W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Alfreny, Rufina, Wincentego , 19 lipca 2018

Klucz do Kariery im. Marka Karewicza

2018-07-09 11:24:20, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Miasto,

Za życia był legendą polskiego jazzu, big-bitu, rodzącego się rock’n’rolla, rocka, polskiej powojennej kultury. To dzięki jego fotografiom twarze, zespoły, gwiazdy polskiego i światowego jazzu zostały uwiecznione na kliszach na wieki. Jego projekty okładek płyt stały się zapisem minionych czasów. Miałem zaszczyt i przyjemność znać go. Dla mnie ciągle żyje w mojej pamięci. Zawsze do mnie mówił Prezes. Osobiście poznałem Marka Karewicza w 1983 roku, kiedy to do Gorzowa po raz pierwszy przyjechała Pomorska Jesień Jazzowa z nieodłącznym elementem - konkursem o Klucz do Kariery promującym polskie młode zespoły jazzowe. Wcześniej widywałem go na festiwalach Jazz Jamboree, Jazz nad Odrą, Złota Tarka. Zawsze z nieodłącznym aparatem fotograficznym. Był mistrzem ujęć. Nie robił serii zdjęć, jak to się teraz czyni. Pamiętam, jak jego aparat leżał na obrzeżach sceny Sali Kongresowej w Warszawie. Jak już się muzycy rozpędzili, weszli w muzykę, wtedy brał aparat i strzelał.

Zawsze, kiedy przyjeżdżał do Gorzowa, prowadzić koncert Pomorskiej Jesieni Jazzowej, przywoził mi swoje fotografie, które potem zdobiły ściany klubu. Kiedy dziękowałem mu za zdjęcia ze sceny gorzowskiego teatru, zawsze krzyczał: ,,Prezes, nie zdjęcia, a fotografie. Zdjęcia się robi u cioci na imieninach”. Był wrażliwy na młodych muzyków. Pamiętam jedną z tras Pomorskiej, kiedy trafiliśmy do hotelu pod Toruniem. Zajeżdżamy autokarem pod hotel, a tam dziwnie ciemno. Marka coś tknęło i mówi - ,,Prezes idziemy sprawdzić”, a tam demolka totalna. Do dziś brzmią mi w uszach jego słowa - ,,Prezes w tym autokarze siedzą młodzi muzycy, dla większości z nich to pierwsza trasa koncertowa w życiu, spierdalamy stąd, szukamy godnego dla nich hotelu”. Ta sytuacja wyznaczyła mi kierunek moich kontaktów z młodymi muzykami na lata. Szacunek dla wielkich jazzu, ale i dla tych, którzy zaczynają swoją karierę. Dodam, że potoczne przekleństwa w ustach Marka brzmiały swojsko, nie raziły. Czas spędzony z nim w autokarze na trasach Pomorskiej, jego opowieści o wielkich jazzu, o polskim jazzie, to niezapomniane momenty. Przed oczyma mam obrazy, Marek siedzi w środku autokaru, a wokół niego młodzi muzycy. Słuchaliśmy go z zapartym tchem. Na początku lat 90. odbyłem z nim też podróż pociągiem z Gorzowa do Bydgoszczy.

Był to okres, kiedy przejąłem realizację koncertów Pomorskiej Jesień Jazzowej po upadku Oddziału Północnego Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego w Bydgoszczy z biurem w Szczecinie. Opowiadał o sobie, o swoim życiu, o muzyce. Była to bardzo osobista opowieść.

Kiedy przyjechał do Gorzowa by prowadzić kolejny jesienny koncert, a Filary były świeżo wtedy po remoncie (listopad 1998), przeszedł się po klubie i z uznaniem rzekł - ,,Prezes, teraz  to ty możesz tu przyjmować największych”. Miał na myśli wielkich jazzu. I się nie mylił, w 2005 roku zaczęła się era Gorzów Jazz Celebrations. To wtedy zapytał mnie - ,,Dlaczego nie byłeś na Jazz Campingu na Kalatówkach. W przyszły roku przyjeżdżasz, otrzymasz zaproszenie”. I tak się stało. Dzięki temu dał mi szansę poznania ludzi, którzy tworzyli historię polskiego jazzu, a których wcześniej nie miałem możliwości poznać. To między innymi: Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Przemek Dyakowski, Jan Byrczek, Andrzej Jaroszewski. Poznałem też pierwszych kalatówkowiczów z pierwszego Jazz Camping z roku 1959.

Kiedy w roku 2001 na Kalatówkach usłyszał naszego Adama Bałdycha, rzekł - ,,Prezes on jazzu nie będzie grał”. Czy przewidział, w jaką stronę Adam pójdzie…, myślę, że tak. Bo patrząc dzisiaj na rozwój kariery Adama, należy stwierdzić, że Adam dzisiaj jazzu nie gra, ale na tej muzyce zbudował własny język muzyczny. Z drugiej strony dzisiejszy jazz się zmienił,  zwłaszcza europejski, i odbiega od głównego kanonu tej muzyki, na jakim Marek i ja się wychowaliśmy. Tylko spokojnie…, jak trzeba będzie, to Adam rasowy jazz zagra. On to potrafi, ale poszedł własną drogą.

Był taki dzień na Jazz Campingu na Kalatówkach, już wtedy Marek miał kłopoty ze zdrowiem, kiedy to postawny Marek wszedł na salę restauracyjną po podróży pociągiem z Warszawy (wcześniej dzwonił, że dzieje się z nim coś niedobrego). Wtedy pomyślałem, gdybym miał aparat, to bym zrobił zdjęcie, może byłoby ważne. Usiadł przy moim stoliku, trzymałem mu miejsce, i poprosił - ,,Prezes, zamów mi piwo i bigos”. Piwo to był jego ulubiony napój. Po pewnym czasie postanowił pójść do pokoju i okazało się, że ma problem ze wstaniem. Poprosił mnie o pomoc, pomogłem mu wstać, zaprowadziłem do pokoju. Potem, przypominając sobie tę scenę, uświadomiłem sobie, że to były początki udaru. Następnego dnia stan się jego nie poprawiał, niedowład postępował. Rzuciłem hasło, że nie ma co czekać, tu trzeba zjechać do szpitala w Zakopanem. Pojechałem z nim. Kiedy Marka przebadano, lekarz postawił diagnozę, dotarłem z nim na oddział. Do dziś pamiętam tę scenę. Marek, już w łóżku szpitalnym, mówi do mnie - ,,Patrz Prezes, kiedyś piłem kilkanaście piw dziennie, ostatnio piłem pięć, sześć i się kurwa nie udało”. To brzmi jak anegdota, ale to fakt. Marek miał specyficzne poczucie humoru. Od tej pory niedowład prawej strony ciała postępował. Tu skończyła się jego przygoda z fotografią. Prawa ręka odmówiła posłuszeństwa.

Kiedy potem spotykaliśmy się na festiwalach, w jego warszawskim Jazz Clubie Tygmont, zawsze pytał o Gorzów, o Filary, o osoby, które znał, o Tereską z dawnego baru klubu, o znaną mu dziewczynę - „jak się ma Blondyna?”. Był przyjacielem naszego miasta.

W listopadzie 2013 roku odwiedziłem go w domu. Opowiedziałem mu, że przed południem brałem udział w debacie eksperckiej w Pałacu Prezydenckim na temat powszechnej edukacji muzycznej na zaproszenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Cieszył się z mojej tam bytności. Zawsze mi sekundował w mojej działalności jazzowej. W pewnym momencie poprosił Wiesia, który się nim opiekował - ,,Przynieś Prezesowi te kartony z fotografiami”. Przede mną wylądowały cztery pudła od papieru fotograficznego dużych rozmiarów. Marek mówi - ,,Prezes wybieraj sobie”. I wybrałem. Jeden z tych czterech kartonów pełnych fotografii przywiozłem do Gorzowa, od 2014 roku sukcesywnie zdobią ściany klubu.

2 lipca odbył się w Warszawie pogrzeb Marka. Pogrzeb miał charakter państwowy z udziałem asysty Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, były salwy. Przed trumną Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi dla kultury, za osiągnięcia w upowszechnianiu idei integracji europejskiej.

Nie mogłem być na jego pogrzebie. Tego dnia odbierałem z rąk Przewodniczącego Rady Miasta Pana Sebastiana Pieńkowskiego i Prezydenta Miasta Pana Jacka Wójcickiego, Odznakę Honorową Miasta Gorzowa. W udzielonym tego dnia wywiadzie dla radia dedykowałem tę odznakę jemu. On też na nią zasłużył. Byłem na jego grobie. Pożegnałem się z nim osobiście. Marku, do zobaczenia.

PS. W czasie wspomnianej wizyty u Marka poprosiłem go o zgodę, że kiedy odejdzie robić zdjęcia dla największego big-bandu wszechczasów, aby Klucz do Kariery wręczany młodym muzykom jazzowym nazwać jego imieniem. Taką pisemną zgodę otrzymałem. Od tego roku nagroda będzie nosić tytuł ,,Klucz do Kariery im. Marka Karewicza”.

Wyszukaj w blogu: