W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2017

Woodstock

2017-08-08 16:33:56, Autor: Christophe Jędrzejczak | Kategorie: Kultura, Miasto,

Kiedy w 1969 roku, nad ranem, rozbrzmiały dźwięki hymnu USA wydobywające się z elektrycznej gitary trzymanej w dłoniach potomka Indian z plemienia Cherokee, wielu uczestników festiwalu Woodstock było już na drogach powrotnych do domów. Nikt nie spodziewał się, że ten ostatni występ przejdzie do historii nie tylko muzyki, ale także pop-kultury, jako najsłynniejszy protest przeciwko milionom bomb zrzucanych podczas absurdalnych wojen, w których zwycięzcami są zawsze właściciele fabryk broni i siewcy nienawiści, a ofiarami niewinni ludzie. Ten genialny muzyk, wplatając dźwięki nadlatujących bombowców oraz wybuchów bomb z napalmem w melodię pieśni nad pieśniami, jaką dla amerykanów jest The Star-Spangled Banner, obudził świadomość milionów nie tylko Amerykanów, że wszystkie wojny niosą tylko śmierć i zniszczenie.

Tym jednym utworem ukazał hipokryzję polityków, którzy głoszą górnolotne idee demokracji i pokoju, a które tak na prawdę przekształcają naszą rzeczywistość w niekończące się konflikty polityczne czy zbrojne, dzieląc narody na te złe i dobre, według sobie tylko znanych kryteriów etycznych. Używając starej zasady przypisywanej Filipowi II Macedońskiemu, divide et impera, zmieniają nasz świat w miejsce niekończących się bitew i zbrodni. Taki był Woodstock 1969.

Ale wróćmy na nasze podwórko. Kilka kilometrów za opłotkami zamykającego się na nowoczesny świat i zapadającego się kulturowo wojewódzkiego miasta odbywa się każdego roku najbardziej medialny festiwal muzyczny w Polsce. Jego popularność przyciąga między innymi grupę społeczną, która w opinii młodych uczestników festiwalu ma najmniejsze uznanie. Przedstawiciele tej grupy przyklejają się jak muchy do lepu wszędzie tam, gdzie jest szansa, że pokaże się ich w TV lub będą mogli wygłaszać swoje, często puste, frazesy przed tysiącami ludzi spragnionych miłości, radości i muzyki.

W poszukiwaniu promocji dla swoich partii politycznych przybywają, aby kreować swój wizerunek na tle wspaniałej idei pana Owsiaka, ponieważ sami nie mają żadnej. Najbardziej żałosna była w tym roku próba lansowania jednego z burmistrzów miasta na kandydata na prezydenta RP. Wywiad prowadzony przez znanego ze swoich konserwatywnych poglądów dziennikarza z Warszawki w duchu peace and love robił wrażenie bardziej demagogicznej ustawki niż spontanicznego wywiadu. A najbardziej żenujący był fragment z pytaniami pani trzymającej białą koszulkę z napisem Prezydent RP. To pomieszanie politycznych spektakli czy religijnych demonstracji odbywających się w namiocie cyrkowym niszczy przesłanie, do którego stara się nawiązywać polski Woodstock. Ale na szczęście każdego dnia od godziny 15.00 zaczynają się koncerty. I chociaż w większości są one nagłaśniane przez techników mylących ilość decybeli z przejrzystością brzmienia, pozwalają muzykom dać z siebie wszystko, aby sprawić przyjemność przybyłym fanom. Ale był w tym roku, moim zdaniem, jeden koncert który swoją jakością muzyczną i oryginalnością formy wyróżnił się w sposób zasadniczy. Występ ten powstał z projektu amerykańsko-australijskiej grupy The Dead Daisies, do realizacji którego zaangażowano, no właśnie, Filharmonię Gorzowską pod batutą pani profesor Moniki Wolińskiej, która już opuściła gród nad Wartą.

Projekt nawiązujący do legendarnego koncertu Deep Purple z The Royal Philharmonic Orchestra z 1969 jest niesamowitą promocją nie tylko dla Filharmonii, ale także dla miasta Gorzowa. Myśl, że tysiące fanów na całym świecie będzie mogło kupić DVD lub Blu-ray Disc i jeszcze raz przeżyć ten pełen emocji koncert w wykonaniu jednej z najlepszych kapel rockowych świata i to w otoczeniu gorzowskich filharmoników, co pozwoli w części zapomnieć o tych wszystkich, dla których kultura jest tylko odskocznią do politycznych celów. Poziom muzyczny i emocjonalny, na który wspięła się Filharmonia Gorzowska dzięki pracy pani Wolińskiej będzie można przez lata podziwiać, oglądając ten niezapomniany koncert w Kostrzynie.

Już nie mogę się doczekać aby, jeszcze raz usłyszeć Highway Star w wykonaniu gorzowskich filharmoników. Ale niestety, jak wszyscy w Gorzowie już wiedzą, był to pożegnalny występ Filharmonii Gorzowskiej z panią profesor Wolińską, która, jak wielu obywateli z kraju między Odrą a Bugiem, musi emigrować za granicę, aby zrealizować swoje ambitne plany zawodowe. Taki był Woodstock 2017.

Wyszukaj w blogu: