W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Biny, Damazego, Waldemara , 11 grudnia 2018

Być gospodarzem

2018-11-27 12:33:46, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Jeszcze niedawno, według co poniektórych, można było bez wielkiego ryzyka pomyłki rozpoznać bez trudu, które wsie na Dolnym Śląsku zamieszkują autochtoni, a które przybysze zza Buga, jak to się zwykło mawiać o repatriantach. Wystarczyło spojrzeć na obejścia, żeby wydać opinię.

Pewnie słynną Miedziankę zamieszkiwali repatrianci i dlatego ta kiedyś tętniąca życiem miejscowość zapadła się pod ziemię.

W nieodległym Międzychodzie do dziś utrzymuje się zwyczaj mycia chodników przed domem w sobotnie przedpołudnia.

Piszę o tym dlatego, żeby podkreślić znaczenie tradycji i wychowania w kulturze dnia codziennego, co w sposób oczywisty wpływa na zachowania i działania każdego człowieka.

Gorzów jest miastem którego społeczność składa się z przybyszy z różnych stron i ich potomków, ale w przewadze są jednak ludzie, których korzenie znajdują się gdzieś tam na dawnych kresach Rzeczypospolitej, a więc w miejscu, skąd już niedaleko do Azji. Nie przywoziło się stamtąd zamiłowania do porządku, co zresztą nietrudno potwierdzić nawet dziś w trakcie pobytu w którymś z miast Białorusi, czy Ukrainy, że o Rosji nie wspomnę.

Uproszczeniem byłoby uznanie, że to właśnie jest przyczyną tego, iż w Gorzowie nietrudno o obrazki ilustrujące wszechobecny bałagan, walące się rudery, czy zwyczajne dziury w jezdni i chodnikach. Ale coś w tym jest.

Ostatnio w Internecie pojawił się cykl fotografii z naszego miasta zatytułowany Gorzów i 3 kropki. To prezentacja nie najpiękniejszych gorzowskich miejsc, a jest ich całkiem sporo.

Ponoć legendarny Zenon Bauer chodził do pracy w magistracie na piechotę i w ogóle po mieście poruszał się głównie pieszo, dzięki czemu mógł na co dzień kontrolować to co się w mieście dzieje, własnym okiem ocenić stan porządku na gorzowskich ulicach i podwórkach. Wiem skądinąd, że prezydent Jędrzejczak miał zwyczaj w niedzielę odwiedzać miejskie inwestycje by samodzielnie przekonać się o tym, jak przebiegają prace i kontrolować postęp robót. Nie znam zwyczajów prezydenta Wójcickiego, wiem, że ma mnóstwo obowiązków, inwestycji w mieście jest wiele, a i samo miasto urosło od czasów Bauera i trudno byłoby je szybko obejść .

Dlatego właśnie można te fotki wykorzystać do stałego monitorowania miasta, wychwytywania rozmaitych usterek i pojawiających się awarii, o których magistrat najzwyczajniej w świecie jeszcze się nie dowiedział. Można się oczywiście obrazić, uznać dobór zdjęć za tendencyjny, ale czyż nie lepiej potraktować je jako jeszcze jedno źródło informacji o miejskich sprawach do załatwienia.

Spacerując po Parku Słowiańskim, którego stan woła o natychmiastową rewitalizację i uporządkowanie, korzystam z chodnika i schodów prowadzących z osiedla Staszica do ulicy Słowiańskiej. Od wielu miesięcy muszę omijać wielką dziurę w chodniku spowodowaną najpewniej ulewnymi deszczami. Nikt z nią nic nie robi, jedynie otaśmowano to miejsce, co miało w zamyśle zmusić przechodniów do zachowania ostrożności. Po jakimś czasie taśma naturalną koleją rzeczy znikła, więc tylko czekać jak ktoś wieczorową porą wpadnie w dziurę, złamie nogę, albo coś innego i magistrat będzie miał kłopot.

Pod adresem magistrackich urzędników kierowanych jest wiele uwag i pretensji, oczywiście także nie zawsze uzasadnionych. Jedno jednak można powiedzieć na pewno, praca w Urzędzie Miasta powinna być traktowana jako służba, a nie tylko jako sposób na zarabianie pieniędzy na życie. Od urzędników winniśmy wymagać nie tylko kompetencji, umiejętności i wiedzy, ale także zaangażowania, empatii, a przede wszystkim emocjonalnego podejścia do miejskich spraw.

Trudno takich emocji oczekiwać od kogoś, kto nie posmakował życia w Gorzowie, kto wpadł tu tylko na chwilę, traktując pracę w urzędzie jako chwilowy epizod w karierze. Dlatego z dużą rezerwą podchodziłem do zatrudniania w miejskich strukturach i instytucjach ludzi z zewnątrz, którzy nie poznali gorzowskiej specyfiki, tego czegoś co się określa mianem genius loci.

Dlatego na Śląsku miejscowe „krzoki” z dużą dozą nieufności traktowali „ptoki”, co powinno być dla nas nauczką na przyszłość, jeżeli chcemy by powstała wreszcie gorzowska wspólnota, połączona nie tylko sympatią do żużlowej drużyny, ale przede wszystkim jednością celów, sposobu myślenia i zasad działania. Chodzi o to by „kochać Gorzów” nie tylko w deklaracjach, ale w codziennych czynach.

Wyszukaj w blogu: