W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Franciszka, Kazimiery, Ruty , 21 sierpnia 2018

Pielgrzymka do Lubusza

2018-08-03 15:36:36, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Nie byłem w Częstochowie nawet przejazdem. Nie byłem w Licheniu, Łagiewnikach, Świętej Lipce, Grabarce. Jedyne miejsca pielgrzymkowe w Polsce, w których byłem, to Rokitno i Otyń. Do pierwszego najczęściej jeździłem służbowo, do drugiego trochę z ciekawości, trochę dlatego, że miałem po drodze do Nowej Soli. Poznałem o wiele więcej miejsc pielgrzymkowych na świecie. Byłem w Betlejem, Nazarecie, Kanie Galilejskiej, Jerozolimie. Byłem we włoskim Loretto, w portugalskiej Fatimie i hiszpańskim Santiago de Compostela. Byłem w słowackiej Lewoczy i czeskim Vranowie. Wszędzie z ciekawością turysty, a turysta to także pielgrzym.

Nie mam zamiaru dyskutować, dlaczego ludzie pielgrzymują. Chcą, więc pielgrzymują. Może to wynika z noworocznego postanowienia. Może jako pokuta. Może jako podziękowanie za coś, co się spełniło albo się spełni. Może pielgrzymkę traktują jak przygodę. Może w ten sposób chcą poznać nowych kolegów i zdobyć przyjaciół. Może zostali namówieni. Może jeszcze z innego powodu. Na przykład religijnego. Nie neguję tego sposobu bycia człowiekiem. Maszerowanie w XXI wieku po kilkadziesiąt kilometrów dziennie przez tydzień tylko po to, aby dotrzeć do miejsca oznaczonego jako pielgrzymkowe jednak uważam za przedpotopowe. Ma ono dla mnie takie samo znaczenie jak umartwianie się czy biczowanie ciała w czasach Jadwigi Śląskiej. Powtarzam: dla mnie.

Setki pielgrzymów z Gorzowa, Kostrzyna, Witnicy, Słońska, Strzelec, Gubina, Zielonej Góry... są na drodze prowadzącej do Częstochowy. Taki ich wybór.

Pielgrzymowanie wcale nie zaczęło się po ukrzyżowaniu Jezusa. Odbywało się w czasach pogańskich, gdy Słońce było bogiem. Mówię o naszych okolicach. O tym, że trzy tysiące lat temu, kiedy nad dolną Wartą i środkową Odrą żyła ludność cywilizacji łużyckiej, odbywały się pielgrzymki do Lubusza (dziś Leubus), Żelowa (Seelow) i Lossow (nie znam słowiańskiej nazwy tej zaodrzańskiej wioski). O tamtych ludziach jest w mojej książce „Tajemnice naszej ziemi” (Zielona Góra 2011), będącej wywiadem-rzeką z dr. Andrzejem Marcinkianem, ostatnim spośród pierwszy archeologów lubuskich. Na pytanie, czy praprzodkowie byli ludźmi religijnymi, badacz odpowiedział, żeNa podstawie wykopalisk z grodów po stronie niemieckiej, uznanych za święte, w Lubuszu, Lossow i Seelow można dojść do wniosku, że Łużyczanie traktowali wiarę jako coś bardzo ważnego w swoim życiu. (...) Psychologicznych korzeni religii, jej podstaw, należy szukać w strachu i nadziei, które towarzyszą człowiekowi od zawsze. Strach przed śmiercią to jedno; drugie to strach przed przyrodą. Jedyną formą ochrony przed żywiołami była ucieczka pod opiekę bóstw. Przodkowie uważali, że składając dary bóstwom, mogą liczyć na odwzajemnienie. Mieli nadzieję, że poprzez dary oddadzą się w opiekę bogów. Było to podejście wręcz kupieckie na zasadzie: ja podzielę się z tobą tym, co mam, a ty zapewnisz mi lepsze życie, więcej pożywienia, lżejszą pracę. Przodkowie oczekiwali od bóstwa tego, czego współcześni oczekują od anioła stróża albo od państwa”.

Miejsca świątynne w Lubuszu, Lossow i Seelow były wspólne dla wszystkich plemion cywilizacji łużyckiej? – Na to pytanie dr Marcinkian odpowiedział: „Do takiego wniosku doszli uczeni. Co ciekawe, ludność żyjąca po prawej stronie Odry przeprawiała się na lewy brzeg na tratwach lub na wiązkach trzciny, bo chyba nie na łodziach. Zbyt silny i rwący był nurt rzeki w Lubuszu. Być może właśnie z uwagi na kipiel i trzydziestometrowy, niezwykle stromy brzeg teren ten wybrano na świątynię. Tradycja tego miejsca jako świątyni już słowiańskiej przetrwała do średniowiecza”.

Co sprawiało, że mimo niezwykle trudnych warunków przeprawy, ludzie pragnęli przedostać się na zachodni brzeg Odry? Dr Marcinkian: „Silną motywacją zazwyczaj jest wiara. Przypuszczam, że odbywały się tam kilkudniowe ceremonie i to po kilka razy w roku. Pierwsze święta mogły być związane z początkiem wiosny, podczas których proszono o obfite plony. Później błagano o deszcz, a jesienią ofiarowywano część plonów bogom i proszono ich o niezsyłanie srogich zim. Białowiczanie i Górzyczanie czuli się bezradni wobec trzech żywiołów: wody, wiatru i ognia. Uważali je za najważniejszych bogów, im składali ofiary i przede wszystkim ich błagali o pomoc”.

Jeszcze jedno pytanie. Czy prahistorycy odkryli inne znaki symboliczne, charakterystyczne dla cywilizacji łużyckiej? Dr Marcinkian: „Ówcześni ludzie, przy swoim praktycyzmie i racjonalizmie, byli zabobonni. Nie mogąc walczyć z przyrodą, nie potrafiąc wyprzedzać niekorzystnych zjawisk, starali się przekupić bogów. Składali więc dary bóstwom opiekuńczym, podążali do uświęconych tradycją i przekazem miejsc kultu, ale i na wszelki wypadek kłaniali się wyjątkowo wysokim drzewom albo ogromnym kamieniom. Rzekę też traktowali jako bóstwo, które bywa winowajcą powodzi, lecz i pozwala im łowić ryby, niesie na swoim grzbiecie zwalone drzewa, z których budowali domy. Skoro my, w XXI wieku, nie potrafimy sobie poradzić z powodzią to jak oni, przed trzema tysiącami lat mieli zapobiegać kataklizmom? Dlatego wierzyli, że jeśli będą składali dary różnym mocom, oddawali im cześć, zyskają pomoc albo będą mniej narażeni na nieszczęścia”.

Wyszukaj w blogu: