W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Iluminauci

2017-10-09 20:17:14, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

W wydanym w 2000 r. w wersji papierowej  19 tomie polskiej edycji renomowanej encyklopedii Britannica, gdzie występują hasła zaczynające się od litery „k”, nie ma ani słowa o Lechu i Jarosławie Kaczyńskich. W tomie 9 z hasłami na „d” nie ma nic o Andrzeju Dudzie. Tom 42 zawiera hasła zaczynające się od „s”, ale Beaty Szydło w nim brakuje. Glińskich jest pięciu, ale żaden nie ma imienia Piotr. Morawieckich i Gowinów nie ma. W tomie 49 z uzupełnieniami także ich brakuje. W Encyklopedii Powszechnej wydawnictwa Gutenberg Print z 2000 r. są biogramy braci Kaczyńskich. Nie ma słowa o Andrzeju Dudzie, Beacie Szydło, Mateuszu Morawieckim, Jarosławie Gowinie. Jest Gliński, ale Wieńczysław, aktor. Tworzona na bieżąco Wikipedia przedstawia życiorysy tych osób, jak i tysięcy innych, co nie znaczy, że jej autorom chodzi wyłącznie o wielkie postacie, bo i mój biogram tam się znajduje. Skoro Britannica pominęła osoby z partii aktualnie sprawującej władzę w Rzeczypospolitej, to pewnie wiedziała dlaczego.

Podejrzewam Britannicę, że wie to, czego ja się domyślam. A czego się domyślam, wyjaśniłem w opowiadaniu „Wino musujące”. Oto te zdania: Najbardziej dociekliwi zielonogórzanie uważają, że my, Iluminauci, jesteśmy od niedawna w Winnym Grodzie. A jesteśmy od 1740 roku, kiedy miasto stało się pruskie i niemieckie. Prawda, dawniej wystarczyła nas garstka, bo i grünberczyków było niewielu. Dziś jesteśmy w każdym sklepie, firmie, szkole, urzędzie i biurze, parku... Jesteśmy także we władzach partii, wśród radnych, nawet jeden z zastępców prezydenta miasta należy do naszego kręgu. W zależności od okoliczności bywamy niewidzialni. Na co dzień ubieramy się tak, aby nie odróżniać się od ludzi.

Od zawsze podejrzliwi profesorowie warszawiacy i poznaniacy, a ostatnio również wrocławianie zaczynają przedstawiać dowody naszej obecności na Ziemi. Na przykład, kiedy sukcesem zakończyła się operacja przeszczepienia serca i płuc. Albo gdy kobieta nosiła w swoim brzuchu nie jedno, nie dwoje i nie troje, lecz aż pięcioro dzieci i urodziła je zdrowe. Po tym, kiedy młodzik ze sztywnym stawem skokowym i nogą krótszą o pięć centymetrów skoczył wzwyż na stadionie olimpijskim w Londynie tak wysoko, jakby był w pełni sprawny, komentatorzy jeden po drugim powtarzali, że wydarzył się cud. Że to nie mogło udać się niepełnosprawnemu człowiekowi. Uwierzcie mi, że my, Iluminauci, nie mamy nic wspólnego z tym i poprzednimi zdarzeniami. Nie identyfikujemy się też z Kaligulą, Attylą, Iwanem Groźnym, Hitlerem, Stalinem, Aminem, Pol Potem i setkami oprawców.

Od dawien dawna wnikliwi badacze słusznie podejrzewają, że ludzie na Ziemi nie są tylko ze zwierzętami i roślinami. Jedni uważają nas za istoty pozaziemskie o wysokiej inteligencji. Zdaniem drugich: zaprzedaliśmy duszę diabłu. W dodatku jakby na własną zgubę co kilka lat grupki Ziemian przypominają Żydom, że są narodem wybranym. Nic bardziej fałszywego. To my, Iluminauci, drobiazgowo przygotowujemy się do tego, żeby panować nad wszystkimi istotami żywymi i być wszechwładnymi panami Ziemi. Czy stanie się to jutro, za miesiąc, w przyszłym roku, wie tylko ten, który nas tu wysłał. Wielki Iluminauta.

Opowiadanie to z kategorii s-f otwiera tom moich tekstów „Pozaduszki”, który pod koniec października ukaże się w wersji książkowej. Ostatnie w zbiorze jest opowiadanie tytułowe. Oto jego fragment:

‒ O, gdyby dyrektor nie zaznaczył na zaproszeniu, że to wyjątkowy gość, nie przyszedłbym. Z zasady bywam jedynie na prelekcjach osób, które czymś niebagatelnym się zaznaczyły. Zna kolega ksiądz tego pajaca? ‒ pokazując głową na postać w cieniu, spytał emerytowany profesor historii, siedzący w drugim rzędzie zaraz za doradcą prezydenta i tuż przede mną. Ton jego głosu był wyraźnie szyderczy. ‒ Ma głowę, ręce i nogi, czyli człekokształtny, a wygląda jak istota pozaziemska. Chyba, że to z martwych wstały patron naszego miasta, święty Urban. Zaduszki, dziś wszystko możliwe.

‒ Też pierwszy raz widzę gościa ‒ przyznał się jego towarzysz, duchowny historyk ze stopniem doktora habilitowanego, zniecierpliwiony oczekiwaniem na tytuł profesora prezydenckiego, co będzie oznaczało, że zostanie pierwszym zielonogórskim księdzem wyróżnionym tą godnością.

Siedziałem w trzecim rzędzie, również przypatrywałem się postaci na tle ogromnego witrażu i jak ksiądz doktor pierwszy raz ją widziałem, a lubiłem chodzić na spotkania z ciekawymi ludźmi. Dlaczego ubrał się nie jak na prelekcję, a jak do ślubu, na co wskazuje czarny frak i biała muszka na złamanej stójce? Jeszcze coś niezwyczajnego dostrzegałem w jego wyglądzie i zachowaniu, ale nie umiałem tego precyzyjnie określić, mimo iż jestem dociekliwym obserwatorem, o czym świadczą moje książki oraz to, że każdej soboty radiowcy proszą, abym skomentował bieżące wydarzenia. Miałem wrażenie, że gość jest podobny do większości zdeformowanych postaci wciśniętych przez artystkę w ramę ogromnego witrażu. Jajowata, niesymetrycznie ociosana twarz i łatwe do przewidzenia, wręcz mechaniczne ruchy rąk. Po chwili rozważania doszedłem do wniosku, że skoro na zaproszenie dyrektora muzeum odpowiedziało aż tyle osób z tytułami naukowymi, to prelegent jest wyjątkowy. (...)

‒ Kim pan jest, że głosi tak kategoryczne sądy?! ‒ wykrzyknął profesor. W tonie jego pytania wyczułem więcej oburzenia niż zaciekawienia. ‒ Nie przypominam sobie, abyśmy kiedykolwiek spotkali się na sesji naukowej, a bywałem, o... Łatwiej mi powiedzieć, gdzie nie miałem wystąpienia niż gdzie byłem... Siedzący obok mnie ksiądz kanonik doktor habilitowany też nigdy o panu nie słyszał... To jak się pan nazywa i jaki ośrodek badawczy reprezentuje, bo zdaje się tego nie usłyszeliśmy.

‒ Zakonny Instytut Badania Wszechhistoriografii reprezentuję ‒ odpowiedział gość bezbarwnym głosem, nic sobie nie robiąc z docinku historyka.

‒ Zakonny Instytut Badania Wszechhistoriografii?... Gdzie to jest? Czy ktoś z państwa słyszał o takim zgromadzeniu zakonnym? ‒ spytał profesor, zwracając głowę w tę stronę sali, gdzie siedział rektor uniwersytetu i dyrektor instytutu historii z doktorantami. Nikt się nie odezwał. Gość też milczał. ‒ Są jezuici, benedyktyni, sercanie, albertyni, dominikanie, augustianie, oblaci... A może to instytut świecki rytu wolnomularskiego? Ludzie, dlaczego prelegent nie odpowiada? Co on ukrywa przed nami?

Książkę przy współpracy z Uniwersytetem Zielonogórskim wydało Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry „Winnica”.

Wyszukaj w blogu: