W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Lubuskość jako lokowanie produktu

2018-12-07 18:21:02, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Teza była taka: w regionie lubuskim nie powstają arcydzieła literackie, a jeżeli powstają, to nie przebijają się do czytelników w całym kraju. Postawił ją poeta, publicysta, funkcyjny działacz Związku Literatów Polskich. Pomimo tego, że postawił taką tezę (wyglądało to na stwierdzenie), dyskusja wcale nie poszła w kierunku wskazanym przez współgospodarza spotkania. Odbyło się ono w bibliotece Uniwersytetu Zielonogórskiego z udziałem garstki publiczności i dyskutantów, którymi byli badacze z UZ i Akademii im. Jakuba z Paradyża oraz autorzy książek literackich. W zaproszeniu organizatorzy napisali: „Razem z zaproszonymi pisarzami, krytykami, redaktorami i badaczami postaramy się odpowiedzieć na pytania: czego brakuje nam, by tworzyć arcydzieła? Czy literatura lubuska ma szansę przedostać się do obiegu ogólnopolskiego? Od czego zależy sukces w regionie i poza nim?”. Zanim przejdę do właściwego tematu, informuję, że zainteresowanie sprawą ze strony tak piszących, jak bibliotekarzy, nauczycieli, dziennikarzy, czytelników, a przede wszystkim studentów polonistyki, w tym kreatywnego pisania, było, delikatnie nazywając, znikome. Pewnie lepiej by to brzmiało tak: w sali mającej ze sto miejsc, znalazło się może dwadzieścia osób, nie licząc tych zaproszonych do dyskusji.

Dyskusja czy może lepiej to, co się działo nazwać dyskursem (modne ostatnio wśród osób z tytułami naukowymi), zaczęła się od próby określenia, czym jest arcydzieło. Mówców było dziewięciu i dziewięć opisów, jakie warunki/wymogi powinno spełniać arcydzieło. Gdy jeden z dyskutantów powiedział, że za arcydzieło można uznać to, co wchodzi do kanonu lektur szkolnych, drugi się z nim nie zgodził. Zdaniem tego drugiego zmieniający się często kanon lektur ma więcej wspólnego z polityką niż literaturą wysokich lotów. Trzeci powiedział, że arcydzieła tworzą wieszczowie, a tymi poeci i prozaicy bez wyjątku stają się dopiero po śmierci i przy odrobinie szczęścia. Trzeba więc cierpliwie czekać na arcydzieło autora z lubuskim adresem.

Co obecnie tworzą pisarze lubuscy, wiedzą oni sami i nieliczni czytelnicy. Do tego, że w księgarniach w regionie lubuskim na ogół nie ma książek Lubuszan, zainteresowani twórczością miejscowych autorów się przyzwyczaili. Nie ma ich też w bibliotekach (powinienem napisać, że w niektórych są, np. u Herberta i w Norwidzie, ale to dzięki Lubuskiemu Wawrzynowi Literackiemu) miejskich, gminnych i szkolnych. Nie ma, ponieważ nie ma tych książek w księgarniach, a w księgarniach nie ma, bo gdzie księgarze mają się dowiedzieć, skąd jest autor? Dawniej o wszystkim, co się działo w lubuskiej plastyce i muzyce, co wystawiały teatry, co grali filharmonicy itd. pisały regionalne gazety i informowali dziennikarze regionalnej rozgłośni Polskiego Radia. Niczego nie było w telewizji publicznej, bo nie było regionalnego ośrodka TVP. Obecnie jest ośrodek. Częściej można się dowiedzieć, z kim rozmawiała marszałek, komu uścisnął rękę wojewoda, niż dowiedzieć się, o czym piszą prozaicy i poeci, gdzie wystawiają swoje prace plastycy i jakie jest nimi zainteresowanie. Jakby region lubuski został wymyty z twórców. Jakby tu mieszkali jedynie urzędnicy, wojskowi, policjanci, przemytnicy, podpalacze, politycy, winiarze i pszczelarze, samotni, właściciele restauracji i wytwórcy regionalnych produktów. Lubuskie mass media przypominają sobie o twórcach wtedy, kiedy któryś pisarz/malarz/kompozytor/fotografik się upije albo palnie coś w sprawie polityki.

Należę do tego pokolenia, które dowiedziało się z tej największej gazety (nr 1 jak czasem się reklamuje), że w 1969 r. Zygmunt Trziszka napisał powieść „Romansoid”, nagrodzoną najwyższym laurem dla pisarza młodego pokolenia, mam na myśli nagrodę im. Stanisława Piętaka. Z tego samego źródła czytelnik otrzymał wiadomość, że Zbigniew Ryndak dostał tę samą nagrodę, ale rok później, za powieść „Drugi brzeg miłości”. A o tym, że książka „Furia rodzi się w Sławie” Krzysztofa Koziołka znalazła się wśród siedmiu najlepszych polskich miejskich powieści kryminalnych 2015 r. wiedzą jedynie znajomi i przyjaciele pisarza. Albo że spod pióra Zofii Mąkosy wyszła rozchwytywana przez czytelników w kraju powieść „Cierpkie grona”, pierwsza część cyklu „Wendyjska winnica” – cisza. Jakby ci, którzy są od informowania nie wierzyli, że w regionie lubuskim powstała taka powieść. Zatem obwieszczam, że druga książka z tego cyklu będzie w księgarniach 30 stycznia 2019 r.

Ps.

Nie tylko w sprawie dotyczącej literatury dzieje się u nas na zasadzie – cudze chwalicie, swego nie znacie. Setna rocznica odzyskania niepodległości była okazją do upowszechniania, że Basia z „Pieśni legionów”, będącej hymnem państwowym, to córka podczaszego wschowskiego. Że Fritz Lubrich z przedwojennego Żagania wygrał konkurs na hymn niemiecki. Że pierwszy przekład Biblii na język dolnołużycki w tzw. dialekcie żarowskim miał miejsce w Lubanicach. Że...

Wyszukaj w blogu: