W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2019

Gra w tytuły

2018-11-17 16:51:50, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Pani pułkownikowo, pani generałowo – w kręgach okołowojskowych nie śmieszy. Nie śmieszą także takie zwroty jak: pani profesorowo, pani burmistrzowo, pani wójtowo, pani sołtysowo. Gdyby żona maszynisty kolei wąskotorowe zaczęła rozmowę z sąsiadką od zwrotu: pani maszynistowo szerokotorowo, a ta odpowiedziała: słucham panią, pani maszynistowo wąskotorowo, to by śmieszyło. Bardzo śmieszyło. Mnie śmieszy również to, gdy politycy przywołując pamięć Lecha Kaczyńskiego, tytułują go profesorem. W żadnym urzędowym wykazie nadań godności profesora nie znalazłem byłego prezydenta. W czasie, kiedy L. Kaczyński pracował na Uniwersytecie Gdańskim i później na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, zajmował stanowisko profesorskie, ale to nie jest tytuł taki sam jak ten, który nadaje prezydent RP. W Gdańsku i w Warszawie L. Kaczyński był wykładowcą na wydziałach prawa, doktorem habilitowanym. Śmieszy mnie także, gdy politycy i dziennikarze w trakcie rozmowy z ministrem kultury i dziedzictwa narodowego, Piotrem Glińskim, tytułują go profesorem. Owszem socjolog P. Gliński otrzymał tytuł naukowy profesora nauk humanistycznych, co oznacza, że w środowisku uniwersyteckim i naukowym tak można zwracać się do niego. Profesura nie ma nic wspólnego z aktualnym jego miejscem pracy na Krakowskim Przedmieściu. W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego P. Gliński nie prowadzi działalności badawczej, nie jest wykładowcą, nie jest więc profesorem. Tam jest urzędnikiem państwowym, wicepremierem i ministrem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych zostałem urzędnikiem szczebla wojewódzkiego. Moim bezpośrednim zwierzchnikiem był Edward Hładkiewicz, historyk zajmujący się dziejami ruchu ludowego, doktor nauk humanistycznych. Na drzwiach pokoju, w którym stało moje biurko, obsługa urzędu przyczepiła tabliczkę z moim imieniem i nazwiskiem i tytułem mgr. Większość dyrektorów wydziałów w tym urzędzie było po studiach zaocznych, zdobycie tytułu magistra oznaczało w ich przypadku Himalaje, więc umieszczenie tego mgr na tabliczkach przed ich nazwiskami mnie ani nie dziwiło, ani nie śmieszyło. Kiedy E. Hładkiewicz został wicewojewodą, ktoś bardzo ważny z obsługi urzędu kazał napisać na tabliczce przed nazwiskiem mojego bezpośredniego zwierzchnika to dr. Tylko pół dnia tabliczka Wicewojewoda dr Edward Hładkiewicz zdobiła drzwi jego gabinetu. Zanim ten ktoś bardzo ważny z obsługi urzędu kazał usunął z tabliczki to dr, E. Hładkiewicz wytłumaczył mu, że w urzędzie nie jest doktorem. Że to jego prywatna sprawa. Za ten tytuł nie dostaje nawet grosza do pensji. Jest urzędnikiem państwowym, zastępcą wojewody nadzorującym wydziały zdrowia, oświaty i wychowania, kultury i sztuki, sportu i turystyki.

A tak przy okazji. Teraz skończyć studia to żadna sztuka. I nikt nie ściska graby z powodu zdobycia dyplomu licencjata, inżyniera, magistra. Doktorów też zatrzęsienie. Jeden z moich znajomych, doktor nauk humanistycznych, rozwozi towar wózkiem akumulatorowym po supermarkecie sieci Tesco. Drugi, również doktor nauk humanistycznych, siedzi za biurkiem w wypożyczalni książek. Trzeci, czwarta, piąta także ma dyplom doktorski, ale poza odrobiną satysfakcji, czego się domyślam, niczemu ten dyplom nie służy. Zmarnowany czas, niespełnione marzenia i zawiedzione ambicje. W Muzeum Ziemi Lubuskiej stopień doktorski ma co drugi kustosz. W zielonogórskiej bibliotece Norwida doktorów więcej niż palców u jednej ręki. W Archiwum Państwowym w Zielonej Górze, w Archiwum Diecezjalnym, gdzie czasem zaglądam, także doktorzy i doktorzy habilitowani. Doktorzy w urzędzie marszałkowskim. Nie mam odwagi napisać, że im wyższe wykształcenie, tym lepiej. Im więcej doktorów w urzędzie, tym lepsza obsługa petentów. Tym sprawniejsza instytucja. Tym chętniej tam zaglądam. Ja tego nie widzę i nie odczuwam.

Nie winię doktorów i profesorów, którzy są urzędnikami, za to, że w trakcie rozmowy i poza nią politycy i dziennikarze przypominają ich stopnie, godności i tytuły. Winię polityków, dziennikarzy, urzędników. Winię tych, którym pewnie się wydaje, że jak będą siedzieli na wprost takiego z tytułem, to ukryją swoją tępotę, głupotę, niekompetencję, niedouczenie. Widzieliście, z kim rozmawiałam? Zauważyliście, komu podałem rękę? Krótko mówiąc: próbują się ogrzać przy cudzym ogniu.

Wyszukaj w blogu: