W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2019

Czy Gorzów to stan umysłu?

2019-03-21 21:18:50, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Każdy myślący i czujący człowiek chce być dumny ze swej małej ojczyzny. Ceni sobie to, że zamieszkiwana przez niego miejscowość jest powszechnie znana, ceniona za swą przeszłość i rozmaite dokonania, atrakcyjna swoimi walorami turystycznymi i zabytkami.

To miłe, gdy zapytany przez np. współtowarzysza podróży skąd pan pochodzi po udzieleniu odpowiedzi usłyszy się „ach znam, znam, byłem tam niedawno, podziwiałem piękne,,,” itd.

Zastanawiam się czy gorzowianin ma szansę na usłyszenie podobnych zachwytów. Obawiam się, że może być o nie trudno, a będzie jeszcze trudniej. Gorzów po wybudowaniu S3 staje się coraz bardziej wyłącznie miejscem na mapie, majaczącym gdzieś z drogi nad morze kilkoma kominami fabrycznymi i zbiorowiskami blokowisk.

Mało kto wybierze się do nas w celach krajoznawczych, bo nie ma za bardzo po co, po utracie żużlowego Grand Prix nie ma też imprezy, która byłaby w stanie przyciągnąć przybyszów z kraju i zagranicy. Stajemy się więc coraz bardziej miastem anonimowym, bez właściwości, coraz bardziej zamykającym się w skorupie zaściankowości i parafiańszczyzny.

Niestety widać to także w sposobie myślenia i mentalności gorzowian. To efekt słabości, żeby nie powiedzieć braku lokalnych elit. Bo spójrzmy, inteligencja techniczna, kiedyś liczna i wpływowa ze względu na potencjał przemysłowa miasta, dziś w większości oddaje się hedonizmowi, jaki umożliwia polska emerytura (to taki żarcik, jeśli ktoś nie wyczuł ironii), słabość gorzowskich uczelni sprawia, że miejscowi naukowcy poza chlubnymi wyjątkami (prof. prof. Leszczyński, Rymar i paru innych) są praktycznie nieobecni w życiu społecznym miasta, podobnie jak artyści, nieliczni, sfrustrowani i poruszający się gdzieś po swoich marginesach nie wnosząc żadnego twórczego fermentu.

Podobnie rzecz się ma z medykami, prawnikami ograniczającymi się do tworzenia towarzyskich koterii bez jakichkolwiek prób wpływania na lokalną rzeczywistość.

O politykach nie wspomnę bo pogrążeni w jałowych sporach i kłótniach już dawno zapomnieli po co i dla kogo są, a dumne hasło na budynku magistratu brzmi jak szyderstwo.

Prezydent Jacek Wójcicki po wygranych w 2014 roku wyborach znalazł się, być może niespodziewanie dla samego siebie, w elitarnym gronie samorządowców zapowiadających nową, złotą erę polskich samorządów, był wymieniany jednym tchem z Robertem Biedroniem, czy Jackiem Jaśkowiakiem. Spójrzmy, gdzie jest dziś Biedroń, jaką rolę w krajowej polityce odgrywa prezydent Poznania i zastanówmy się czy Jacek Wójcicki nie zgubił gdzieś po drodze przysłowiowego złotego rogu. Cel zasadniczy, jakim była reelekcja udało się osiągnąć efektownie i przekonująco, ale gorzowianie oczekiwali czegoś więcej.

Chodzi bowiem o przerwanie tego chocholego tańca niemożności, minimalizmu, bylejakości, jaki kładzie się cieniem nad miastem od wielu lat. Nie udało się to prezydentowi Jędrzejczakowi, który po sukcesach pierwszych lat swej prezydentury także ugrzązł w przeciętności przegrywając z demonami osobistych słabości i uprzedzeń. Prezydent Wójcicki swą aktywność skupił (i chwała mu za to) na zadaniu przebudowy miasta pod względem infrastruktury, stąd wiecznie rozgrzebane ulice, nowe place i ciągi komunikacyjne. Nie towarzyszą temu jednak działania, które miałyby zmienić ludzi korzystających z tej infrastruktury. I nie chodzi o to, by jak pięknie pisał poeta „zjadaczy chleba w anioły przerobić”, ile o to żeby wywołać nowy, choć niekoniecznie oryginalny, sposób myślenia o swoim mieście, jakim jest budowanie wspólnoty, troska o dobro wspólne, łączenie wysiłków dla rozwoju i postępu, tworzenia atmosfery wsparcia dla kreatywności i pomysłowości. Na pewno przeoranie świadomości nie jest ani łatwe, ani proste i nie wystarczą do tego  festyny i miejskie święta, choć są ważne i cenne.

Wydawało się, że rolę swoistych drożdży może wypełnić grupa aktywistów miejskich, skupiająca ludzi z różnych pokoleń i środowisk, prezentujących nowoczesny sposób myślenia o mieście i jego problemach, posiadająca naturalnie wyłonionego lidera, a właściwie liderkę. Kiedy jednak niedawno zapytałem jednego z byłych już kandydatów do miejskiej rady, czy po niezbyt udanych dla Kocham Gorzów wyborach, nadal się spotykają, dyskutują, rozważają miejskie problemy to okazało się, że niestety nie. Czyli ten projekt też nie miał jakiegoś poważniejszego  znaczenia i długofalowej perspektywy, był obliczony wyłącznie na konkretny efekt wyborczy. A szkoda, bo przecież będą jeszcze niejedne wybory i warto o nich pomyśleć odpowiednio wcześnie, a nie dopiero wtedy kiedy rozpocznie się kampania.

Wszystkie te gorzkie refleksje wywołała u mnie informacja o tym, że doszło do kolejnej dewastacji popularnego „fyrtla” na Osiedlu Staszica stworzonego wielkim wysiłkiem społeczników pod przewodnictwem Haliny Elżbiety Daszkiewicz. Jak to się teraz mówi „w Internecie zawrzało”. Oprócz oczywistego potępienia tego aktu wandalizmu, znalazły się także próby analizy przyczyn takich zachowań. Znalazłem i taką, z jednej strony interesującą, z drugiej zaś trudną do potwierdzenia, że tak częste w naszym mieście wypadki wandalizmu, to skutek nieuchronnego bałaganu, jaki towarzyszy remontom i przebudowom realizowanym obecnie w Gorzowie. Faktem jest, że centrum miasta nie wygląda teraz zbyt imponująco, ale przecież fajerka Szymona Giętego ginęła wielokrotnie zanim rozpoczęła się przebudowa ulicy Sikorskiego. Podobnie głowa Zenona Bauera znikła z postumentu, zanim rozpoczęto budować deptak przed Ratuszem. Jakieś miedziane płytki, o czym pisze z oburzeniem Renata Ochwat, też nie zginęły z miejsca ogarniętego remontowym bałaganem, lecz ze świeżo wybudowanej ścieżki spacerowej. Więc nie tu leży pies pogrzebany.

Ten gorzowski wandalizm nie zaczął się bynajmniej w czasach obecnej władzy, co zdaje się sugerować wspomniany internauta, to raczej wynik wieloletnich zaniedbań, za które wspólnie ponosimy odpowiedzialność. To brak społecznego potępienia takich zachowań, nieskuteczność działań służb porządkowych i ścigania,  które pewnie znowu nie wykryją sprawców, wynikające z tego poczucie bezkarności rozzuchwalające różnych bezmózgowców bezmyślnie mażących bohomazami świeżo odnowione fasady budynków. Zastanawiam się dlaczego gdzie indziej można, nawet niedaleko od nas, a w Gorzowie się nie da.

Zbyt lekko traktujemy takie zachowania, przechodząc nad nimi do porządku, bez głębszej refleksji, bez jakiejkolwiek próby przeciwdziałania takim nagannym zachowaniom, bez doprowadzenia do nieuchronności kary mogącej mieć także charakter wychowawczy dla innych.

Ot, znowu sobie pogadamy, ponarzekamy, blogerzy poszumią, pięknoduchy znowu się będą czepiać, ale nikt nic konkretnego nie zrobi. I tak do następnego razu.

Wyszukaj w blogu: