W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2019

Oby 2019 nie był gorszy od 2018

2018-12-29 19:22:53, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Odkąd wypełniam „Jasny gwint”, a niedługo zacznie się piąty rok pisania w miarę systematycznie, co tydzień, zawsze pod koniec grudnia staram się spowiadać, tzn. składać sprawozdanie z tego, jak mi było w mijających dwunastu miesiącach. Żeby nikomu nie zabierać czasu, od razu podaję: mój rok 2018 nie był lepszy od poprzedniego. Liczyłem na więcej. Nic takiego, co mógłbym uznać na katastrofę, porażkę, klęskę wręcz, się nie wydarzyło. Pomijam politykę, na którą nie miałem, nie mam i nie chcę mieć wpływu. Chyba że chodzi o wybory, co uważam za swój obowiązek. Nie ulotki, nie bezpłatne audycje nadawane przez Polskie Radio, nie reklamy telewizyjne i gazetowe, nie sztrajfy i nie banery podpowiedziały mi, na kogo głosować. Jak trzy lata temu podczas wyborów parlamentarnych, tak i w 2018 roku w trakcie wyborów samorządowych zdałem się na nos. Wtedy podpowiedział mi na kogo nie głosować. W 2018 roku mój nos znowu miał nosa. X postawiłem trzy razy: przed nazwiskiem kandydata na radnego sejmiku, przed nazwiskiem kandydata na radnego miejskiego i przed nazwiskiem kandydata na prezydenta miasta. Nie były to głosy zmarnowane. Tzn. ci kandydaci, przed nazwiskami których zrobiłem X, dostali się do sejmiku, rady miejskiej i gabinetu prezydenta.

Zdrowotnie – rok bez zmian, co uważam za nienormalność, wszak już jestem w tym wieku, kiedy zostawia się więcej pieniędzy w aptece niż w sklepie monopolowym. A wychodzi na to, że nie muszę dożywiać się tabletkami, z czego pewnie nie są zadowolone firmy farmaceutyczne. Ale z roku na rok tracę coraz więcej znajomych, kolegów i przyjaciół, z czego zdaję sobie sprawę najczęściej dopiero w Dzień Zaduszny. Jeszcze kilka lat temu znicze, które zanosiłem 2 listopada na cmentarze, mieściły się w jednej torbie. W 2018 roku mimo że miałem trzy reklamówki pełne zniczy, było ich za mało. Rodzinnie – wnuków nie przybyło i chyba już tak zostanie. Może doczekam się prawnuków, ale nie tak szybko to się stanie. W drugi dzień Bożego Narodzenia ubyła najstarsza siostra żony, prawda, od dawna chorowała. Finansowo – jak każdy Polak narzekam na zmieniające się, tzn. rosnące ceny chleba, pietruszki, prądu, gazu, benzyny, czyli jestem normalny.

Twórczo – nie mam czym się pochwalić. Było najgorzej od kilku lat. Wprawdzie jury Lubuskiego Wawrzynu Literackiego przyznało mi dyplom honorowy za całokształt twórczości, ale tego przecież nie wypada zapisać po stronie sukcesów. W 2018 roku nie ukazała się drukiem żadna moja książka. W połowie roku podpisałem umowę wydawniczą na kolejną powieść z cyklu, którego bohaterem wiodącym jest redaktor Daniel Jung. Gdańskie wydawnictwo Oficynka, wydawca poprzednich powieści z tego cyklu, zobowiązało się opublikować tę nową do końca maja 2019 roku. Zostało mi jedynie cierpliwe czekanie. Nie siedziałem z założonymi rękami. Pisałem, bo nic innego nie potrafię. Tuż przed Bożym Narodzeniem skończyłem mordęgę nad kolejną powieścią z red. Jungiem. To nie znaczy, że zaraz wyślę ją do wydawcy. Maszynopis musi poleżeć na dysku mojego komputera, za niedługi czas zacznę go czytać, poprawiać i na pewno pukać się w głowę, że nad czymś takim się mordowałem. Należę do tych, którzy by ciągle poprawiali swoje teksty. Na ogół jest to potrzebne, ale nie zawsze pomaga twórczości. Inaczej to wygląda w wojsku. W głowie maksymę kapitana Ślączki, który nas, studentów podczas zajęć w studium wojskowym, tak przekonywał: Panowie, im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju. Pisanie ma sporo z walki. Obecnie, kiedy na polskim rynku wydawniczym co roku ukazuje się ponad 30 tysięcy nowych książek, jest to walka o czytelnika. A i jestem przesądny, dlatego nie ujawniam tytułów nowych powieści przed ich ukazaniem się. W 1988 roku w trakcie rozmowy, którą red. Krystyna Kamińska umieściła w „Ziemi Gorzowskiej”, powiedziałem, że w przyszłym roku (w 1989) ukaże się moja powieść „Bagno”. Na sto procent byłem pewny, że się ukaże, wszak wydawnictwo wypłaciło mi niemałą zaliczkę. A jednak powieść się nie ukazała. Nie ukazała się dlatego, że wydawnictwo padło. Stało się to pod koniec PRL. Już w Rzeczypospolitej wydawnictwo Prószyński i S-ka przyjęło do druku moją powieść „Zmowa pułkowników”, też wypłaciło zaliczkę. Po roku poinformowało mnie, że nie jest w stanie wydać książki w terminie oznaczonym w umowie. Mogę czekać, ale kiedy powieść się ukaże, tego wydawca nie jest w stanie określić. Nie chciałem czekać, tym bardziej że zgodnie z umową zaliczki nie musiałem zwrócić. Powieść ukazała się w wydawnictwie Pro Libris. Została nagrodzona Lubuskim Wawrzynem Literackim.

Mimo że przestałem być dziennikarzem na etacie, nie zerwałem z dziennikarstwem. Redaguję magazyn papierowy i elektroniczny „Na Winnicy”. Redaguję i z powodu braku dziennikarzy piszę. Jest to bardziej publicystyka niż dziennikarstwo informacyjne, ale i ono się zdarza. Piszę do innych czasopism, a najbardziej cenię sobie współpracę ze „Studiami Zielonogórskimi” i z łużyckim tygodnikiem „Nowy Casnik”, ukazującym się w Chociebużu (Cottbus).

Do sukcesów powinienem zaliczyć nagrodę kulturalną marszałka województwa lubuskiego, którą dostałem na samym początku kampanii samorządowej. Odebrawszy statuetkę, dziękując zarzuciłem pani marszałek pośpiech. Powiedziałem, że tę nagrodę mógłbym dostać w 2019 roku. Jesienią minie pół wieku od dnia, kiedy mój tekst literacki znalazł się w przestrzeni publicznej. Dokładnie chodzi o to, że ukazujący się w Szczecinie tygodnik „Wiadomości Zachodnie” 25 października 1969 roku wydrukował opowiadanie „Poranek”. To był mój debiut literacki. Jesienią 2019 roku będę świętował 50-lecie.

Wyszukaj w blogu: