W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Rasowy dachowiec

2018-02-16 19:28:27, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Julek ma sierść szarą. Właściwie niebiesko-szarą. Może bardziej stalową albo antracytową. Chociaż nie. Julek ma sierść grafitową bez prążków, pasków, cieni. Grafitowy brzuszek, grafitowe nóżki, grafitowy pyszczek. Grafitowy ogon. Ogon. To nie jest ogonek. To jest kita, którą się czuje. Zdaniem pani weterynarz zaprzyjaźnionej z koleżanką żony z Warszawy, Julek ma cechy rasowego kota syberyjskiego. Moja znajoma lekarka uważa, że Julek ma coś wspólnego z kotem brytyjskim, o czym świadczy jego pyszczek i kolor sierści. A ja wiem swoje, że ani ojciec Julka, ani jego matka nie należą do brytyjczyków czy sybiraków od dwóch, trzech pokoleń. Julek to typowy miejski dachowiec. Może nie tyle typowy, co rzeczywisty.

Urodził się na czwartym piętrze w bloku. Jego ojciec był leniwym dachowcem, co to całe dni przesypiał na fotelu. Matka obok na kanapie. Miał siedmioro rodzeństwa. Jedną siostrę i pięciu braci. Gdy kocięta się usamodzielniły, ich pani, a koleżanka mojej synowej postanowiła, że pójdą do dobrych domów. Wtedy synowa uznała, że jedno z nich powinno zamieszkać z jej matką, drugie z rodzicami jej męża. Moja synowa wie, jak sprawić radość starszym w doświadczeniu. To i Sonia mieszka z Teresą, Julek z nami. Raz się spotkali. Julek wtedy pewnie nie poznał siostry, bo na nią syczał jakby chciał powiedzieć: wynoś się z mojego domu.

Późną jesienią 2016 r., po osiemnastu latach zamieszkiwania z nami, Julka odeszła do krainy wiecznych łowów. Już wtedy żona postanowiła, że pustkę po kotce powinien wypełnić kociak. Żeby nasz dom nie był zwykłym mieszkaniem. Ten następny po Julce nie musi być rasowcem, stwierdziła. To powinien być najzwyklejszy dachowiec. Taki, który uzna nasz dom za swój. Julek do tego się nadaje.

Teraz Julek. Gdy synowa go przywiozła, miał trzy miesiące i był Puniem. Punio? Kot Punio? Co za imię? Wstyd! Śmiałem się. Tym bardziej że jego oczy podpowiadały, że z tym imieniem źle się czuł. On musi mieć konkretne imię, orzekłem i żeby daleko nie szukać, zaproponowałem – Julek. Była Julka, czuła się u nas znakomicie, i my z nią tak samo. Będzie Julek. Żona nie miała nic przeciw temu. Synowa też. Syn także. Wnukom bardzo się spodobała nazwa i wszystko to, co robił Julek. Tak bardzo, że to ich największy przyjaciel. Julek lubi się z nimi bawić.

Julek ma dom, w nim swoje legowisko, dwie swoje miseczki: na jedzonko i na wodę oraz kuwetkę na odchody. Do kuwetki wchodzi dopiero wtedy, gdy jest pewien, że została wysprzątana. Zresztą identycznie jak Julka większość czasu spędza na spaniu i myciu się. Im jest starszy, tym dłużej i częściej się myje. Idzie spać wcześniej ode mnie i wcześniej ode mnie wstaje. Jeżeli nie podnoszę głowy spod kołdry, to długo po mnie chodzi, że muszę wstać. Wtedy pije wodę prosto z kranu. Potem sprawdza, czy kuwetka jest uprzątnięta. Trzecia czynność to śniadanie z miseczki. Tylko suche paszteciki. Gdy opróżni miseczkę, idzie spać. Po południu żona zaprasza go na żółtko. Później przez kilkanaście minut się oblizuje.

Julek nie lubi chodzić po dworze. Wyprowadzony na podwórko, natychmiast zmyka do domu. Na podwórku jest Alma, z którą jesienią trochę się kolegował. W oczku są karasie chińskie. Kilka razy zamoczył nóżkę w wodzie, ale karasie chińskie go nie interesowały.

Kiedyś ustaliliśmy, że mój będzie pies, żony kot. Tak było, kiedy żyła Julka. To znaczy Alma dalej jest moja, ale i Julek częściej siada na moich kolanach niż na kolanach żony. Wychodzi na to, że mam rybki, psa i kota. Tak zdecydował Julek.

Julek ma dopiero dziewięć miesięcy.

Ps. W 2010 r. napisałem opowieść „Psie kochanie”. Znakomita recenzentka, czytelniczka m.in. i moich rzeczy gorzowianka Krystyna Kamińska, która już wtedy była kociarą, zapytała, czy napiszę „Kocie kochanie”. Odpowiedziałem, że pomyślę o tym. Jestem coraz bliżej tego kroku.

Wyszukaj w blogu: