W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Mogę iść do pierdla

2018-01-31 16:34:49, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Jeżeli prezydent Rzeczypospolitej podpisze nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, a zanosi się na to, że podpisze, bo podpisuje wszystko, co partia rządząca przygotuje, to pójdę siedzieć. Już zaczynam się do tego przygotowywać. To znaczy wyjąłem torbę na laptop ze schowka, bo w ciupie mam zamiar nie marnotrawić czasu. Będę pisać. Na przykład powieści kryminalne. Więzienny klimat powinien mnie wspierać.

Byłem w Jerozolimie. Chodziłem wśród tysięcy drzewek w Ogrodzie Sprawiedliwych Świata przy Instytucie Pamięci i Męczenników Holokaustu na Wzgórzu Herzla. To polska nazwa. Świat zna inną – Yad Vashem. Zwiedziłem Nowe Muzeum Historyczne i wszystko, co tam było. Po powrocie do hotelu, a może jeszcze w Lesie Jerozolimskim, wpadł mi do głowy pomysł na opowiadanie. Umieściłem je w zbiorze „Drugie przykazanie miłości” (Pro Libris 1996).

Oto fragment, który może nie spodobać się prokuratorowi IPN. Pod warunkiem, że czyta nie tylko ustawy. Chociaż jest i inna możliwość, mianowicie czujny sygnalista, w tym i stowarzyszenie uważające się za patriotyczne, potraktuje ustawę o jawności życia publicznego na serio i na mnie doniesie do IPN.

W naszej wsi, o czym dowiedziałem się dopiero jako student, już jesienią 39 roku wielu wieśniaków dało schronienie Żydom. Właściwie powinienem to nazwać sprzedażą, bo za kryjówkę pod podłogą, na strychu, w obórce, drewutni, chlewiku, stogu słomy, za miseczkę zupki, kwartę mleka, skibkę chleba, gotowane kartofle w łupinach, cebulę, marchew, gliniak wody Żydzi płacili czym tylko mogli. Na początku wieśniacy nie oczekiwali ani złotych pierścionków, kolczyków, medalionów, łańcuszków, dolarów, ani nie wyznaczali żadnej ceny i pewnie nadal ukrywaliby Żydów tylko dlatego, że Jezus słowami proboszcza kazał im miłować każdą istotę stworzoną na obraz i podobieństwo Pana Boga, lecz jak zobaczyli żydowskie bogactwo i się przekonali, że też mogą być bogaci, zaczęli żądać zapłaty. Gdy Żydom zabrakło klejnotów, a moi sąsiedzi jeszcze nie napaśli oczu zbytkiem, nie byli syci bogactwa, bo głodni, panie Piotrze, nie znają umiaru, wybuchła tragedia, której nawet mędrcy żydowscy się nie spodziewali.

W lesie u stóp Góry Barczej moi sąsiedzi, chrześcijanie z dziada pradziada, kopali doły tak, jak to robią grabarze na cmentarzu, przykrywali je gałęziami, ziemią, maskowali sadzonkami jodeł, mościli słomą. Pod osłoną nocy prowadzili tam Żydów, od których już wydostali wszystek majątek i ich przekonywali, że jest to najbezpieczniejsze schronienie. Niemcy, tłumaczyli im nie bez racji, boją się gęstego lasu i ciemności. Tu, w dołach wysłanych słomą, oczekujcie wyzwolenia, my, przyrzekali na rany Chrystusa, będziemy was karmili, poili, pielęgnowali. Żydzi ufali im bezgranicznie, bo dlaczego mieli nie ufać? I wierzyli, że wytrwają z pomocą Polaków, bowiem jednych i drugich wybrał Pan Bóg, ich, aby w oczekiwaniu na przyjście mesjasza i wskrzeszenie zmarłych byli przewodnikami narodów, Polaków, aby stali na straży wiary i życia przyszłego. A ci moi sąsiedzi, bogobojni wieśniacy przecież, ciskali do tych dołów granaty, które rozrywały żydowskie ciała na strzępy... i wyrywali złote zęby z okrwawionych szczęk...

Milczy pan. Ja też, gdy czegoś nie pojmuję, wolę sobie pomilczeć w samotności. Nie proszę o powtórzenie, dodatkowe informacje, objaśnienia, bo wyjaśnień zazwyczaj bywa tyle, ilu jest tłumaczy i każdy uważa, że jedynie on ma rację. Czasem, panie Piotrze, dobrze jest chwilę pomilczeć, jednak niekiedy trzeba nie tylko zamilknąć, lecz oślepnąć i ogłuchnąć. To najlepsze w gruncie rzeczy lekarstwo na wszelkie choroby tego świata.

Napisałem opowiadanie, czyli rzecz artystyczną, chociaż prokurator IPN może potraktować je inaczej. Jeżeli tak będzie, to pokażę mu nr 37 tygodnika „Wiadomości Kulturalne” z 1997 roku, gdzie ukazał się tekst Kazimierza Koźniewskiego o mojej książce. Recenzent napisał: „I oto rodzi się we mnie, czytelniku, pytanie: czy autor, każdy autor, za każdą cenę powinien dawać świadectwo psychologicznej prawdzie, nawet tak okrutnej? Prawdzie o tym, iż szczęście człowiecze czasem bywa okrutne i samolubne, gdy w takim okrucieństwie jest własny ratunek? Jest w tym jakaś okrutna prawda o nas, o ludziach. Właściwie autor powinien się zdobyć na takie prawdziwe przedstawienie człowieka! Na przedstawienie okrutnego owocu, jaki również wydała tamta zbrodnia. (...) Ale zaraz drugie pytanie: czy w warunkach Polski A.D.1997, gdy zewsząd słyszymy, jak demagodzy, neonaziści, i to nasi, polscy, wykrzykują nowe, choć stare od tysiąca lat hasła antysemickie, czy należy prezentować opowiadania przedstawiające taką, choćby arcyludzką w tym położeniu, niewdzięczność Żydów wobec Polaków, którzy ich uratowali? Czy taka nowela to nie jest materiał dla antysemickich narwańców i oszołomów? Czy taka literatura nie przyniesie nam szkody? Oto dwa pytania, na jakie nie potrafię sam sobie w tej chwili odpowiedzieć. Jakie są w tym konkretnym wypadku obowiązki literatury? Rzadko która książka dzisiejsza, współczesna, obudziła we mnie takie myśli. Na tym polega jej wartość i jej niebezpieczeństwo”.

Wyszukaj w blogu: