W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2018

Przyda się

2018-09-06 18:41:46, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Moja więcej niż dobra znajoma, ewangeliczka, wiele lat temu wyszła za mąż za ewangelickiego Niemca. Zamieszkała w Bawarii i tam, aby pracować w wyuczonym zawodzie w Polsce, musiała się doszkolić. Formalność, tyle że uciążliwa i wymagana przez przepisy. Zawsze mówiła po niemiecku, a teraz szprecha jak rodowita Niemka. Przestrzega niemieckich obyczajów, zwyczajów i zasad. Wiedzie jej się nieźle. Kiedy przyjeżdża do Polski, bywa w moim domu. Rewanżuje się zaproszeniem w jej niemieckie strony. Dzięki niej poznałem południowe Niemcy. Wcześniej jako tako znałem Badenię-Wirtembergię, gdzie w trakcie dokształcania się na uniwersytecie w Stuttgarcie trochę zaglądałem do książek, trochę sie szwendałem.

Ta moja więcej niż dobra znajoma zachowuje się jak Niemka starszej daty. To znaczy stara się być oszczędna. Aż za oszczędna, co nie zawsze na dobre jej wychodzi. Postanowiła, że dotąd trawiasto-piaszczyste podwórze przy jej domu zostanie utwardzone. Taka moda. Utwardzone przy pomocy kostki brukowej, w Polsce zwanej polbrukiem, bo jest to najtańszy i najbardziej praktyczny budulec. Żeby było jeszcze taniej, w trakcie pobytu w Polsce dogadała się z dwoma takimi robotnikami, co to praca się ich nie trzyma. Wyjaśniła, że roboty jest najwyżej na pół tygodnia. Niech będzie, że dwaj robotnicy z Polski będą mieli zajęcie od poniedziałku do piątku. Zapewniła im dowóz do Niemiec i powrót do Polski na jej koszt, codziennie śniadanie+obiad+kolacja, darmowe spanie, po dwie butelki piwa dziennie na głowę, kawę przed południem i po południu oraz po 5 euro na czysto za godzinę pracy. Zaznaczyła, że za godzinę pracy. Mieli pracować od 7.00 do 18.00 z godzinną niepłatną przerwą na obiad i krótkimi płatnymi przerwami na kawę. Wychodziło, że każdy dostanie po 500 euro (troszkę ponad 2 tys. zł).

W rzeczywistości było tak. Mimo że robotnicy zgodzili się rozpoczynać pracę o 7.00, dopiero wtedy wstawali i przychodzili na śniadanie. Potem palili i domagali się pierwszych butelek piwa. Drugiego dnia oznajmili, że lepiej by było, gdyby zamiast kawy dostawali piwo. Po piwie zabierali się do roboty, tzn. rozkładali narzędzia na podwórzu, gaworzyli i przed przerwą na kawę dochodzili do wniosku, że szkoda zaczynać robotę, skoro zaraz będzie przerwa. Przed obiadem gaworzyli, palili i zastanawiali się, z której strony zacząć układanie niemieckiego polbruku. Po obiedzie znowu odpoczywali, a po odpoczynku domagali się piwa. Po piwie zeszli z placu budowy, bo stwierdzili, że pora przygotować się do kolacji. W poniedziałek nie utwardzili nawet metra podwórza. Gdy rozzłoszczona zleceniodawczyni im to wytknęła, zapewnili ją, że we wtorek nadrobią zaległości z poniedziałku i jeszcze zrobią tyle, że w środę będzie koniec pracy. We wtorek owszem rozrzucili troszkę podsypki, ułożyli kilka kostek i stwierdzili, że wtorek to nie jest najlepszy dzień do pracy. W środę pokażą, co potrafi polski robotnik za granicą. Prawda, w środę zaraz po śniadaniu wzięli się do roboty. Znowu rozrzucili troszkę podsypki, skropili ją wodą i ułożyli trzy razy więcej kostek niż we wtorek. W czwartek mieli dokończyć utwardzanie podwórza, a w piątek wszystko uporządkować, żeby wyglądało elegancko. Zapewnili zleceniodawczynię, że na pewno będzie zadowolona, bo oni w układaniu kostek brukowych są mistrzami.

W środę po robocie wybrali się do pobliskiego lasu, aby sprawdzić, czy są grzyby. Zamiast grzybów przynieśli dwie siekiery, kliny i linki. Nawet zaoferowali je zleceniodawczyni za niewielką cenę. Zapytała, skąd to mają, bo nie zauważyła, żeby z Polski przywieźli jakiekolwiek narzędzia. Nawet nie mieli ubrań roboczych. Z lasu, odpowiedział jeden. Drugi dodał, że leżało. Ktoś zostawił te siekiery, kliny i linki, bo zbyteczne. Nam się przydadzą, wyjaśnił pierwszy. Jeżeli to nie są wasze przedmioty, a na pewno nie są, zanieście je tam, gdzie leżały, wręcz poleciła zleceniodawczyni, na co oni odpowiedzieli, że znalezisko należy do tego, kto je znalazł. Im te przedmioty się przydadzą. Wtedy ta moja więcej niż dobra znajoma wyjaśniła im, że w Bawarii jest taki zwyczaj. Jeżeli coś nie należy do ciebie, to tego nie ruszaj. Te siekiery, kliny i linki pewnie drwali zostawili w lesie. Jutro przyjdą do roboty i co...? Nie chce pani kupić, to nie, stwierdził pierwszy robotnik. Zawiezie się do Polski.

W piątek pracowali tak jak w środę i czwartek. Mimo tego nawet gdyby się dwoili-troili, nie było szansy, żeby ułożyli kostki na całym podwórzu. Gdy zleceniodawczyni im to powiedziała, oznajmili, że zostaną do poniedziałku albo jeszcze dłużej. Oczywiście za dodatkową robotę muszą dostać dodatkowe pieniądze. Co najmniej po stówie euro za każdy dzień. Dopiero wtedy zleceniodawczyni się wkurzyła. I zaklęła po polsku. Zamiast wypłacić po dwieście euro, bo na tyle wyceniła robotę, wepchnęła ich do swojego auta i wywiozła na przystanek, skąd odjeżdżają busy do Polski. Obaj robotnicy uznali to za złamanie umowy. Mało tego, domagali się zawiezienia ich na policję, gdzie mieli się poskarżyć. Na szczęście mojej znajomej akurat przyjechał bus, kupiła więc dwa bilety i nawet nie powiedziała im auf Wiedersehen.

Kiedy to mi opowiedziała, stwierdziła, że gdyby zleciła utwardzenie podwórza firmie niemieckiej, zapłaciłaby niewiele więcej niż kosztowali ją robotnicy z Polski. I przede wszystkim robota byłaby wykonana w terminie.

Wyszukaj w blogu: