzi, jak ogromne jest zainteresowanie poezjami, co tylko potwierdza, że dopiero za władzy ludowej spełniło się jego największe pragnienie zapisane w Panu Tadeuszu, Epilog, wiersze 107 i 108: „O, gdybym kiedy dożył tej pociechy, żeby te księgi zbłądziły pod strzechy”, szanowna pani w skórzanej kurtce spytała, iloma kompletami dzieł wybranych Adama Mickiewicza dysponuje nasz punkt, odpowiadam: kompletów powinno być dwadzieścia − a ja jestem dwudziesta! − ucieszyła się jejmość − ale będzie, kurwa, szesnaście − za mną wybuchła wieża Babel – klika! granda w biały dzień! złodzieje! − mnie proszę do tego nie mieszać − podniósłszy rękę jak kaznodzieja, kramarz natychmiast opanował wzburzenie tłumu − jak powiedziałem, powinno być dwadzieścia, jest mniej dlatego, bo wpadłem w potrzask życia, czyż mogłem odrzucić apel dyrektora książnicy wojewódzkiej, żeby jeden komplet przekazać do wypożyczalni osiedlowej, drugi do biblioteki Liceum Ogólnokształcącego, którego jestem absolwentem? − a gdzie jeszcze dwa? − chciała wiedzieć jejmość w skórzanej kurtce − jeden zgodnie z prawem należy się kierownikowi punktu skupu, czyli mnie za to, że z wami się użeram, zamiast walnąć się przed telewizorem, kurwa, albo poczytać choćby i Widzenia nad zatoką San Francisco Miłosza − został jeszcze jeden komplet − nie ustępowała jejmość − został, a szanownej pani gówno do niego, rewidentka, kurwa, się znalazła, mnie będzie rozliczała, nade mną jest dyrekcja i organizacja partyjna, jak zechcę to zaraz budę zatrzasnę i pójdę na browarek − to takie traktowanie ludzi pracy? − zaraz zadzwonię do komitetu! − zagroziła jejmość − nie obawiajcie się, ze względu na mistrza Adama zostanę tu, ale niech ten babsztyl przestanie mnie wkurwiać − bardzo wrażliwy młodzieniec − doszła do przekonania ta, która stała przede mną − o ile się nie mylę, ten pan jest poetą, Kazimierz Woźnica bodajże czy jakoś tak − powiedziała Snobka do siostry...

Wyszukaj w blogu: