W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Maury, Milany, Tomasza , 22 września 2018

Stolik zastępczy

2018-04-02 11:55:06, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Piotr Steblin Kamiński twierdził, że jest ostatnim, który siedział przy Stoliku nr 1. Od piątku, 30 marca, jest przy niebieskim stoliku razem z Janem Korczem, Zdzisławem Morawskim, Mieczysławem Rzeszewskim, Hieronimem Świerczyńskim, Bogdanem Kunickim, Jerzym Szalbierzem, Florianem Nowickim i jeszcze kilkoma myślącymi inaczej niż ci, którzy chodzili w garniturach i nosili krawaty. Później urodzonym wyjaśniam, że ten stolik króciutko stał w kawiarence Letniej, później dłużej w Empiku, którego także już nie ma. I że zbierali się przy nim głównie mężczyźni, którzy przekonywali przede wszystkim siebie, że Gorzów może być miastem co najmniej równym Paryżowi, a w przyszłości nawet Nowemu Jorkowi. A stolik był jak stolik zrobiony w państwowych zakładach meblarskich na zamówienie Ruchu: cztery drewniane nogi i blat z płyty pilśniowej przykryty plastikiem lub taflą szkła. Po środku wazonik, latem z kwiatkiem, zimą z papierkami po andrutach. Nie o mebel chodzi, a tych, którzy przy nim siadali. Ile jest prawdy w tym, że było to miejsce, gdzie pomysły lały się z ich głów jak deszczówka z dziurawych dachów kamienic przy Chrobrego, nie wiem i nie znam nikogo, kto to wie. Legenda jak każda legenda zapewnia, że w Gorzowie Wielkopolskim Stolik nr 1 po 1975 roku był ważniejszy niż kuria biskupia, komitet wojewódzki, urząd wojewódzki, komenda milicji. Ponoć pomysłami dorównywał służbie bezpieczeństwa, czego nie da się potwierdzić. Powtarzam to po Henryku Ankiewiczu, autorze nazwy, sezonowym bywalcu przy Stoliku nr 1 i moim redakcyjnym koledze w latach zielonogórskich. Powtarzam, bo głównie ze względu na wiek nigdy nie siedziałem przy tym stoliku. To znaczy siadałem, ale to już nie był ów legendarny Stolik nr 1.

Siedziałem przy stoliku zastępczym. Ten stał po lewej stronie od drzwi, na wprost bufetu w Lamusie, przy Sikorskiego 4-5, oficjalnie nazywanym Klubem Myśli Twórczej. O ile pamięć mnie nie myli, minutę przed 12.00 otwierały się drzwi i klubowy próg przekraczał książę poetów, jak Edward Korban (dyrektor wydziału kultury, sekretarz komitetu, przyjaciel i wróg) mówił o Zdzisławie Morawskim poza jego plecami. Starałem się być w klubie nie po to, żeby jaką podpowiedź wrzucić do programu uczynienia Gorzowa Paryżem czy Nowym Jorkiem. Przychodziłem, żeby przez godzinkę nie wysłuchiwać skarg i pochwał osób w typie Zasłużonego Górnika, którym z rana podobał się Gorzów, a przed południem wymieniłyby prezydenta, wojewodę i przede wszystkim komitet wojewódzki. Oczywiście na lepszych. Przychodziłem do Lamusa na herbatę, bo stolikowicze pili w Lamusie wyłącznie herbatę w szklankach, i wtedy, kiedy już rej wodzili Morawski, Wicia Niedźwiecki, Rzeszewski. Czy zawsze był Kaziu Furman, głowy bym nie dał. Na pewno bywał, ale czy również pił herbatę? Przychodziłem tam przede wszystkim dlatego, żeby odpocząć od donosicieli, obserwatorów, mądrzejszych ode mnie, Stefana Cieśli, Krzyśka Hołyńskiego, Roberta Gorbata, dokładniej widzących Gorzów i wiedzących jak go zmienić. Po drugie, przychodziłem po to, żeby usłyszeć, co się wydarzyło, wydarzy lub może wydarzyć, a to z punktu widzenia i słyszenia dziennikarza „Gazety Lubuskiej”, redagującego strony gorzowskie, było najważniejsze. Dawniej dziennikarz tym był lepszy, im miał większe grono współpracowników (czytaj: donosicieli). W tym zawodzie niewiele się zmieniło. Nadal dziennikarze nie odpędzają od siebie takich, którzy coś słyszeli, a ci są dumni, że ich spostrzeżenia do się przydały. Bez donosicieli nie ma dziennikarstwa, jak i nie ma służb specjalnych. Teraz to są sygnaliści.

Przy tym stoliku w Lamusie robiło się gwarniej dopiero wtedy, kiedy ucichły dzwony kościelne i duża wskazówka zegara na wieży katedralnej przeskoczyła w prawo. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek obcy o tej porze miał odwagę dostać się do Lamusa i usiąść przy innym stoliku. Jeżeli się zdarzyło, że obcy wszedł do Lamusa, widząc siwych facetów nad szklankami herbaty, natychmiast się wycofywał, zapewne sądząc, że to narada albo coś jeszcze ważniejszego. A to męska gorzowska wersja babskiego wieczoru. Nie pamiętam, żeby  podczas tych popołudniowych spotkań coś ważnego wydarzyło się w Lamusie. Mam na myśli jedynie ów stolik. Nie zapamiętałem choćby jednej złotej myśli ani rozsądnej propozycji. No, może jedną. Kiedy Stanisław Nowak został wybrany spośród jeden kandydatów, jak dowcipkowaliśmy, na przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej, przez kilka dni zastanawialiśmy się, kto byłby najlepszy na jego miejsce. W jednym byliśmy zgodni: na pewno nikt spośród nas, chociaż Niedźwiecki i Nowicki nie przytakiwali. Pozostali uważali, że: po pierwsze, żaden nie czułby się dobrze w garniturze i pod krawatem; po drugie, ten wybrany choćby miał pomysły nie z tej ziemi, nie mógłby ich realizować bez zgody egzekutywy komitetu wojewódzkiego; po trzecie, jedni uważali, że jako artyści, czyli wolni ludzie, mogą osiągnąć więcej, drudzy, że za wysokie progi.

Ostatni raz piłem herbatę przy stoliku w lipcu 1987, kiedy została ogłoszona lista tych, którzy w ramach upowszechniania osiągnięć województwa gorzowskiego mieli polecieć aż za Moskwę, do Woroneża. Kto ułożył listę, bardziej zgadywaliśmy niż wiedzieliśmy. Na pewno wiedzieliśmy, kto ją zatwierdził. Uznani za persona non grata obrazili się na tych, zajmowali pokoje tam, gdzie teraz jest siedziba oddziału ZUS, na obecnych na liście, na stolik i na cały świat wokół Gorzowa. Tak się skończył stolik zastępczy. I legenda tego miejsca.

W Lamusie byłem jeszcze wiele razy, ale w innym celu.

Wyszukaj w blogu: