W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Celiny, Ireneusza, Niny , 15 grudnia 2018

W marcu 1968 dostałem pałką

2018-03-08 15:44:33, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Pałką milicyjną. To był pierwszy i ostatni raz. Nigdy później nie miałem do czynienia z milicją/policją.

Skłamałem. Miałem do czynienia jeszcze kilka razy. Na parkingu przed blokiem ktoś włamał się do mojego fiata i wyrwał radio. Poszedłem do komisariatu zgłosić kradzież. Dyżurny przyjął zgłoszenie, bo tak nakazują przepisy, i zaraz oznajmił, że to nic nie da. Tydzień później dostałem list z decyzją: milicja sprawę umorzyła ze względu na niemożliwość wykrycia sprawcy. Drugi raz sytuacja się powtórzyła w Karpaczu, dokąd pojechałem z żoną na spacery po Karkonoszach. W nocy na przyhotelowym parkingu złodziej wybił szybę w moim aucie, ukradł atlas i radio. Kilka miesięcy później dostałem wezwanie do sądu w Jeleniej Górze jako świadek z informacją, że stawiennictwo nie jest obowiązkowe, to nie pojechałem. Za szybę zapłaciło PZU. Radia nie odzyskałem. Dwa, może trzy razy zapłaciłem mandat za złamanie przepisów o ruchu drogowym.

Ten pierwszy raz dostałem pałką w marcu 1968 roku. Byłem wtedy studentem w Szczecinie. I jak większość moich kolegów usłyszałem, że w Dzień Kobiet studenci w Warszawie wyszli na ulice. Dlaczego? Tego nie dowiedziałem się z telewizora, co nie znaczy, że lektor o tym nie mówił. Ja, jak większość moich kolegów z uczelni, nie rozumiałem powodu wyjścia studentów na ulice Warszawy. Gdyby chodziło o podwyżki cen... ale jeszcze wtedy ceny były znośne. Utkwiło mi w głowie jedynie to: Studenci do nauki, pisarze do piór, syjoniści do Syjonu.

To dziś historyczne wydarzenie miało swój głośny początek w Warszawie 8 marca. Zanim ktoś odważył się rozszerzyć je i na Szczecin, minął może tydzień. Kartki wzywające studentów na plac Orła Białego pojawiły się w gmachach uczelnianych, o ile mnie pamięć nie myli, w połowie marca. Wisiały w kabinach toalet (tam, gdzie nawet król chodzi piechotą) i nikt ich nie zrywał.

Kto zna Szczecin, ten wie, że plac Orła Białego znajduje się na Starym Mieście. Najbardziej charakterystycznym obiektem na tym placu jest fontanna postawiona jeszcze w XVIII wieku. W czasie drugiej wojny światowej szczecińskie Stare Miasto zostało rozbite niemal doszczętnie. A fontanna, przykryta żwirem i piaskiem, przetrwała wojnę. W 1968 r. znajdująca się pobliżu katedra była jeszcze w stanie wojennej ruiny. Jej odbudowa zaczęła dopiero w 1972 r. po wydzieleniu diecezji szczecińsko-kamieńskiej z administracji gorzowskiej. Plac Orła Białego miał wyjątkowy charakter może dlatego, że na szczycie misy fontanny tkwił biały orzeł wzbijający się do lotu. W czasie, kiedy propaganda głosiła, że na ziemiach zachodnich Byliśmy, jesteśmy, będziemy, miejsce to miało świadczyć o wielowiekowej polskości Szczecina.

Jeszcze plac nie zapełnił się takimi jak ja, a już przyjechały radiowozy, z nich wyskoczyli milicjanci. Nikogo nie chwytali, nie ładowali do suk, tylko kropili pałami. Kto się zasłaniał przed uderzeniami, tego mocniej walili. Kto uciekał, pędzili za nim i łubudu. Byłem jednym z tych, którzy wybrali ucieczkę. Dostałem tylko w ramię. Bardziej wkurzyło to niż zabolało. Po powrocie do akademika ocenialiśmy, kto dostał mocniej. Śladów na naszych ciałach nie było za dużo, bo podobno milicjantów tak szkolono, żeby bili i nie zostawiali dowodów.

O co w marcu 1968 r. chodziło, dowiedziałem się dopiero wiele lat później. Przesadzam. Później też niewiele się dowiedziałem. Później marzec przykrył grudzień 1970, po nim czerwiec 1976, sierpień 1980, stan wojenny, czerwiec 1989. Właściwie dopiero niedawno usłyszałem, o co chodziło w 1968 r. I mam wątpliwości, czy to, czego teraz się dowiedziałem, jest jedyną prawdą o tamtym czasie. Czy to nie jest jeszcze jedna droga w stronę zmiany historii?

Z marca ’68 najbardziej ucieszyli się dyrektorzy teatrów. Kiedy do nas dotarło, że Dejmek wyreżyserował „Dziady” w Warszawie i przedstawienie zostało zdjęte, zaczęliśmy chodzić do teatru Polskiego i Współczesnego, bo tylko takie były w Szczecinie. Wtedy pojawiły się premiery studenckie. Zresztą to spowodowało, że zaczęliśmy zaglądać i do muzeów, bywać na kiermaszach książek, chodzić na spotkania z pisarzami. Zaczęliśmy pytać, jak redagować czasopismo studenckie, ale ci, których prosiliśmy o radę, wybili nam to z głowy. Czasopismo to redakcja, papier, poligrafia. I najważniejsze: cenzura. Rektor zgodził się, abyśmy założyli teatrzyk. Z teatrzyku wyszedł nam kabaret Pod Kogutem, pod kierownictwem Ireneusza K. Szmidta (dziś prezesa oddziału ZLP w Gorzowie) przemianowany na kabaret Indyk. Nawet w upalne dni nosiliśmy białe czapki z kolorowym otokiem.

W czerwcu okazało się, że część profesorów, którzy w semestrze letnim prowadzili wykłady, wyjechało ze Szczecina do Izraela, do Szwecji, do Danii, do Austrii, do RFN. Nie miał kto nas egzaminować. Dziekan zdecydował, że warunkowo zaliczy rok 1967/68. Dlatego nie mam wpisu prof. Samuela Rotenberga w indeksie. Ale mam wpis dr. Andrzeja Głowackiego, który zaczął wykładać podstawy nauk politycznych.

Wyszukaj w blogu: