W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Wokół pałacu

2017-11-24 15:00:31, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Kultura, historia, Miasto,

− Przysięgnij na Wszechmogącego, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, jak często mówią kobiety mojego pokolenia, i odzyskasz nasze dobra – to jest pierwsze zdanie. Ostatnie: W sobotę Miśka przyjedzie do Kopenhagi i wtedy wszystko się wyjaśni.

Nareszcie. Od września zeszłego roku codziennie już o siódmej rano siedziałem przy laptopie. Pisałem powieść. Siódmą z bohaterami znanymi czytelnikom cyklu z Danielem Jungiem. Ciąg dalszy „Szajbusa”, „Postrzelonego”, „Porąbanego” i niedawno wydanej „Pomsty”. Jak poprzednie tę powieść pisałem po trzy, cztery godziny bez przerwy. Bywały dni, że wypompowany robiłem rundę wokół domu i wracałem do laptopa. Pisałem dalej. Kilka zdań. Czasem tylko jedno. Codziennie strona, rzadziej półtorej, dwie. I niekiedy to, co dzień wcześniej napisałem, następnego dnia kasowałem. Już mi się nie podobało. Pisałem od nowa. Chociaż ta powieść od pierwszego zdania we mnie siedziała, chociaż obmyśliłem ją rozdział po rozdziale, scena po scenie, zdarzało się, że w zapędzie napisałem coś, nad czym nie panowałem. Następnego dnia, gdy zacząłem czytać wcześniejszy urobek, coraz bardziej byłem z siebie zadowolony. Zdarzało się, że dziękowałem tej sile, która zarządzała moim pisaniem. Psycholog pewnie uznałby ją za podświadomość. Dawno temu, gdy siedziałem nad „Jublem”, było tak samo. Ja pisałem, a właściwie nie ja. Ja tylko uderzałem palcami wskazującymi w klawisze maszyny do pisania. Pisała podświadomość. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego tak napisałem i skąd się to wzięło. Ale „Jubel” się udał. Uważam go za moją najlepszą powieść, o czym świadczy to, że książka sprzedała się w nakładzie 30 tys. egzemplarzy. Może więc ta najnowsza moja powieść, ta, której pisanie skończyłem w piątek, 24 listopada, będzie tak dobra jak „Jubel”.

Należę do tych piszących opowiadania, powieści, artykuły, którzy nie potrafią ocenić swoich tekstów. Zmarły kilka lat temu Edek Mincer, dziennikarz Polskiego Radia, po koleżeńsku ganił mnie za nieśmiałość. Chwal się. Mów o sobie jak amerykański pisarz, że jesteś najlepszy. Nie siedź cicho. Czytelnicy lubią tych, którzy są śmiali. Odważni. Co się jednemu czytelnikowi podoba, nie musi się podobać drugiemu. Wybaczą chwalipięctwo. Twórczość to nie buchalteria, gdzie wszystko da się pokazać na wykresach. To nie waga. To nie dwa razy dwa, że zawsze jest cztery. Twórczość potrzebuje promocji, pochwały, śmiałości, odwagi. Twórczości trzeba pomóc. To jak kobieta. Każda jest ładna, ale ta z umiejętnie wykonanym makijażem ładniejsza. Twórczość potrzebuje wsparcia. Odpowiadałem, że tak nie potrafię. Że zdaję się na łaskę i niełaskę czytelników. Przegrasz, powiedział Edek. A jeżeli nie przegrasz, to będzie ci dokuczał brak szczęścia. Że gdybyś mieszkał w wielkim mieście, bywał w kawiarniach, pił z kim trzeba, uczestniczył w imprezkach... Marek Hłasko był świetny jako pisarz, ale gdyby nie urządzane przez niego sceny, byłby tylko świetnym pisarzem, przekonywał mnie Edek. Chciałem powiedzieć, że Bruno Schulz mieszkał w niewielkim Drohobyczu, gdy przypomniałem sobie, że autor „Sklepów cynamonowych” zyskał rozgłos dopiero po spotkaniu z Nałkowską.

Ta moja najnowsza powieść dotyczy tego, co niemieccy właściciele zostawili na Środkowym Nadodrzu. Czy zwycięzcy mieli prawo tak zdecydować, jak zdecydowali na konferencji w Poczdamie? To jedno. Drugie dotyczy tego, jak my, gospodarze Ziem Odzyskanych, potraktowaliśmy mienie poniemieckie. Na przykład pałace w Sosnach, w Dąbroszynie, w Jeziorach, w Kargowej, w Bojadłach, w Lipinkach Łużyckich, w Brodach, w Cybince, Trzebulach... Więcej szczęścia miały pałace w Gliśnie, Murzynowie, Osowej Sieni, Przytoku, w Toporowie, w Wiejcach... Jak wyglądają domy we wsiach wzdłuż drogi Kostrzyn – Gorzów, Sulęcin – Gorzów, Słubice – Sulęcin przez Torzym. Zaraz po wojnie ich nowi mieszkańcy nie byli pewni, czy długo tu pobędą. Minęło 72 lata. W domach zbudowanych przez Niemców żyje trzecie pokolenie Polaków. Tu spłodzonych i urodzonych. To już nie są domy poniemieckie. A kamienice przy Chrobrego w wojewódzkim Gorzowie. Na Zawarciu. Przy Łokietka, 30 Stycznia... Niech nikt mnie nie przekonuje, że to wyłącznie wina komuny. Ta Rzeczpospolita ma już 28 lat. Dojrzało kolejne pokolenie.

Moja powieść pośrednio odpowiada na pytania, jakie zadają sobie Polacy mający wschodnie korzenie. Na przykład. Dlaczego rodacy z sentymentem spoglądają na to, co dziadkowie zostawili na Kresach Wschodnich? Dlaczego domagają się zwrotu majątków? Dlaczego uważają, że ci, którzy są gospodarzami tamtych terenów, nie troszczą się o to, co ma przedwojenną metrykę?

Wyszukaj w blogu: