W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Łukasza, Kai, Nastazji , 22 kwietnia 2018

Mój 10 kwietnia 2010 r.

2018-04-10 22:00:43, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Adam był młodszy ode mnie cztery lata. Zmarł w połowie lutego 2010 r. Zmarł dzień przed zaplanowanym wypisaniem go ze szpitala. Ortopeda zapewnił go, że będzie chodził jak młody bóg. Zmarł nagle. W lutym nie pojechałem na jego pogrzeb przede wszystkim dlatego, że kilka dni wcześniej spadł obfity śnieg i zasypał drogi. Dostanie się na Zamojszczyznę pociągiem zajmuje więcej godzin niż podróż samochodem. Z Zielonej Góry do Lublina przez Warszawę są nie najgorsze połączenia kolejowe. Kto ma dużo czasu, ale nie ma pojęcia o komunikacji kolejowej na trasie Lublin – Zamość, ten wsiada do pociągu. Miejscowi wolą podróż autobusem. Potem jeszcze z Zamościa do gminnego Nielisza, gdzie mieszkał Adam i pogrzeb, można dostać się taksówką lub przy odrobinie szczęścia okazją. Tylko raz wybraliśmy się na Zamojszczyznę pociągiem. Wtedy przysięgliśmy sobie, że nigdy więcej. Tam trzeba jechać samochodem. Doszliśmy do wniosku – żona i ja – że wyjazd na pogrzeb po ośnieżonych drogach zajmie nam więcej niż dobę. Dlatego postanowiliśmy, że na grób Adama pojedziemy, gdy się ociepli. Pokonanie prawie 800 km samochodem zajmie nam dwanaście godzin. Odcinek Legnica – Rzeszów przelecimy w mgnieniu oka, bo to autostrada A4. Od Rzeszowa w stronę Zamościa droga nie jest zła, tyle że prowadzi przez gęsto uszeregowane miejscowości, czyli jazda najwyżej pięćdziesiątką.

Zamojszczyzna jest mi bliska ze względów rodzinnych. Mama urodziła się w Klemensowie położonym między Zamościem i Szczebrzeszynem, gdzie w parku stoi pałac Zamoyskich, znowu własność rodu. Na cmentarzu w Szczebrzeszynie są groby dziadka i babci, ciotki i wujka, Adasia i troszkę dalszych krewnych. Rodzina ze strony ojca rozsiadła się na Chełmszczyźnie. Każdy wyjazd w tamte strony zawsze wiązaliśmy z odwiedzaniem grobów i rozmowami z tymi, którzy o nie dbali.

Adam zmarł dzień przed zaplanowanym wypisaniem go ze szpitala. Dwa dni wcześniej zadzwonił do mnie uradowany, że operacja wymiany stawu biodrowego się udała. Lekarz, który ją przeprowadził, to jego kolega jeszcze z podstawówki. Operacja się udała, a pacjent zmarł. Przyczyną śmierci Adama był zator skrzepliną. Po operacji powinien przyjmować leki przeciwzakrzepowe i podobno je przyjmował. A może nie? Adam często przytakiwał i robił po swojemu.

Po swojemu zbudował wielki dom w Nieliszu nad zalewem utworzonym przez rzeki Wieprz i Por. Ten dom z ogrodem miał być domem jego i Haliny oraz domem wypoczynkowym dla gości z Zamościa, Lublina, Warszawy, którzy lubią żeglować, pływać, łowić ryby i oddychać wiejskim powietrzem. Nawet kupił konia, żeby wczasowiczów wozić a to na targ do Szczebrzeszyna, a to do lasu na grzyby, a to do parku w Klemensowie. Dom wypoczynkowy, koń i ogród przydomowy miał być miejscem jego pracy, utrzymania rodziny i radości.

Stało się inaczej. Umarł wtedy, kiedy wszystko było gotowe na przyjęcie pierwszych wczasowiczów.

Halina, żona Adama, twierdziła, że był on moim stryjecznym bratem, tzn. moja mama i jego ojciec, czyli mój stryj, mieli tych samych rodziców. Braćmi stryjecznymi byliśmy na Lubelszczyźnie. W Zielonej Górze rodzina mojej żony, wywodząca się z Poznania, uważała Adama za kuzyna.

W Nieliszu, gdzie grób Adama, byliśmy 10 kwietnia 2010 r. Na jego mogile położyliśmy kwiaty przywiezione z Zielonej Góry, zapaliliśmy znicze, pomilczeliśmy, powspominaliśmy. Gdyby Adam żył, to by się cieszył, bo już przyszły pierwsze zamówienia na wczasy, powiedziała Halina. Każdego szkoda, a najbardziej tego, który umarł tak młodo. Itd. Z pół godziny zajął nam spacer po najstarszej części cmentarza, gdzie są groby sprzed stu i więcej lat.

Wyszliśmy na przycmentarny parking, wsiedliśmy do auta, włączyłem radio. Cisza. Identyczna cisza była 14 grudnia 1981 r. Coś bardzo ważnego się wydarzyło, powiedziałem do żony akurat w chwili, kiedy spiker podał, że samolot w Smoleńsku...

Po południu siedzieliśmy z Haliną, wujkiem Bolkiem i jego drugą żoną przy zastawionym stole. Popijaliśmy i zakąszaliśmy wędliną własnego wyrobu. Wtedy, kiedy Adam żył, w tym samym pokoju również popijaliśmy i zakąszaliśmy. I wspominaliśmy a to dziadka, a to babcię, a to ciotkę Stasię, a to Adasia... 10 kwietnia 2010 r. nie wspominaliśmy ani Adama, ani dziadka, ani babci, ani ciotki Stasi, ani Adasia. Siedzieliśmy przy stole, mając oczy wlepione w telewizor. Mimo że wypiliśmy po kilka kieliszków, rozmowa się nie kleiła.

Ps.

Niedługo po tym, czego byłem świadkiem 10 kwietnia 2010 r., napisałem opowiadanie „Przecież szwagier”. Jest ono w almanachu „Krajobrazy słowa” (Kędzierzyn-Koźle 2015).

Wyszukaj w blogu: