W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

Pies to nie maskotka

2018-04-28 21:21:20, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Od kilku dni czuję się podle. Właściwie to od stycznia, kiedy lekarka powiedziała, że ze zdrowiem Almy nie jest dobrze. Suka ma chore nerki. No i ogromny guz na prawym biodrze. Najpierw trzeba wyleczyć nerki. Może to nie nowotwór, tylko guz po uderzeniu? Alma chudła. Rok temu ważyła ponad 50 kg, w styczniu 30. Coraz mniej jadła. Ostatnio nawet nie chciała łopatki wieprzowej bez kości, którą kupowałem w osiedlowym sklepie. Gdy sklepikarka tłumaczyła, że łopatka to tłuste mięso i nie powinienem tak dużo jej jeść, odpowiadałem, że lubię. Dopiero niedawno powiedziałem, że to dla psa. Ci, którzy stali za mną w kolejce, patrzyli na mnie jak na wariata. Takie mięso dla psa? Dawniej Alma jadła wszystko, nawet marchew, pietruszkę i seler z zupy. Najbardziej lubiła wieprzowinę z kośćmi. Kładła się wtedy na trawie przed kojcem i nie zwracała uwagi ani na tych, którzy przechodzili obok domu, ani na ptaki czekające na okruchy mięsa. Umięsioną kość wieprzową traktowała jak rarytas. Na okrągło w jej misce leżała sucha karma, sięgała po nią tylko wtedy, kiedy mnie dłużej nie było w domu. W styczniu przestałem kupować suchą karmę. Od stycznia wydawałem pieniądze na lekarstwa.

Domyślałem się, że koniec jest bliski. Dziesięć lat Alma chodziła ze mną na spacery. Zawsze przy nodze. Lubili ją sąsiedzi i przyjezdni. Zdarzało się, że spotykałem znajome rodziny na leśnej drodze. Wtedy najpierw słyszałem: Cześć, Alma. Potem padało: Dzień dobry. Krótko mówiąc: Almę lubili sąsiedzi bliżsi i dalsi.

Alma to berneńczyk z rodowodem. Na wystawach bywała jako obserwatorka. Miała jedną wadę: nie umiała raportować. I jeszcze jedną: na nikogo nie szczekała. Tym, których znała, podawała lewą łapę. Reagowała na: Siad, Do nogi, Przy mnie, Czekaj. Tego nauczyłem ją, kiedy była szczeniaczkiem.

„Psie kochanie” (2010) to rzecz o psach. Pisząc ją, często przywoływałem Gacka, poprzednika Almy. Mądrego owczarka belgijskiego. Na ostatniej stronie okładki wydawca napisał, że to „Wyjątkowa powieść dla dzieci, ich rodziców, dziadków, bogatych i biednych, napisana z humorem. Wyjaśniająca, że pies to nie maskotka, a odpowiedzialność, ale i radość”.

Jest w tej książce troszkę o Almie.

„W środy Marychna miała dyżur w pracy, wstawała więc pierwsza, tak też było tym razem. W szlafroku narzuconym na nocną koszulę wyszła na podwórze, nie było jej z dziesięć minut, kiedy wróciła do sypialni z dziwną miną, spytała, czy może domyślam się, gdzie jest jej bluzka, którą wczoraj wyprała.

– Karminowa w granatowe kwiatuszki, z pomarańczowym żabotem. Z prawdziwie naturalnego jedwabiu. – Ponieważ dalej nie wiedziałem, o co pyta, dodała: – Ta, którą kupiłeś mi w Suzhou, jak byliśmy na wycieczce w Chinach. Dziś przyjeżdża mój szef z centrali, dlatego chciałam pójść w niej do pracy.

– Gdzie może się suszyć twoja bluzka, jeśli nie w pralni – odpowiedziałem triumfująco.

– Od wiosny do jesieni rozwieszam pranie na podwórku, żeby pachniało dworem. Przecież po to na moją prośbę rozciągnąłeś sznury między kojcem i płotem.

– Może tylko miałaś zamiar powiesić ją na dworze…

– W przeciwieństwie do ciebie dobrze słyszę, nieźle widzę, a sklerozę znam z twojego zachowania – ofuknęła mnie żona, co od dawna nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. – Nic, tylko ktoś połakomił się na bluzkę. Pies stróżujący na podwórzu i…

Nie miałem odwagi powiedzieć Marychnie, że Alma jest psem stróżującym z nazwy. W rzeczywistości gdyby umiała mówić ludzkim językiem, wytłumaczyłaby złodziejowi, którędy dostanie się do naszego domu i gdzie przechowujemy wartościowsze przedmioty. Co innego Gacek.

Przed wieczorem, kiedy wróciłem z redakcji do domu, Alma nie warowała przed bramą, do czego mnie przyzwyczaiła. Zdziwiony tym, zawołałem ją raz, cisza, odezwałem się jeszcze raz, dalej cisza. Może schowała się między georginiami? Zajrzałem też za świerk, pod schody, nawet sprawdziłem w drewutni. Nigdzie nie było Almy. Czyżby uciekła? Którędy i dokąd? Gdy już chciałem wyjść na ulicę i pytać sąsiadów, czy widzieli moją suczkę, coś zawarczało w budzie. Przecież to jeszcze psie dziecko, zasypia więc niczym niemowlak również w dzień, pomyślałem i nagle uspokojony wetknąłem głowę do kojca. Istne myszygene!... Ośliniony pomarańczowy żabot leżał przy ogonie Almy, a ona zajęta wygryzaniem granatowych kwiatuszków z karminowej bluzki nie zauważyła, że na nią patrzę, nawet jak krzyknąłem bardziej z powodu tego, co usłyszę, gdy Marychna domyśli się prawdy niż z obawy o żołądek suczki. Strzępy chińskiej bluzki z naturalnego jedwabiu zawinąłem w gazetę i schowałem pod fotelem w samochodzie z postanowieniem, że wrzucę je do miejskiego kosza albo wywiozę do lasu i tam zakopię.

Po bluzce Alma rozdarła skórę na obiciu drewniaków, które Szczepek przywiózł mi aż ze Sztokholmu, abym od wiosny do jesieni miał w czym wychodzić do ogródka, gdzie warzywa rosły wedle zasad ekologii. Potem zrzuciła z półki w garażu oba noże ogrodnicze, również prezenty, i rozgryzła ich drewniane trzymadła. Specjalne rękawice do chwytania pędów róż z kolcami, które Szczepek kupił bodajże w Londynie, zdążyłem wyjąć jej z pyska zanim zdecydowała, że je rozerwie, ale za późno wyszedłem na podwórko i z trzech lamp ogrodowych zostały tylko strzępy plastiku i śrubki.

Nawet w sierpniu Marychna zakładała nieprzezroczyste pończochy, aby ukryć pod nimi rany na łydkach po zębach Almy. Ja przynajmniej raz w tygodniu jeździłem do sklepu z odzieżą, gdzie kupowałem długie spodnie z szerokimi nogawkami, mimo że było gorące lato.

– Jest psem pasterskim, dlatego instynkt nakazuje jej chwytać za nogi każdą żywą istotę bez wyjątku. Na razie ma ząbki niczym igiełki. Kiedy urosną jej prawdziwe zębiska, będzie postrachem osiedla – zapowiedział doktor Baran, nic sobie nie robiąc z mojego użalania się na suczkę. – A w ogóle powinien pan zdawać sobie sprawę z tego, że berneńczyk należy do zwierząt pracujących. Pański pies tylko stara się zapracować na nagrodę.

– Co jeszcze nasza psiczka zniszczy? – zastanawiała się Marychna przekonana, że wszystko, co może zainteresować Almę położyłem na najwyższych półkach w garażu i drewutni albo schowałem w spiżarni”.

Wyszukaj w blogu: