W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2018

Show must go on?

2018-09-05 23:33:42, Autor: Leszek Sokołowski | Kategorie: Miasto,

Od momentu, gdy Gorzów dowiedział się, że nie będzie organizatorem kolejnych rund Grand Prix w środowisku sportowym huczy od domysłów „na co pójdą” zaoszczędzone w ten sposób miliony. Część jest zdania, że w jakiejś mierze zrekompensować należy straty jakie w tych okolicznościach poniósł klub(sic!) z uwagi na to, że nie będzie dodatkowych fruktów z tytułu sprzedanych biletów i miejsc w lożach. Inni spekulują, że niemałe przecież kwoty zostaną w jakiejś części rozparcelowane na promocję miasta przez sport, gdzie lwią część i tak będzie otrzymywać klub żużlowy z uwagi na to, że jeździ w najsilniejszej lidze świata i rokrocznie walczy o medale Mistrzostw Polski. Resztówki trafią do pozostałych, aby głośno nie krytykowały w ten sposób zainwestowanych pieniędzy. Jest też grupa, która doszukuje się w tym wszystkim opieszałości i bierności jakoby miasto nie dołożyło wszelkich starań, aby tę prestiżową imprezę w Gorzowie utrzymać.

W walce o cykl Grand Prix Gorzów rywalizował z Wrocławiem i tylko z zewnątrz wyglądało to tak jakbyśmy mierzyli się z Goliatem. Tu wbrew pozorom Gorzów stawał do walki przede wszystkim z prywatnym inwestorem, który był jedynie wsparty merytorycznie i finansowo przez samorząd stolicy dolnośląskiego województwa. Wygląda, więc na to, że łomot w negocjacjach dostaliśmy nie od pięknego miasta Wrocław, a od producenta betonu i innych artykułów budowlanych. I dobrze, bo przegrać w tym przypadku to jak wygrać.

Nie ukrywam, że kibicowałem temu, abyśmy ten bój nie tyle przegrali, ale żebyśmy do niego w ogóle nie startowali. Już raz sprytni Anglicy nas ograli proponując mniej za relatywnie podobną kasę. Wtedy odtrąbiono sukces i dziś także – paradoksalnie - sukces powinien być ogłoszony. Oto nie zapłaciliśmy astronomicznej sumy za dwugodzinne widowisko raz w roku, a dodatkowo jeszcze pieniądze możemy zainwestować w coś co przyniesie nam zdecydowanie większy efekt niż show pokazywane w kilku krajach i to w dodatku z kilku-dziesięciominutowym opóźnieniem choć miało być live. Ciekawe czy z tego tytułu ktokolwiek odpowie przynajmniej etycznie. Właściciele praw do całego cyklu są doskonale zorientowani w kalendarzu wyborczym w Polsce i świetnie wiedzą, że samorząd dla kilku procent potencjalnych wyborców jest gotowy zapłacić niemało, aby to właśnie ci ostatni podziękowali im przy urnach. Gratuluję w tej sytuacji roztropności i wstrzemięźliwości naszym decydentom, że nie przekroczyli Rubikonu dla partykularnego interesu ze szkodą dla mieszkańców i samego miasta. To była mądra decyzja o nie „dorzucaniu” kolejnych funtów, bo i tak stół uginał się od konkretnych pieniędzy. Zakładam, że jeśli proces negocjacyjny trwałby odrobinę dłużej to na najbliższej sesji któryś z kibiców-radnych zechciałby wprowadzić punkt dotyczący podwyższenia kwoty - i tak już astronomicznej - aby tylko tę imprezę mieć nad Wartą. Stało się dobrze, a na potwierdzenie tej tezy możemy przyjrzeć się reakcji środowiska żużlowego w naszym mieście. Oprócz świetnego dziennikarza sportowego od lat piszącego o żużlu, mniej zasłużonego, ale równie zaangażowanego dziennikarza telewizyjnego niewielu zająknęło się nad tą „stratą”. Kibice żużla, do których nie należę oczywiście także mieli prawo mieć zgagę, ale prawdziwy kibic nie odwróci się od sportu, który kocha tylko dlatego, że pozbawiono go jednej imprezy. W ten sposób dochodzimy do sedna, bo Grand Prix cieszyło ludzi, którzy na show BSI przyjeżdżali głównie z okolicznych miejscowości. To był ten jeden raz w roku, gdy można było obejrzeć coś na światowym(!) poziomie tankując do baku jedynie 20 litrów etyliny albo ropy i jeszcze wróciło się do domu na tym samym paliwie. Kibic z Gorzowa idzie na ligę, gdzie jest walka całej drużyny, a indywidualny sukces noszonego na rękach Bartka Zmarzlika cieszy najbardziej gdy pokona w ciągu minuty Patryka Dudka z Falubazu. W Gorzowie oprócz ekspertów, znawców tematu, dziennikarzy wchodzących na stadion głównie z obowiązku zawodowego i kilkunastu zapaleńców nikt po Grand Prix płakać nie będzie. Może jeszcze kilku polityków, którzy chętnie zasiadali naprzeciw prostej w skórzanych fotelach z widokiem na cały stadion.   

W tej sytuacji warto zastanowić się jak miasto powinno zainwestować zaoszczędzone pieniądze każdego roku?

Każdy z nas czytających i znających potrzeby wiedziałby gdzie i ile należy przeznaczyć, aby podnieść jakość prowadzonej działalności miasta. Kwota nie jest ogromna, ale także nie powinno się obok niej przechodzić obojętnie. Zamierzam czynnie włączyć się do akcji przesyłania propozycji budżetowych i namawiam Państwa do tego samego. Nie chodzi tu o hasła pt: „hala”, „stadion piłkarski” czy „stadion lekkoatletyczny”, ale to co moglibyśmy zrobić w Gorzowie za tę kwotę. Gdy już ten pomysł będzie to warto go zaproponować i wysłać, bo to są ekstra pieniądze, których miasto nie planowało, a ma.

Prawie dwa miliony przeznaczyłbym na...  

Wyszukaj w blogu: