W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Ambrożego, Florentyny, Gawła , 16 października 2018

Żużlowcy w ramionach kostuchy

2018-05-16 09:36:18, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

„‒ O, szefie, to jest arcyciekawe spojrzenie na sport. ‒ Stażysta przerwał mu rozmyślania. Nie pytając, czy Jung ma ochotę dowiedzieć się, co go zainteresowało, przypomniał, że w każdy czwartek na przedostatniej stronie gazeta drukuje felietony Bojanewa w cyklu Z ręką na sercu.

‒ Teksty ukazywały się nawet wtedy, gdy Bojan był na urlopie ‒ przypomniał sobie Jung. ‒ Wydawało mi się, że nie pisał ich na zapas, bo dotyczyły bieżących spraw. Urlopował i śledził to, co się działo w sporcie?

‒ Niech szef posłucha. ‒ Kamil rozłożył gazetę i czytał, próbując przybrać sceniczny ton: ‒ Żużlowcy w ramionach kostuchy… Nie wiem, którą dyscyplinę sportową śmierć lubi najbardziej. Z ręką na sercu przyznaję, że nie sprawdzałem, ilu zjazdowców zabiło się na trasach slalomu alpejskiego. Nie zastanawiałem się, ilu skoczków narciarskich wylądowało tak nieszczęśliwie, że nawet lekarze byli bezradni. Ilu kierowców zginęło na drogach wyścigów rajdowych, ilu kartingowców, ilu spadochroniarzy, a w końcu ilu pilotów szybowcowych i lotniarzy.

Jung pomyślał, że to ostatnie zdanie jego dotyczy. A on przecież nigdy nie myślał o tym, czy cały wróci na ziemię. Wypychał motolotnię z hangaru, włączał silnik i kierował się na pas startowy. Oczywiście wcześniej sprawdzał, jaka jest pogoda dwieście metrów nad lotniskiem. Jeśli warunki wietrzne były odpowiednie, latał przez kwadrans. Rzadko kilka minut dłużej.

Kamil czytał dalej:

‒ Od czasu uznania żużla za sport, czyli od pierwszych lat dwudziestego wieku, na torach zginęło trzystu pięćdziesięciu zawodników. Pierwszy był Kanadyjczyk Robert Appleby. Na stadionie Newcastle w Birmingham, omijając leżącego zawodnika, uderzył w jego motor. Wyrzucony w powietrze, spadł na głowę, łamiąc kości czaszki. Zdarzało się, że tego samego dnia śmierć zaglądała na kilka stadionów. Pierwszego lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku uważany za najlepszego żużlowca na świecie Anglik Joe Abbolt zginął w Bradford, a jego kolega z reprezentacji Jeck Sheard w Norwich. Nie sądźcie, że kostucha omijała żużlowców mówiących i modlących się po polsku. Co dziesiąty, który dostał się w jej objęcia, był Polakiem. Franciszek Kutrowski w trakcie treningu w Lesznie przeleciał przez ogrodzenie i uderzył w drzewo. Zginął na miejscu. Włodzimierz Wolak upadł na łuku toru w Gorzowie, zmarł w szpitalu trzy godziny później. Jak dotąd śmierć była trzykrotnie na zielonogórskim stadionie. Pierwszy raz przyszła po Wiesława Pawlaka w sierpniu osiemdziesiątego siódmego roku. Sześć lat później zjawiła się w marcu po Andrzeja Zarzeckiego i w czerwcu po Artura Pawlaka. Nie myślcie, że ginęli jedynie mniej znani żużlowcy. Na torze we Wrocławiu zabił się Lee Richardson, juniorski mistrz świata i wielokrotny reprezentant Wielkiej Brytanii. Śmierć nie oszczędziła dwukrotnego mistrza świata, Anglika Petera Cravena i finalistów mistrzostw w Chorzowie – Rosjanina Walerija Klementiewa i Czecha Zdénka Kudrny. Prócz tego wielu połamało kręgosłupy lub roztrzaskało głowy i resztę życia spędzają na wózkach inwalidzkich. Do grona zabitych należy też dodać kibiców, którzy stali się śmiertelnymi ofiarami czarnego sportu. Nie jest łatwo odnaleźć ich nazwiska.

Jung milczał nie tylko dlatego, że pamiętał ten felieton o śmierci na stadionach. Milczał, bo zgadzał się z jego autorem. Szczególnie podobała mu się zwięzła i przekonująca forma tekstu.

‒ Jeszcze jeden. Ostatni, jaki wyszedł spod pióra Bojana. Chce szef posłuchać?

Daniel przytaknął. Stażysta czytał, znowu starając się nadać swemu głosowi aktorskie brzmienie:

 ‒ Sport coraz rzadziej wychowuje młodych ludzi w duchu pokoju, a o to przede wszystkim chodziło baronowi Pierre de Coubertininowi znanemu jako ojciec ruchu olimpijskiego. Na naszych oczach dogorywa sport masowy. Umiera także sport wyczynowy. Dzieje się tak nie dlatego, że człowiek trzeciego tysiąclecia dotarł do granicy swoich możliwości: szybciej nie pobiegnie, wyżej nie skoczy, dalej nie rzuci. Powodem jest fakt, że granicę ludzkich możliwości da się przekroczyć jedynie za sprawą specjalistów od sztuczek medycznych (m.in. zachodzenia w ciążę na krótko przed ważnymi zawodami, koksowania zwanego wspomaganiem). Sport dogorywa również dlatego, że wujowie zamienili go w widowisko. Pół biedy, gdyby to była kopia teatru czy baletu. Współczesny sport ma najwięcej wspólnego z cyrkiem. Ludzie kupują bilety po to, żeby zobaczyć show. Trudno sobie wyobrazić zawody bez udziału gwiazd estrady na otwarcie i zakończenie, orkiestry grającej hymn (z playbacku), reklam wszędzie tam, gdzie się tylko da i zdumiewających dekoracji czy idiotycznych mów polityków. A przecież jeszcze muszą się pokazać czirliderki z puszystymi pomponami i wielobarwnymi frędzlami, wywijające klubowymi szalikami mażoretki z nogami do szyi. Przed panami lekkoatletki prezentują się w skąpych majtkach i koszulkach ledwie okrywających ciało tam, gdzie normalnie kobiety mają piersi. Siatkarki grają w kostiumach przylegających do ciała. Nawet te szpetne poprawiają urodę. Nienaturalnie umięśnieni zawodnicy w barwnych strojach, często tak dopasowanych, żeby było widać każdą wypukłość, wabią panie. Natomiast żużlowcy mają na sobie skórzane stroje oblepione znakami firm, które w ten sposób za niemałe pieniądze reklamują się. Za jeden motor żużlowy można kupić dwa passaty. Niech mi właściciele klubów nie wmawiają, że chodzi wyłącznie o sport. Nie ze mną te numery, wujowie. Przede wszystkim chodzi wam o to, żeby jak najwięcej osób przyszło na stadion. Przecież im więcej sprzedanych biletów, tym większe pieniądze wpływają na wasze konta. Nie tylko wy o tym wiecie, ale również ci, którzy biegają, skaczą, jeżdżą. Dzisiejszy sport niewiele ma wspólnego z wyrabianiem tężyzny. To jest biznes.”

Więcej m.in. o sporcie w mojej powieści „Porąbany” (418 stron), ukazała się w gdańskim wydawnictwie Oficynka. Do jej przeczytania zachęcam tych, którzy mają ochotę być na derbach najpierw w Zielonej Górze, później w Gorzowie.

Wyszukaj w blogu: