W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2019

Kasa czy klasa?

2018-11-12 10:41:17, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Sport, Miasto,

Ucichły żużlowe motory, więc jak zwykle o tej porze kibice emocjonują się transferowymi ruchami.

Mówiąc szczerze powodów do szczególnej ekscytacji nie ma zbyt wiele, bo rynek jest płytki, a i żużel to sport niszowy uprawiany na świecie przez zaledwie kilkudziesięciu ludzi, czyli nie ma z czego wybierać.

Trochę inaczej jest w środowisku gorzowskich kibiców, którzy muszą przełknąć gorzką pigułkę, bo ukochaną Staleczkę opuścił jeden z jej filarów Martin Vaculik i co gorsze udał się do znielubionego Falubazu. No cóż, transfer jak transfer, w dzisiejszym sporcie rzecz normalna, ale styl tej zmiany barw budzi wielki niesmak.

Martin Vaculik w żółto-niebieskim kevlarze jeździł przez ostatnie dwa sezony. Do Gorzowa przybył z Torunia, który opuścił w nie najlepszej atmosferze wzajemnych pomówień i pretensji. Niestety sytuacja powtórzyła się także teraz przy przeprowadzce do Zielonej Góry. Znowu padły mocne słowa i oskarżenia, ze strony władz klubu o skrajną nielojalność polegającą na działaniach zmierzających do rozbicia drużyny, ze strony zawodnika o niczym nie uzasadnione zerwanie przyjętych ustaleń. Mamy więc słowo przeciwko słowu i dla kogoś kto nie jest w środku  klubu,  nie do rozsądzenia.

Sprawa wydaje się o tyle dziwna, że Martin Vaculik cieszył się w Gorzowie sporą sympatią kibiców,  uznaniem kolegów i zarządu. Dowodzi tego choćby to, że był kapitanem drużyny. Mówił gładko po polsku, co dla Słowaka może nie jest zbyt wielkim wyczynem, ale skracało dystans z kibicami i mediami. Otwarty i spontaniczny bardzo różnił się od zimnych Skandynawów, z drugiej  mimo niezbędnej w tym sporcie dozy szaleństwa, o wiele bardziej odpowiedzialny, niż np. toruńskie kangury. A przede wszystkim  rider, wysoko punktujący na swoim i obcych torach, zawodnik którego wkładu w medalowe sukcesy Stali nikt nie kwestionuje. Wydawało się, że powstała taka więź zawodnika z miastem, klubem, całym środowiskiem, że pozostanie u nas na długie lata.

Stało się inaczej, Vaculik nagle zapałał miłością do „Zielonki”, oświadczył iż zawsze marzył o tym by jeździć na torze W-69, co bezpowrotnie odebrało mu sympatię gorzowskich kibiców. W świetle tego co się ostatnio wydarzyło, wątpię w szczerość owych deklaracji i wcale się nie zdziwię, gdy za dwa lata okaże się, że Vaculik nie lubi już jeździć dla Zielonej Góry i teraz marzy o tym, by reprezentować …..(tu wpisać nazwę dowolnego polskiego klubu żużlowego, który da więcej). W ten oto sposób wpisuje się on na długą już listę żużlowych wędrowniczków, którzy po kolei zaliczają kolejne drużyny, drenując przy okazji klubowe kasy. Dziś żużel opiera się na zatrudnianiu kolejnych zagranicznych najemników, dla których lojalność, przywiązanie do barw klubowych jest czymś kompletnie nieznanym. Dlatego mam wrażenie, że dla większości tych żołnierzy zaciężnej armii mało istotny jest sport, to dla kogo  i z kim się jeździ. Chodzi o to by odjechać tych swoich pięć biegów, wejść pod prysznic i ruszyć na kolejny mecz do Szwecji, czy Anglii. Na plan dalszy schodzi sportowy wynik, ważny jest stan konta.

Dlatego właśnie przestałem chodzić na żużlowe mecze, trudno mi się utożsamiać z drużyną składającą się w większości z ludzi nie identyfikujących się z miastem.

Gdzie te czasy gdy w Stali jeździli sami wychowankowie, a ci którzy nie mogli załapać się do mistrzowskiej drużyny zasilali inne ekipy. Gdzie te czasy, gdy w Popularnej można było spotkać Edka Jancarza, a na ulicy zaczepić Ryszarda Franczyszyna i zapytać o samopoczucie i przyczynę słabszej jazdy w ostatnim meczu.

Wiem, że mamy inne czasy i realia, ale jednak żal.

Wyszukaj w blogu: