W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Elżbiety, Katarzyny, Klemensa , 25 listopada 2017

On tam, ona tu

2017-11-10 19:12:42, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Najczęściej jest tak, że polski mąż pracuje na Zachodzie, jego żona wychowuje dzieci w Polsce. Bywa, i to coraz częściej, odwrotnie. Żona na Zachodzie karmi, myje, kładzie do łóżka, podaje leki zramolałemu staruszkowi, mąż w Polsce karmi, odrabia lekcje, pędzi do łóżka i rano budzi dzieci, potem sprząta, pierze, prasuje, robi zakupy, gotuje. Po trzech miesiącach żona wraca na łono rodziny z prawie pięcioma tysiącami euro w kieszeni. Trochę pobędzie w domu, zrobi porządek, nagotuje, napiecze i znowu jedzie na Zachód, gdzie przez kolejne trzy miesiące, świątek-piątek, 24 godziny na dobę, musi być na każde zawołanie podopiecznego. Pół biedy, gdy staruszek jest wyschnięty jak staruszek, tzn. lekki, nie zgryźliwy, nie wymachuje laską, nie domaga się tego, czego starzy mężczyźni nie powinni się domagać od kobiet. Gorzej, gdy staruszek kaprysi, robi pod siebie, nie chce się myć, wybrzydza przy stole, wcześnie zasypia i budzi się zaraz po północy. A jeszcze gorzej, gdy syn czy córka staruszka oczekuje od opiekunki cudów. Albo nie płaci tyle, ile powinien, chociaż tak się umówili. Nie płaci, bo wie, że robota na czarno.

W identycznej sytuacji są Ukraińcy, którzy w Polsce robią to samo, co Polacy na Zachodzie, tyle że za mniejsze pieniądze, ale w porównaniu z zarobkami na Ukrainie są to kokosy. Polscy zleceniodawcy zachowują się także są jak ci na Zachodzie. Też nie zawsze płacą tyle, ile powinni, bo robota na czarno. I nie ma komu się poskarżyć.

Kilka lat temu malarz, który przez dwa tygodnie codziennie przed południem przyjeżdżał do mojego domu i po południu wyjeżdżał, ponieważ to, co zrobił, musiało wyschnąć, przekonywał mnie, że nie opłaca się jechać do roboty na Zachodzie. Pieniądze większe niż w Polsce. To jedyna korzyść. Ale po opłaceniu mieszkania, po zapłaceniu za to, co trzeba kupić, żeby nie paść z głodu, zostaje nie za dużo. Oczywiście ma więcej niż gdyby pracował w Polsce. Zarabiał więcej przede wszystkim dlatego, że tam, na Zachodzie, jako malarz pracował nie osiem godzin dziennie, a tyle, ile się dało. Od poniedziałku do niedzieli włącznie. Czternaście godzin i więcej. Inaczej by to wyglądało, gdyby na miejscu miał rodzinę. O, wtedy musiałby pędzić do żony i dzieci. Pędzi z językiem na brodzie, ale później. Miesiąc robi na Zachodzie i dopiero wtedy wraca do domu rodzinnego. Ma się rozumieć, że z tym, co zarobił. I gdy się tak to wszystko policzy, a przede wszystkim rozłąkę i tęsknotę, wychodzi na to, że się nie opłaca. Dziś w Polsce można zarobić tak, jak na Zachodzie. Trzeba pracować przez siedem dni tygodnia po czternaście godzin, podsumował malarz.

Właściciel warsztatu, do którego raz na rok jeżdżę samochodem tylko po to, żeby wymienił olej w silniku, sprawdził poziom płynów, stan klocków hamulcowych, filtry i co tam jeszcze trzeba, latem mi się poskarżył, że roboty huk, a w warsztacie został tylko z synem złotą rączką. Pracowało z nim jeszcze czterech młodych mechaników. Nie zarabiali kokosów, ale w porównaniu z pracownikami w innych warsztatach mieli jak w raju. I całą czwórką wyjechali do Holandii. Jednego zatrudnił serwis samochodowy, drugiego firma fotograficzna, dwaj pojechali na wieś, gdzie mieli dostać robotę w ogrodnictwie. Niedawno jakaś drobnostka kazała mi jechać do warsztatu. Jego właściciel, gdy powiedziałem co i jak, zacierał ręce z radością. Ten, który dostał robotę u fotografa, napisał do mnie, że chce wrócić. Czy go przyjmę? Wracaj, odpowiedziałem. Jeden z tych, co robili w szklarni, też chce wrócić. W Holandii zarabia więcej, ale pracuje od świtu do nocy, nawet nie ma czasu na piwo. I co z tego, że zarabia dużo, jeżeli nie ma gdzie tych pieniędzy wydać. Najgorsza jest samotność, stwierdził ten ze szklarni. Co to za życie: robota na okrągło? Co z tego ma żona? Co dzieci?

Wiele lat temu przebywałem na uniwersytecie w Stuttgarcie. Padło pytanie: czy po zakończeniu stypendium zostanę na uczelni? Wtedy zaczynały się rodzić kontakty badawcze zachodnioniemieckich uczonych z Polakami, Rosjanami, Czechami. Potrzebny był więc ktoś, kto poznał zwyczaje niemieckie, rozumie mowę polską i rosyjską, a jeszcze nie ma żony, dzieci i jest łasy na pieniądze. Proponowana zapłata w przeliczeniu na złotówki była niebotyczna. Najpierw zgodziłem się. Później odmówiłem. Nie było mi tam źle. Z biegiem czasu było mi bardzo źle. Bo sam. Nikogo bliskiego, z kim mógłbym porozmawiać. Najgorsze były soboty i niedziele, kiedy moi koledzy spędzali je z rodzinami.

Nie potępiam tych, którzy jadą na Zachód do roboty. Ja ich podziwiam. I domyślam się, że większość, gdyby nie pieniądze, wróciłoby do Polski.

Wyszukaj w blogu: