W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

Mała ojczyzna jest we mnie

2019-01-21 19:09:53, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Oglądałem w telewizji uroczystość pogrzebową w Gdańsku. Podziwiałem tych, którzy ją tak precyzyjnie i mądrze przygotowali. Usiłowałem przypomnieć sobie, jak wyglądały uroczystości po katastrofie smoleńskiej. Poza trumnami stojącymi w szeregu na płycie lotniska i żołnierzami pełniącymi przy nich wartę nic więcej nie zachowało się w mojej głowie. Biorąc na zdrowy rozum, nie były skromne. A może były nie tyle skromne, ile formalne. I może wtedy nie padły wielkie słowa. Wielkie, a raczej obraźliwe słowa, ba, całe zdania padały później. Jeszcze nawet w 2017 roku. I w 2018. Pewnie dlatego tamten pogrzeb niecały jest w mojej pamięci. Ten w Gdańsku, gdzie chowano jednego człowieka, który nie pełnił żadnej naczelnej funkcji w państwie, który był włodarzem blisko półmilionowego miasta, jednak miał charakter królewski. Powtarzam to określenie po kimś.

Z uroczystości pogrzebowej w Gdańsku zapamiętałem wielu przemawiających i w milczeniu słuchających. Przede wszystkim zdań wypowiedzianych przez dominikanina. Duszpasterza akademickiego i rekolekcjonistę. Pierwszy raz usłyszałem go w niedzielę. Treść zawarta w jego wypowiedzi, barwa głosu, ton i rozsądek sprawiły, że miałem satysfakcję. Ojciec Leon Wiśniewski powiedział to, co od dawna siedzi w mojej głowie. Powiedział, że nie można być dłużej obojętnym „na panoszącą się truciznę nienawiści na ulicach, w mediach, w internecie, w szkołach, parlamencie, a także w Kościele”. Tak właśnie myślę. Także mam dość słownego jadu, nienawiści, kłamstwa, obrażania. Dlatego nie oglądam tej telewizji, którą jeszcze trzy lata temu oglądałem, i nie słucham tego radia, którego do niedawna słuchałem. Mimo że miesiąc w miesiąc płacę 22,70 zł. Płacę, bo to ustawowy obowiązek i mam nadzieję, że od jesieni będzie inaczej. Muszę wytrzymać.

To, co się działo w Gdańsku, potwierdziło moje przekonanie, że Polska jest wielka. I ta wielka Polska jest bardzo ważna. Łączy nas historia, język, kultura, religia. Ale i ważna jest najbliższa Polska. Może bardziej ważna niż ta wielka. Wiem, rozumiem, że jeżeli nie będzie tej wielkiej Polski, to i nie będzie spoiwa w postaci języka, historii, kultury. Żeby jednak było to, co łączy Polaków, musi być coś u dołu. Oprócz wielkiej − mała ojczyzna. Najbliższa. Przez małą ojczyznę rozumiem mój pokój w moim domu przy mojej ulicy na moim osiedlu mojego miasta. Regionu. Doskonale oddaje to język niemiecki. Po niemiecku ojczyzna to Vaterland (= kraj ojca). Mała ojczyzna  to Heimat (= dom). Chyba jednak słowiański język łużycki jeszcze trafniej nazywa małą ojczyznę. Po łużycku jest to domizna. Łużyczanie mieszkają wśród Niemców w południowo-wschodniej Brandenburgii i Saksonii. Są tam od mniej więcej 1400 lat. I przez tyle lat starali się, ale nigdy im się nie udało utworzyć własne państwo. Najbliżej byli w 1945 roku. Mimo tylu lat życia pośród Niemców zachowali swój język, zwyczaje i tradycję, kulturę, historię. Z każdym rokiem jest ich coraz mniej, a jednak trwają na ziemi, którą wybrali ich praojcowie. Coś podobnego można powiedzieć o Kaszubach. Kaszubi nie zaprzeczają, że są Polakami, ale i z dumą podnoszą głowy, gdy mowa o języku, kulturze i dziejach ich małego narodu. Kto nie wierzy, niech przeczyta powieść Güntera Grassa „Blaszany bębenek”, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Podobną kwestię, odnoszącą się do Ślązaków, znajduję w filmach Kazimierza Kutza. Nawet u Edwarda Redlińskiego w „Konopielce”. To pierwsze z brzegu przykłady utworów, w których autorzy nie drwią i nie kpią z ludzi trochę inaczej myślących. Nie gardzą ludźmi, którzy mówią odmiennym językiem, kiedy indziej i po swojemu obchodzą święta. W tych utworach byłoby łatwo obśmiać, upokorzyć, obrzydzić.

Ps.

Kilka dni temu przyznałem się, że jestem pesymistą, jeśli chodzi o nadzieję w zmianie języka, zachowania i postępowania rządzących Rzeczpospolitą. W trakcie oglądania telewizyjnej relacji z gdańskiej bazyliki i tuż po niej nabrałem przekonania, że nie mam racji. Że się pomyliłem. Że jednak Polak nie będzie Polakowi wilkiem. Cieszyłem się, że słowa ojca Wiśniewskiego trafiły do celu. Kilka godzin później, a już na pewno w poniedziałek, kiedy poczytałem wypowiedzi dotychczasowych nienawistników, nie miałem powodu zostać optymistą.

Wyszukaj w blogu: