W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Franciszka, Kazimiery, Ruty , 21 sierpnia 2018

Jak wygląda  bilans pomocy UE dla Polski?

2018-07-26 11:20:41, Autor: Augustyn Wiernicki | Kategorie: Miasto,

W poprzednim EchoGorzowa.pl pisałem o rzeczywiście szerokim froncie inwestycyjnym w Gorzowie Wlkp. Wielu tych, którzy ten artykuł przeczytali tłumaczyli mi, że to wszystko w dużej części dzięki funduszom Unii Europejskiej. Byli też i tacy, którzy poddawali w ekonomiczną wątpliwość to dobrodziejstwo płynące strumieniem pieniędzy z UE. Z jednym ze stałych czytelników wszedłem w polemikę, gdyż on te efekty inwestycyjne widział bardzo sceptycznie. Mówię mu, że przecież nie ruszylibyśmy z miejsca i wyglądali byśmy jak dzisiejsza Ukraina czy Białoruś, gdyby nie te unijne fundusze, a w Gorzowie Wlkp. bez tej pomocy wielu prac inwestycyjnych by nie było, a przecież widać je na prawie każdej ulicy, w śródmieściu, przy Dworcu PKP, jeździmy  autostradami i trasami szybkiego ruchu, a także budujemy drogi, wiadukty i mosty. Nie dając za wygrane w końcu mówi: „Weź Pan wiarygodne analizy tych przepływów pieniężnych między Unią a Polską, to się Pan przekonasz. Grecja, Hiszpania czy Portugalia, a teraz Włochy są na granicy bankructwa” - powiada. Postanowiłem dotrzeć więc do analiz ekonomicznych i ukażę to w kolejnym artykule - zapewniłem.

Ładnie wyglądają w Gorzowie Wlkp. te ścieżki rowerowe, Filharmonia, orliki, bulwary, drogi i autostrady, a to efekt tylko w skali mikro. W skali makro, na poziomie budżetu centralnego, może być inny rachunek ekonomiczny. Mam gościa ze Szwecji i on od razu te dobre zmiany zauważył. Mówi, że odnowione centra miast i wybudowane drogi to nie wszystko, potrzebna jest nowoczesna gospodarka i dobrze opłacana praca ludzi. To prawda, tylko Unia na gospodarkę Polski za wiele nie daje. Musimy być przygotowani gospodarczo na różne trudne warianty. Dominującą potęgą lada moment mogą być w Europie autorytarne Chiny ze swą rynkową i centralnie sterowaną gospodarką, oraz być może świat muzułmański. Tuż za Chinami czają się nie do końca zdiagnozowane możliwości wielkiej Rosji, której potencjał może w każdej chwili „wystrzelić” na miarę gospodarki  chińskiej. Pisze o tym w swej analizie Hal Brands, w Amerykańska Wielka Strategia w epoce Trumpa (2018). Ale czy nasze ładne miasteczka będą na to przygotowane? Dość szybko trafiłem na kilka opracowań uznanych analityków ekonomicznych, którzy pokazują makroekonomiczny bilans 14.letniej obecności Polski w UE.  Gorzów Wlkp. jest jednym z największych miast w Polsce i powinniśmy rozumieć główne czynniki trwałego rozwoju naszego regionu. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego ciągle pojawiają się koncepcje dwóch prędkości w UE, przy czym tą pierwszą prędkość rozwijałaby gospodarka Niemiec z podążającą  za nią gospodarką francuską i strefą euro. Tą drugą prędkością, jak wskazuje prezydent Francji, poruszałyby się państwa z poza strefy euro, te z Europy Środkowowschodniej na czele z Polską.

Czytając listopadowy numer z 2017 roku  ”Der Spiegel” można się wiele dowiedzieć o Republice  Federalnej Niemiec w perspektywie roku 2040. Jest tam pokazanych kilka wariantów Strategii Niemiec, ale najciekawszy wariant to ten, który wskazuje na niemiecką myśl przywódczą w Europie z ”przygotowaniem się na rozliczne konfrontacje”. Stąd Niemcy starają się podtrzymywać w Polsce neoliberalną myśl społeczno-gospodarczą, bo ona stwarza warunki, że silniejszy weźmie wszystko kosztem słabszego. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku obserwujemy ciągłe narzucanie nam tzw. standardów unijnych w celu tworzenia dostępu Polski do Funduszy Spójności i Strukturalnych. „Przekonywano nas, że UE jest klubem altruistów, że nie istnieją już rywalizujące ze sobą narodowe interesy. Już wiemy, że to nieprawda. Nauczyliśmy się, że musimy bronić naszych polskich interesów (…) - powiedział w marcu 2017 roku dla Spiegla minister  Waszczykowski. Tu wymienił dziedziny, którymi próbuje się polski rozwój wyhamować: energetykę z gazociągiem Nord Stream, politykę  klimatyczną z kwotami CO2, likwidację polskiego przemysłu na korzyść niemieckiego, choćby stocznie, cementownie, przemysł przetwórstwa spożywczego, itd. Dzisiaj brak lokalnych przetwórni powoduje, że nie ma gdzie przerabiać nadmiaru naszych płodów rolnych, ogrodniczych i sadowniczych. Narzucono nam model państwa peryferyjnego i zacofanego, bez przemysłu, jak w Gorzowie Wlkp., ale za to model z filozofią czystego powietrza z ładnymi centrami miast.

Jak więc wygląda  ten bilans pomocy UE dla Polski? Szczególnie Niemcy przypominają nam, że jesteśmy największym beneficjentem funduszy UE i do końca 2020 roku otrzymamy jeszcze 80 mld. euro. W międzyczasie np. Niemcy na polskim 40-milionowym rynku sprzedali swoje towary za ponad 55 mld euro.  Nie jest dzisiaj żadną tajemnicą, że aby w Polsce realizować unijne projekty w ramach funduszy strukturalnych to 70-80% towarów i usług należało kupować przeważnie niemieckich. Przed akcesją do UE politycy nam mówili, że fundusze strukturalne i spójności są rekompensatą za otwarcie dużego polskiego rynku dla towarów z zachodu. Dzisiaj chcą to zapomnieć wytykając, że nam pomagają… chyba, że w likwidacji naszego przemysłu. Dzisiaj ta rzekomo Zjednoczona Europa to przede wszystkim Europa egoistycznych interesów - mówi analityk ekonomiczny Janusz Szewczak.  Idzie on jeszcze dalej w swojej syntezie gospodarczej: „Korzyści dla Polski ze współpracy z tym towarzystwem coraz mniej albo w ogóle nie ma żadnych”. (WPIS, nr. 6, 2018). Koszt utrzymania UE, mówi, jest ogromny, a rozłożenie ich na poszczególne  państwa niesprawiedliwe. Wydawało by się, że Niemcy na UE płacą więcej, a to nieprawda. Nasz PKB wynosi 510mld dolarów, a Niemiec – aż 3685 mld dolarów, czyli 7,1 razy więcej. Niemcy, proporcjonalnie do swojego budżetu, powinni płacić na utrzymanie UE prawie 3 razy więcej niż płacą obecnie. Analityk Janusz Szewczak obliczył, że w ciągu 14 lat naszej obecności w UE dostaliśmy łącznie ok 600 mld złotych, a zapłaciliśmy dla Brukseli tylko samych składek ponad 200 mld złotych. A więc dostaliśmy 400 mld zł., co stanowi tyle ile wydaje polski budżet rocznie. Ale to ćwierć prawdy. Z Polski od 14 lat co roku transferowanych jest – w postaci zysku i tzw. optymalizacji podatkowych oraz opłat rebrandingowych 50 do 100 mld złotych na rzecz podmiotów zagranicznych, głównie niemieckich, francuskich i holenderskich. Jeżeli to wszystko podliczymy, to wychodzi, że Brukseli zapłaciliśmy ok 700 mld zł przez czas naszej obecności w Unii – pisze Janusz Szewczak w: WPIS, NR 6, 2018. A przecież by korzystać z tych funduszy europejskich polski Rząd musiał się zadłużyć, najczęściej w zachodnich prywatnych bankach, na kwotę ponad jednego biliona złotych. Samych tylko odsetek od długu płacimy rocznie państwom i bankom ok 30-40 mld złotych,  które figurują jako koszt w budżecie państwa. Przynajmniej dwa biliony złotych mamy jeszcze długów samorządowych i firm. Kiedy to spłacimy? –  Za sto lat, a może nigdy. Do tego, w ciągu tych 14 lat, przy milczeniu polskiego ówczesnego Rządu i przy cichej aprobacie zachodu, należy doliczyć ok. 250 mld zł wyprowadzonych z Polski niezapłaconego podatku VAT. Z tego powodu Polska i inne kraje Unii miała spory deficyt w handlu zagranicznym, a Niemcy ponad 250 mld euro nadwyżki.

W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że Portugalia, Włochy, Grecja i  Polska musiały cierpieć na niedobór pieniędzy. Sytuacja finansowa tych biedniejszych państw w UE jeszcze się pogorszy, gdyż Unia musi przeznaczyć ok. 33 mld euro na emigrantów i ochronę  granic. Polska płaci rocznie do budżetu Unii 20 mld zł  składki, a kto wie czy na tą 55-tysięczną armię unijnych biurokratów nie trzeba będzie płacić jeszcze więcej. Tam 4,5 mld euro idzie rocznie na pensje, które kształtują się na poziomie od 2,6 do 18 tysięcy euro, a średnia emerytura przeciętnego eurokraty wynosi 4,3 tyś euro (19 tyś zł). Nie sposób w tym bilansie nie uwzględnić kosztów, jakie Polska poniosła przed 2004 rokiem w związku z dostosowaniem polski do warunków wyznaczonych nam przez biurokrację UE. Ten koszt szacuje się na ok 15 mld euro. Tylko że to dostosowanie polegało najczęściej na likwidacji polskich przedsiębiorstw i handlu, a często całych sektorów gospodarki, jak przykładowo przemysł stoczniowy, maszynowy, cementowy, bankowy,  farmaceutyczny i drogeryjny, spożywczy czy hutniczy, i wiele innych. To ”barbarzyństwo” likwidacji Polski trzeba by liczyć w setkach miliardów. W świetle tego co napisałem jestem zdania, że Rząd Polski powinien się przestać cackać z różnymi Timmermansami i wyłożyć w Brukseli całą prawdę o tym „wielkim interesie naszego udziału” w UE.

Ta jeszcze niezbyt dokładna analiza już przeraża. Gdzie ta Unia zmierza?  Czyżby chciała wyciąć i zmarginalizować Europę Środkowo-Wschodnią, bo zaczyna ona stanowić znaczącą konkurencję gospodarczą? Polska i Węgry jako pierwsze zauważyły, a za nimi Grecja, Hiszpania, Portugalia i teraz Włochy, że są intensywnie dojone i nie chcą dalej likwidować czy sprzedawać swego majątku narodowego.  Wręcz odwrotnie: Polska za czasu premiera M. Morawieckiego jako pierwsza zaczęła go odbudowywać, a szczególnie sektor bankowy. To wcale entuzjazmu wśród niektórych państw UE nie wywołało. Żyjemy blisko granicy niemieckiej i nie może być nam obojętne, że związki Niemiec i Rosji są coraz silniejsze, a Polska za ich przyczyną „poniewierana” na arenie międzynarodowej. Tak już w polskiej historii bywało za czasów dwóch niemieckich królów saskich, marionetkowego króla Stanisława A. Poniatowskiego i jego kochanicy carycy Katarzyny II z niemieckiego rodu Askańczyków. W dodatku ten wrogi nam wtedy układ był wzmacniany Targowicą, nazywaną też opozycją totalną. Nic dziwnego, że w Niemczech odradzają się pomysły na hegemonię i na wykluczenie Polski z gry geostrategicznej. W końcu wiele razy im się ten manewr udał, a i dzisiaj widać, że mają w Polsce sojuszników. 

Teraz nie wojną, a siłą gospodarki i finansami zniewala się całe narody.

To co lokalnie wydaje się nam piękne i dobre, ale w rachunku makroekonomicznym wcale takie być nie musi. Piękne centra miast nie wystarczą. Premier M. Morawiecki ma rację, że dąży do silnej gospodarczo i finansowo Polski. Nie chcemy być jak [piękna] Grecja, która właściwie utraciła swoją suwerenność i stała się protektoratem wierzycieli – mówi prof. Jan Zielonka z Uniwersytetu w Oksfordzie. „Próbują nas karać nie za brak praworządności i demokracji, bo wolności w Polsce jest więcej niż w Niemczech, Szwecji czy Francji. Karzą nas za proamerykańskie sympatie, tworzenie bloku Trójmorza, za chęć przeniesienia amerykańskich baz z Niemiec do Polski, ale też za rosnącą polską konkurencyjność, repolonizację banków. Również za chęć opodatkowania zagranicznych hipermarketów czy za uszczelnienie systemu podatkowego, który uniemożliwia strzyżenie i drenowanie polskiej kasy na setki miliardów złotych(…)”- pisze w „Czasie Stefczyka” (nr 157,2018) Janusz Szewczak. Jak więc jest naprawdę z tą pomocą Unii Europejskiej dla Polski? Odpowiedzmy sobie sami. Jedno chyba jest pewne: pozostając ważnym członkiem UE musimy domagać się zredefiniowania warunków trwałego i równoprawnego uczestnictwa w jej strukturach.   

Augustyn Wiernicki

Wyszukaj w blogu: