W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Franciszka, Lamberty, Narcyza , 17 września 2019

Nadchodzi koniec takiego świata

2019-01-12 15:48:18, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Nie pamiętam kto, chodzi mi po głowie, że któryś z profesorów powiedział czy napisał, że obecny świat tak się szybko zmienia, że on już nawet nie nadąża za sobą. Też to mam. Nie chodzi mi tylko o urządzenia techniczne, takie jak na przykład dyktafon cyfrowy czy smartfon. Z nimi jakoś sobie radzę, ale i zdaję sobie sprawę z tego, że wykorzystuję część ich umiejętności. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jestem z pokolenia, które wychowało się na liczydłach paciorkowych, nauczyło pisania na maszynie marki Łucznik i kalkulowania na kręciołku z tabliczką znamionową Sdiełano w SSSR. Krótko mówiąc: jestem z pokolenia tak zwanej demokracji ludowej, która skończyła się w Europie razem z Niemiecką Republiką Demokratyczną.

Przyznaję się, że nie nadążam za tym, co się dzieje we współczesnym świecie. Daruję sobie technologie i te wszystkie systemy cyfrowe. Nie nadążam myślami za tymi, którzy biorą pieniądze dlatego, że zostali wybrani po to, żeby myśleć przed powiedzeniem czegokolwiek. Nie tylko o sobie. Myśleć o takich jak ja, moja rodzina, moi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi. Wybraliśmy ich po to, żeby nas reprezentowali. Demokracja. Ustrojowy twierdzą, że lepszego systemu dotąd nikt nie wymyślił.

W niedzielę byłem u Bogusi (spóźnione imieniny i urodziny). W pokoju przy stole rozsądnie zastawionym jadłem i trunkami siedziało sześcioro gości. Wszyscy mniej więcej w moim wieku. Wszyscy z dyplomami wyższych uczelni, kiepsko znający angielski, dużo lepiej rosyjski i lepiej niż dobrze polski. Wszyscy z poważnym doświadczeniem zawodowym i sukcesami, którymi można obdzielić niemało rodaków. Nazwiska na ogół znane, choćby ze stron „Gazety Lubuskiej”. Jak to w takim gronie i przy takiej okazji bywa, po kwadransie na dowcipy przyszedł czas na politykowanie. Ktoś zapytał, ilu jest lubuskich senatorów. Było dwóch, a od kiedy województwo zostało podzielone na trzy okręgi jednomandatowe, jest trzech, odpowiedziałem. Na pewno trzech? Trzech, zapewniłem biesiadników, wybieranych w północnej, środkowej i południowej części województwa. To kto jest senatorem? Zrozumiałem, że chodzi o nazwiska, ale milczałem, chociaż spodziewali się, że wymienię te nazwiska. Po krótkim namyśle przyjaciel bibliotekarki powiedział: Sługocki. Przytaknąłem. Zdaje się, że Komarnicki z Gorzowa, niepewnie powiedziała bibliotekarka. Znowu przytaknąłem. Kto trzeci? Milczałem nie dlatego, żeby dać szansę odpowiedzi innym. Milczałem, bo i ja nie wiedziałem, jak się nazywa trzeci lubuski senator. Hatka nie, Piwoński nie, Iwan nie, Miłek nie, Danielak nie. Woźniak! krzyknął przyjaciel bibliotekarki. Woźniak dwojga imion był senatorem dwie kadencje do tyłu, przypomniałem, ale nadal nie wiedziałem kto obecnie jest trzecim senatorem lubuskim. W końcu moja żona zajrzała do internetu. Dowhan, przeczytała. A kto to jest?, zapytała bibliotekarka. Ponieważ nikt nie wiedział, czym zajmował się Dowhan, obwieściłem, że zanim został senatorem, był głową i szyją żużlowego Falubazu. A co on takiego?, chciała się dowiedzieć gospodyni, która z trudem odróżnia koszykarza od tenisisty, a na pewno nie wie, na czym polega żużel. Wszyscy domyśliliśmy się, że pytanie gospodyni dotyczyło tego, czym się wykazał Dowhan jako senator. Każda z sześciorga osób z wyższym wykształceniem zachodziła w głowę, ale nikomu nic się nie przypomniało.

Po toaście za udany rok gospodyni i tych, którzy złożyli jej życzenia, znowu było o polityce. To znaczy o lubuskich posłach. Ast, Rafalska, Materna, Porwich, te nazwiska padły na początku. Chwilę później ktoś dorzucił Sibińską i Osos. To mamy sześcioro, stwierdziła gospodyni. Nasz region reprezentuje dwunastu posłów, przypomniałem. Zych!, wykrzyknęła bibliotekarka. Józef Zych był posłem od 1989 roku. W 2015 odszedł na emeryturę, ja na to. Kto jeszcze? Bukiewicz!, wykrzyknęła ta, która siedziała obok gospodyni i zaraz dodała niepewnie: Chyba Bukiewicz nie jest w sejmie. Gdyby była, byłoby o niej głośniej, a jest cichosza. Profesor od owadów? Jak się on nazywa?, dociekała gospodyni. Profesor?, zapytała Bogusia. Kurzępa, ja na to, ale on jest socjologiem. Kurzępa?, zdziwiła się bibliotekarka. Jest, jest!, wykrzyknęła bibliotekarka. Czy masz na myśli tego profesora z Łodzi, który Macierewicza nazwał szkodnikiem?, zapytałem. Bibliotekarka przytaknęła. Niesiołowski. Nawet był wicemarszałkiem sejmu, powiedziałem i miałem zamiar pochwalić się, że kilka razy z nim rozmawiałem jako dziennikarz. Niesiołowski chyba już nie jest naszym posłem, powiedziała niepewnie bibliotekarka. Moja żona znowu zajrzała do internetu. Jest, przeczytała i dodała, że jeszcze wymieniliśmy: Zasady, Pudłowskiego i Kucharskiego.

Następnego dnia wpadł mi w ręce tygodnik „Polityka”. Kiedyś czytałem ją systematycznie, teraz z przerwami. W numerze, który miałem w rękach, zaciekawiła mnie rozmowa Jacka Żakowskiego z profesorem Marcinem Królem, filozofem idei. Zaciekawiła mnie przede wszystkim dlatego, że w dużej części była zbieżna z tym, o czym rozmawialiśmy przy stole u Bogusi. Na pytanie dziennikarza, dlaczego to, co jest w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych przestaje działać, profesor tak odpowiedział: „Bo ludzie już nie chcą być bezsilnym przedmiotem działania takiego systemu. Przecież w żadnym europejskim kraju pojedynczy poseł nie ma żadnego znaczenia. Mało kto wie, kto jest jego posłem. I mało kto próbuje się dowiedzieć. Ja też nie wiem, kto mnie reprezentuje. I mnie to nie obchodzi”. Dalej dodał, że taka demokracja, jak była dotąd, się skończyła. Co dalej? Tego profesor nie wie.

Wyszukaj w blogu: