W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2018

Sąd nie-Ostateczny

2018-05-05 20:03:45, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

− Ten z kluczami i z brodą niczym Sokrates, to kto? − spytał Niedźwiecki szeptem.

− Nie poznajesz świętego Piotra, Witia? Przecież byłeś w Rzymie na placu jego imienia. A jak na placu to i na pewno w bazylice. Chyba że patrzyłeś pod nogi, a nie na sufit. Gdybyś podniósł głowę, zobaczyłbyś świętego Piotra w wyobraźni Michała Anioła. Pewnie wiesz, że trzykrotnie zaparł się Jezusa, a mimo to został Jego pierwszym następcą. Wedle tradycji Piotr oznacza skałę, na której powstał Kościół. To imię nadał mu Jezus z Nazaretu − odpowiedział Morawski, chociaż pytanie nie było skierowane do niego. Na tematy kościelne mógł dyskutować nawet z biskupami i wcale nie byłby tym mniej zorientowanym.

Żywoty świętych chrześcijańskich Morawski czytał przy okazji studiowania dziejów starożytnej Grecji. Najbardziej interesowali go ci najstarsi. Żałował, że tak daleko odszedł od Kościoła, bo może i on czymś by zasłynął. Wśród świętych najwięcej jest prostych ludzi, a Morawski uważał siebie za prostego, tyle że oczytanego mężczyznę. Kiedyś, siedział wtedy przy stoliku nr 1 w Empiku w towarzystwie Andabaty i Świerczyńskiego, przepychająca się do lady z książkami Dowgielewiczowa szepnęła mu na ucho, że biskup Pluta niedługo zostanie świętym. Jeśli nie świętym, poprawiła się widząc zdziwienie w jego oczach, to na pewno błogosławionym. Papusza tak twierdzi, a ona potrafi wróżyć nawet z linii papilarnych, ma więc informacje z pierwszej ręki. Ta prosta, aczkolwiek niesłychanie uczynna kobiecina zasługami wobec Kościoła i ludzi jest równa świętej Jadwidze, dodała.

Niedźwiecki szurając nogami puścił się za świętym Piotrem, który musiał czuć jego alkoholowy i tytoniowy oddech na swoich plecach, ale nie przystanął ani się nie obejrzał. Wszystko, co miał do objaśnienia, napisania, zmienienia, wyjaśnili w jego imieniu czterej ewangeliści. Teraz był tylko klucznikiem i zaufanym swego Pana, który starał się trzymać język za zębami.

− Wasza Świątobliwość − Niedżwiecki chwycił go za rękaw tuniki i pociągnął tak mocno, że święty Piotr aż się zachwiał − długo tu będę bezczynnie kisł? Gdybym dostał kartkę papieru i wieczne pióro, napisałbym nieco pożytecznego. Jeszcze jeden apokryf na pewno... I palić się chce. A pragnienie mam jak beduin na syryjskiej pustyni. Wiem coś o tym, bo z pierwszą żoną Alicją byłem „W pobliżu raju”. Litości, Wasza Świątobliwość. Chociaż jedno piwko. Nie musi być lech czy tyskie, może być baryłka z Witnicy, to znaczy flaszeczka lubusza. Da się załatwić?

Święty Piotr pokręcił siwą głową, co oznaczało, że Niedźwiecki ani już niczego nie napisze, ani nie zapali i na pewno nie ugasi pragnienia. Zresztą z tym pragnieniem to był tylko taki mały wybieg. Jeśli dziś święty pozwoli na piwo, to może jutro nie będzie miał nic przeciw temu, abym skoczył po flaszkę luksusowej, wykoncypował sobie Niedźwiecki. Podobno w Zielonej Górze teraz tak destylują wódzię, że od samego jej zapachu muza pióro wodzi.

− Musiałeś, Witia, coś pogmatwać w „Sodomie, czyli Apokryfie Starego Testamentu” − prawie zachichotał pod nosem Morawski. − A może „Apokryf szósty”, który napisałeś, jak twierdzisz we wstępie, „na podstawie rękopisu znalezionego na górze Ararat”, podrzuciło ci KGB?

− Za „Sodomę...”, Zdzichu, dostałem Lubuski Wawrzyn Literacki. To znaczy, że książka niczego sobie − bronił swego dzieła Niedźwiecki.

− Komuś musieli dać tę nagrodę, tym bardziej że oni w Zielonej Górze starają się traktować gorzowian jak swoich. Długo pisałem felietony do „Nadodrza”, a i zanim Maria zgodziła się zostać moją żoną, w dowodzie osobistym miałem zielonogórski adres.

− Jak i ja przez trzy lata − przypomniał Niedźwiecki, dumnie zadzierając głowę.

− Spode mnie, Witia, nie usunęli stołka redaktora naczelnego „Nadodrza”.

− A kto to zrobił?... Komuna. Bez podstaw pozbawili stanowiska, a ja tak się starałem, aby „Nadodrze” znaczyło więcej niż regionalne czasopismo społeczno-kulturalne. Gdzie pisał felietony Makarewicz, co potem grał w orkiestrze Solidarności? A Waśkiewicza nie ukrywałem w redakcji? Powinni dać mi za to krzyż zasługi i przeprosić publicznie. Jak nic jestem ofiarą systemu totalitarnego. − Wyprostował plecy i jeszcze wyżej podniósł głowę, ale zaraz sobie przypomniał, że skoro komuna go mianowała na redaktora naczelnego to i miała prawo zwolnić. A nigdy nie zwolniłaby, gdyby Morawski nie maczał w tym swoich palców. Kto napisał felietonik tak, że pierwsze litery w linijkach czytane pionowo układały się w hasło „Precz z partią”? Żeby tylko napisał i śmiał się w kułak, ale on pochwalił się, jaki to kawał wyciął redaktorowi naczelnemu „Nadodrza”.

− Nie po to dali ci władzę, Witia, abyś nie palił kadzidła na ich cześć. Lubiłeś pochwały i zaszczyty. Podnosiłeś kieliszki z darmową wódką. − Morawskiemu znudziło się przypominanie takim jak Niedźwiecki, co zrobili dobrego, a co złego. Takie były czasy. Najsmutniejsze jest to, że nawet w oczekiwaniu na Sąd Ostateczny wielu totumfackich uważa się za ofiary systemu i wypina piersi do orderów. Ucichną, spuszczą uszy po sobie, gdy w tej sprawie wypowie się sędzia najsprawiedliwszy. Kiedy to będzie? Tego nawet święty Piotr nie wie, który lubił zagrać z Morawskim w szachy. Gdyby wiedział, między jednym a drugim matem ostrzegłby, no, przynajmniej kazał układać mowę obrończą. To może i Pan Bóg jeszcze się zastanawia, kiedy otworzyć bramę królestwa niebieskiego. Na razie odbywa się coś w rodzaju dochodzenia przygotowawczego przed właściwą wokandą, a wiadomo, że do kogo śledczy się nie przyczepi to i sędzia da mu spokój. − Cierpliwości, Witia. Jak mówił cesarz August, festina lente, co znaczy: spiesz się powoli.

− A nie mogę złożyć samokrytyki? − niecierpliwił się Niedźwiecki.

− „Jeżeli zaś sami siebie osądzimy, nie będziemy osądzeni” − powtórzył Morawski po świętym Piotrze. Nie dodał, że osądzone zostaną uczynki, a nie poglądy i przekonania. On też chodził na pochody, jeśli podpieranie się protezą prawej nogi można nazwać chodzeniem. Dawniej zapraszano go na trybunę honorową, nigdy jednak nie było dla niego miejsca w pierwszym rzędzie. Na tej jednej nodze stał z tyłu po to, żeby towarzysze mogli pochwalić się w komitecie centralnym, że oni również popierają sojusz świata pracy z kulturą i sztuką. Jednego roku zabrali go ze sobą aż do Woroneża, a to kilka godzin lotu samolotem, ze dwa razy zawieźli tuż za Odrę do Frankfurtu, wskazali miejsce obok Helmuta Preisslera, żeby było zgodnie z umową o wymianie gorzowsko-frankfurckiej. Sadzali go też za stołem prezydialnym w sali zebrań wojewody, stawiali na zielonym suknie butelkę wody i literatkę i kazali opowiadać, jak sobie wyobraża to czy tamto. Poeta ma krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, rzucali jakby chcieli się wytłumaczyć, dlaczego go zaprosili. Mówił, chociaż wolałby to samo napisać, ale czy ktoś go słuchał, tego nie był pewien. Wyłączając stolik numer 1.

− Coś tak, Zdzichu, się zadumał? − spytał Rzeszewski, przez chwilę mający nadzieję, że jeśli święty Piotr pozwoli zapalić Niedźwieckiemu, to może i jemu zwróci fajkę.

Morawski nadal milczał, Świerczyński więc za niego odpowiedział:

− Mistrz ma pretensję do wszystkich, że pomijają jego zasługi dla miasta. Kto napisał: „Tu mój ocean i przystań, bosmanie”? Morawski. Że straganiarki „Są na zieleniaku, tuż przy Hawelańskiej”? A: „Wznosi mnie szary koncert schodów / Których ongiś nie lubiłem / I powtarzam za chórem gorzowian / − To są stopnie władz miasta do nikąd”? Też z jego głowy i spod jego pióra.

− Nie pretensję, a honor swój mam i o żadne zaszczyty nie będę się dopominał − powiedział Morawski, czym jeszcze bardziej rozgniewał już i gniewnego Niedźwieckiego.

− Kto szuka radości, ten znajduje smutek.

Świerczyński machnął ręką i kontynuował:

− Prawda, Papusza była wielka. Należało się jej, żeby została patronką jakiejś biblioteki. Dowgielewiczowej postawili skromny, ale zawsze pomniczek i mają gdzie składać kwiaty w kolejne rocznice jej śmierci. Imieniem Korsaka mieli zamiar nazwać księgarnię w centrum, ale nie wyszło jak trzeba. A twoje nazwisko jest wyryte jedynie na tablicy w alei sław przy katedrze, o którą wszyscy wycierają sobie zabłocone buty.

− Patronował konkursowi literackiemu − przypomniał Rzeszewski. − Jeszcze rok, dwa lata, a po mnie nawet i tyle nie będzie. Wnętrza, które zaprojektowałem z takim pietyzmem, za które wziąłem niemało forsy, niedługo zniszczą nowi właściciele restauracji, bo za dużo w nich drewna i ceramiki, a teraz to niemodne. Teraz wszędzie barwiony plastik i gotowe segmenty z chińskich fabryk. Jeśli coś po mnie zostanie, to jedynie zapiski w protokołach z sesji rady miejskiej.

− I tak dużo więcej niż po mnie − stwierdził z nieukrywanym żalem Świerczyński. − Wszystkie domy, które zaprojektowałem, wnet się rozsypią albo je rozbiorą, a place sprzedadzą pod rezydencje. Pewnie i lepiej, że do tego dojdzie. Kto teraz stawia bloki jak przedszkolaki klocki? Przecież identyczne pudełka stoją w Szczecinie, Koszalinie, Międzyrzeczu. Gdyby nie tablice przy wjeździe do Poznania, że to ulica Głogowska, myślałbyś, że jesteś na Sikorskiego w Gorzowie.

− A to była taka piękna ulica. Na przedwojennych widokówkach widziałem te balkony uczepione kamienic wzdłuż Richtstrasse, te kawiarenki we wszystkich barwach tęczy, te sklepy w stylu spóźnionej secesji i art-deco pełne wszelkiego dobra − wpadł w nostalgiczne wspominki Rzeszewski. − Dlaczego krasnoarmiejcy rozstrzelali akurat stare miasto, a nie Zawarcie?

Święty Piotr znowu wyszedł zza masywnych drzwi, za którymi sędziowie śledczy prowadzili przesłuchania. Niedźwiecki natychmiast się podniósł, ale Morawski chwycił go za koszulę i pociągnął tak mocno, że kolega po piórze klapnął bezładnie na ławkę.

− Może tym razem by się udało − ofuknął go Niedźwiecki, doszedłszy do siebie. − Święty Piotrze, miej serce. Czy ty nie widzisz, jak ja się męczę? Hirka też suszy. Przy okazji to i Mietek by się napił, chociaż on w zasadzie abstynent. Za to palący.

− Nie zapominaj o Zdzichu − odezwał się Rzeszewski.

− Zdzichu całe życie pił tylko herbatę i zakąszał kruchymi ciasteczkami.

− Za czyje grzechy tak się męczę? − lamentował Niedźwiecki.

− Za swoje, Witia, za swoje − powiedział Morawski. − I nie nazywaj tego męką. Ciesz się, że nie jesteś w piekle. Dopiero tam przeżywałbyś męki. A tu jak u Pana Boga za piecem. Spokój, cisza, na głowę ci się nie leje i skwar nie dokucza, czasem święty Piotr rozbawi dowcipem. Znajomych można spotkać, powspominać żywych i pogadać. W każdym razie mnie się nie nudzi, a tkwię tu trzecią dekadę.

− Mnie też jest jak przy stoliku numer 1, ale ja dopiero drugą dekadę tak waruję − westchnął Hirek i mrugnął do Morawskiego, jakby chciał wyjaśnić, że na niego zawsze może liczyć.

− I mnie również nie jest źle, chociaż wolałbym już wszystko mieć za sobą. Jako dyplomowany projektant wnętrz cenię, po pierwsze: ład, po drugie: prządek, po trzecie: harmonię − oświadczył Rzeszewski.

− Mamy dużo szczęścia, koledzy. Do piekła nie pasujemy, bo popełniliśmy zbyt mało grzechów. Zresztą, to nawet nie były grzechy, najwyżej efekty niedoskonałości ludzi. A czyż sam Pan Bóg nie jest bez winy, skoro dał każdemu z nas po taakiej kobiecie? − Morawski zerknął na Niedźwieckiego, jakby chciał dodać, że jednak nie wszystkich to dotyczy. − Ci, którzy opuścili już czyściec mówią, że tłok tam większy niż na Sikorskiego. A w niebie jeszcze nie wszystko gotowe na przyjęcie takich jak my.

− Zauważcie, że kolejka jest krótsza niż przed drzwiami prezesa spółdzielni mieszkaniowej, gdyście czekali na własne kwatery − pospieszył mu ze wsparciem Świerczyński. Lubił, żeby ostatnie zdanie padło z jego ust.

Tylko Niedźwiecki demonstrował niezadowolenie, dopiero gdy usłyszał od Morawskiego, że Korsak już dawno jest po przesłuchaniu, teraz tylko czeka na zatwierdzenie decyzji, spuścił z tonu. Śledczy niewiele miał do powiedzenia na temat przewinień Korsaka. Ostatni polski nemrod, jak nazywano pana Włodzimierza, do Gorzowa przyjechał z Wileńszczyzny, gdzie urzędował jako główny łowczy Rzeczypospolitej. Ledwie wstawiono mu biurko do pokoju w dyrekcji Lasów Państwowych, już go zwolniono za niewłaściwe pochodzenie. Na zewnątrz nigdy się nie buntował, a w środku aż w nim kipiało. Na szczęście pani Felicja, jego żona, jeszcze z Witebszczyzny miała lek na uspokajanie nawet najbardziej nieopanowanych mężczyzn. Niedługo po śmierci żony, zmarła jego jedyna córka, dlatego ziemskiego żywota dokonał w domu starców w Krakowie, nikomu nie wadząc i nie zawracając głowy swoimi problemami. Po dziesięciu latach dobrotliwi gorzowianie sprowadzili jego prochy na cmentarz przy ulicy Żwirowej.

− Dla Witii, dla mnie, dla Hirka i Mietka może nie być miejsca w niebie. Dla pana Włodzimierza musi być i to niedaleko pałacu królewskiego − stwierdził Morawski, a wszyscy przytaknęli jakby zagrali Korsakowi hymn wiecznej chwały.

− Papusza też pewnie już tylko zbiera kwiatuszki na skraju lasu i śpiewa te swoje pioseneczki − powiedział Rzeszewski. Lubił wymawiać jej nazwisko, wtedy jego głowa napełniała się pomysłami wystroju wnętrz restauracji, domów kultury, hoteli. Jako radny miejski wielokrotnie przekonywał swoich kolegów w radzie, że jedna Papusza znaczy więcej dla prestiżu Gorzowa niż tysiąc inżynierów w Stilonie. Ona jest tym dla światowej kultury romskiej, kim Jancarz dla sportu żużlowego. To jedyne nazwisko z Gorzowa, które znajduje się w najpoważniejszych encyklopediach i słownikach literackich. Złościło go, gdy nieliczni radni pytali, co takiego jest w poezji tej ledwie piśmiennej Cyganki. Odsyłał ich do listów Tuwima. No, skoro wielki Tuwim, to my poczekamy.

− A co wiecie o Dowgielewiczowej? − zaciekawił się Niedźwiecki. I przypomniał im, że ona żyła tylko dwa tygodnie dłużej niż Papusza, pogrzeb też miała prawie królewski.

Wszyscy podnieśli wzrok, patrzyli na lewo, na prawo, Rzeszewski nawet założył okulary na nos, a Świerczyński wstał i kręcił głową niczym żuraw na budowie, ale w tłumie żaden nie dostrzegł tej damy, która umiała ugotować „Lepszy obiad”.

− Chyba nie smaży się w piekle − powiedział Niedźwiecki, usiłując sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek Dowgielewiczowa podpadła władzom. − Gdyby chodziło o Hirka albo o mnie...

− Czasem spotykam tu Florka Nowickiego, Kazika Jankowskiego, Wieśka Stebejkę, Waldka Kućkę. Ireny nigdy nie widziałem − przerwał jego dywagacje Morawski. − Skoro już jest wyrok w sprawie Korsaka, wprawdzie jeszcze bez parafy Sędziego, Papusza też rozliczyła się ze swoich przewinień, a oni z jednego pokolenia, to i o Irenę powinniśmy być spokojni.

− Nie jestem tego taki pewien − rzekł Świerczyński.

− Jakie masz prawo osądzać panią Irenę? − skarcił go Rzeszewski.

Nawet nie spostrzegli, kiedy podszedł do nich święty Piotr. Podniósł palec i nakazał milczenie, bo od pewnego czasu w gorzowskim zakątku poczekalni było najgłośniej. Przeprosili, domyślając się, że ich głosy przedostają się do sali śledztw. Pan Bóg już nie ma tak wyostrzonego słuchu jak w czasach, kiedy posłał Ducha Świętego do Galilei i kazał mu wybrać spośród tamtejszych dziewic tę, która wyda na świat Syna Bożego. Teraz niedosłyszy czy przyśnie i zamiast ferować wyrok uniewinniający, skaże duszę na męczarnię w piekle. Albo się zdenerwuje i wszystkich z Gorzowa wyśle do czyśćca.

− Tak sobie myślę, że razem z nami powinien tu być Henryk − powiedział szeptem Morawski do Świerczyńskiego.

− Andabata? To znaczy Ankiewicz?

Morawski kiwnął głową i zaraz wyjaśnił, co miał na myśli:

− Gdyby Henryk nie pisał co tydzień „Listów z Palmiarni”, niewielu gorzowian wiedziałoby o naszym istnieniu. Ileż razy on mnie przepytywał, nazywając to wywiadem na społeczne zapotrzebowanie czytelników gazety.

− Mnie też często maglował. − Świerczyński wyprężył dumnie szyję.

− Myślicie, że mnie nie omijał? − odezwał się Rzeszewski, od pewnego czasu czegoś zasmucony.

− On wymyślił ten stolik nr 1 i co tydzień tak tokował w gazetowych felietonach, że uwierzyłem w owe teatrum. Nie wiadomo, co się wydarzyło naprawdę, a co przez niego zostało zmyślone.

− Kłamstwo często powtarzane staje się prawdą − wtrącił Niedźwiecki.

− Do tworzenia legend są potrzebni specjaliści. Pisarz, projektant, architekt, słowem artysta niewiele znaczy bez krytyka czy felietonisty − podsumował swój wywód Morawski.

− Gdy widziałem gorzowian przychodzących do Empiku niby po prasę, a w rzeczywistości po to, żeby nam się przyjrzeć, zrozumiałem, dlaczego Tuwim, Lechoń czy Fiszer tak chętnie bywali w Małej Ziemiańskiej − popisał się swoją wiedzą historyczną Świerczyński. Chciał jeszcze dodać, że ten sławny lokal mieścił się w centrum międzywojennej Warszawy, przy Mazowieckiej, gdy odezwał się Rzeszewski:

− Tylko raz byłem w kawiarni Czytelnika...

− Przy Wiejskiej, niedaleko Sejmu? − przerwał mu Świerczyński, usiłując popisać się znajomością stolicy.

− ... w tym jednym miejscu zobaczyłem więcej sław niż w encyklopedii popularnej PWN − dokończył Rzeszewski zły na Hirka, że wybił go z rytmu opowiadania. Miał jeszcze ochotę wspomnieć, jaki smak pierogów ruskich, które kazał sobie podać w podwójnej ilości, przylgnął mu do podniebienia. Czy pił kawę, tego nie pamiętał, ale mógł i jej aromatem się pochwalić, bo kto sprawdzi, czym się wtedy delektował?

− A skoroś, Mietek, wspomniał o kawiarni Czytelnika, to przypomniało mi się zdarzenie związane z podobnym przybytkiem w PIW-ie. To renomowane wydawnictwo. Być autorem PIW-u, sukces murowany. Czytelnik też się liczył, a jeszcze lepiej Książka i Wiedza, tyle że KiW ze względu na powiązania z partią niektórzy pisarze obchodzili z daleka.

− Co z tym PIW-em? − zaciekawił się Niedźwiecki pewny, że wreszcie usłyszy prawdę o wydawnictwie, którego nie lubił, chociaż nazwa kojarzyła mu się z browarem. W jego biografii liczyło się Ossolineum.

− Jak wiecie, popełniłem powieść „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Najpierw maszynopis wysłałem na konkurs literacki do Wrocławia. Dostałem nagrodę, co oznaczało, że książka ukaże się drukiem. Jednak Ossolineum miało jakieś uwagi sensu politycznego. Artystycznie bez zastrzeżeń. To wysłałem maszynopis do Poznania. Rzecz godna uwagi, z pewnością uzyska zainteresowanie czytelników, odpisali, ale aktualny plan wydawniczy mamy zamknięty. To pchnąłem tekst do Łodzi. Myślałem sobie tak: wydawnictwo w mieście uważanym za kolebkę robotniczej rewolucji ucieszy moja propozycja. Niestety, na razie nie możemy przyjąć niewątpliwie interesującej opowieści o rodzącej się w naszym państwie świadomości klasowej. W Katowicach powinni się znać na sprawach robotniczych, to ja do nich. Gdzieś po pół roku grzecznie odpisali, że niezła książka, ale nie widzą mojej powieści pod swoim szyldem. Lublin i Gdańsk pominąłem, od razu wysłałem maszynopis do Warszawy. Dostawali go na biurko szefowie prawie wszystkich wydawnictw i wszędzie to samo: rzecz niewątpliwie interesująca, niestety, jeszcze nie nadszedł jej czas. Tak jak wam teraz, sprawę przedstawiłem szefowi PIW-u. Rozmowa była krótka: proszę przysłać z zaznaczeniem na kopercie: do rąk własnych adresata. Może po miesiącu jestem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, spotykam dyrektora PIW-u, a on bierze mnie w ramiona i mówi: świetna, towarzyszu Zdzisławie, powieść. Nie rozumiem, czego ci we Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach się bali. Pewnie tylko swoich stołków. W tym roku nie dam rady, a było to dwa lata przed Sierpniem ‘80, ale w przyszłym wydam na pewno. Dotrzymał słowa. Powieść miała jedenaście recenzji w prasie krajowej, wszystkie pełne ochów i achów. Tylko w Gorzowie przeszła bez większego echa, może dlatego, że nadchodzące lata nie były łaskawe dla tego rodzaju tematyki − zakończył Morawski.

Dłuższa cisza zapadła w zakątku gorzowskim. Wszyscy pamiętali przełom epok, które zmieniły nie tylko Polskę i Europę. Nigdy nie żałowali, że tamte czasy mają za sobą, bo nie wiedzieli, jak naprawdę jest na ziemi po ich odejściu. Od maleńkiego wpajano im w Kościele, szkole, nawet przy stoliku nr 1, że każdy musi odejść. Łatwiej jest odchodzić, gdy zostawiło się coś trwałego, co choćby nieliczni będą wspominali po latach. Taki człowiek nie zmarnował życia i nie roztrwonił talentu.

 − I ty, Bronek, też tutaj?! − Morawski aż podparł palcami powieki. Nie wierzył własnym oczom. Przecież Słomka był młodszy od niego o dwadzieścia jeden lat, nie pił tyle co Niedźwiecki, prawda, palił za dużo.

− Od jedenastu lat tak mnie przerzucają. Najpierw zaprowadzili pod bramę piekła i kazali czekać.

− Każdego tam prowadzą − pocieszył go Rzeszewski.

− Długo i dokładnie sprawdzali, ale nic z tego nie wyszło, bo nie było mnie nawet na liście Wildsteina. To dali bilet do nieba − kontynuował Słomka. − Tam też na żadnym spisie nie widniało moje nazwisko. Już nie wiedzą, gdzie mnie posłać. Powiedzieli, że gdybym pochodził z Gorzowa, sprawa klarowna, ale ja mieszkałem w Barlinku, a to archidiecezja szczecińsko-kamieńska, w Gorzowie tylko pracowałem.

− Przypomniałeś im, że byłeś redaktorem naczelnym „Ziemi Gorzowskiej” i zostałeś zdjęty z funkcji po tym, jak się postawiłeś towarzyszom? − spytał Niedźwiecki, uważający, że w tej sprawie ma niemałe doświadczenie.

− Myślisz, Witia, że kto jak kto, ale Belzebub czy święty Piotr nie wie, co zrobiłem dobrego, a czego powinienem się wstydzić?

− Zawsze to lepiej, jak sam się bronisz, a nie mówi za ciebie adwokat diabła.

− Mam opowiadać swój życiorys?

− Opowiadać też. Tam − Morawski pokazał na drzwi, przez które święty Piotr wprowadził kogoś z przodu − przede wszystkim musisz odpowiadać na pytania. Na razie odbywa się śledztwo przygotowawcze. W poczekalni każdy robi coś w rodzaju rachunku sumienia, żeby potem na sali rozpraw było rach-ciach. Fałszywi do piekła...

− A tacy jak Zdzichu, Mietek, Witia, ja czwórkami wprost do nieba − zatarł ręce z uciechy Świerczyński. Dostrzegłszy, że Słomka zmarkotniał, klepnął go przyjaźnie po ramieniu: − Nie martw się, Bronek, odsiedzisz swoje i pójdziesz za nami. Na ziemi tyś tylko czynił dobro, należy ci się więc nagroda w niebie.

− Dlaczego wy tu tak długo sterczycie?

− Nie nadeszły jeszcze jakieś dokumenty z Ipeenu. Lustracyjne pewnie − odpowiedział Niedźwiecki.

− Kilka razy widziałem Kazika Furmana – pochwalił się Słomka. – Podobno już tu jest ostatni z waszego stolika. Steblin Kamiński.

− Tośmy w komplecie – stwierdził Morawski.

Święty Piotr, który znowu spacerował po poczekalni, przystanął na chwilkę, przekrzywił głowę i uśmiechnął się zadowolony. Oni wcale nie byli źli, pomyślał, ale przecież jeszcze tego im nie powiem, bo się popsują. Nie ma złych dusz, są tylko złe opinie i sądy.

Wyszukaj w blogu: