W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

Kula śnieżna

2019-04-11 09:56:01, Autor: Leszek Sokołowski | Kategorie: Miasto,

Metoda, którą posługujemy się na lekcjach - często w analizie zdarzeń i w dochodzeniu do właściwych wniosków – oraz jej efekty obserwujemy co najmniej od kilku lat w rzeczywistości. W tym jednak przypadku nie będzie czasu na korektę, bo to operacja na żywym organizmie, a straty jakie ponieśliśmy i ponosimy są nie do odbudowania przez dekady.

Kuleczka

Zaczęło się w czasach pierwszej „Solidarności”. Gdy stawały wielkie kombinaty, kopalnie, stocznie, szkoły pracowały. Nauczyciele byli – wg działaczy Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego – zbyt słabi, aby mogli walczyć o swoje. Wielu nie słuchało i zapłaciło za tę woltę wysoką cenę.  Za nich sprawy mieli załatwić wtedy silniejsi. To na ulicach dochodziło do starć z milicją, do więzień wsadzano protestujących, a do szkoły chodziło się „normalnie”. Przez szesnaście miesięcy wolności uczono w niej o Katyniu, agresji 17 września 1939 r. i powodach, dla których „władza miała ręce odrąbywać” po 1956 roku (później też, ale już nie wszyscy i nie wszędzie). Nie było jednak mowy o powstrzymywaniu się od pracy. Trochę z pobudek egoistycznych, bo w końcu, jeśli stanie edukacja, to robotnicy zamiast walczyć z władzą musieliby zostać z dziećmi w domu. Tak wiele zależało od nauczycieli. I to wtedy rozpoczął się upadek, którego świadkami jesteśmy dziś. Silni wywalczyli, to co chcieli, a ci „teoretycznie” słabi nawet nie mieli szans upomnieć się o swoje. Na początku lat 80-tych uchwalono Kartę Nauczyciela i ona miała załatwiać wszystko. Gdy obserwowaliśmy kryzys PRL w połowie lat 80-tych, nauczyciele pracowali, przeprowadzali egzaminy i żyli na średnim poziomie. Nie było kolorowo, ale zatrudnienie w budżetówce, ochrona przed zwolnieniem i przywileje wynikające z ustawy zrodziły w społeczeństwie mit o grupie, która nigdy nie dopominała się o swoje, a mimo to funkcjonowała w przyzwoitych warunkach. Po obradach Okrągłego Stołu i wyborach, gdy cały kraj pochłaniał kryzys, zmieniono wszystko w szkole (podręczniki, programy nauczania, wprowadzono religię do szkół), ale utwierdzano przekonanie w społeczeństwie, że sprawami nauczycieli należałoby się zająć na końcu, bo nie mają najgorzej.

Kulka

W strajku 1993 r. chodziło o płace. Szalejąca inflacja, kryzys polityczny, Rosjanie wychodzący z Polski, ale niezbyt ochoczo. Do tego zmieniające się rządy, kłótnie prezydenta z rządem i samej większości parlamentarnej. Do tego słabi premierzy i jeszcze słabsi ministrowie edukacji. Nauczyciele postanowili w tym chaosie spróbować zawalczyć o swoje pensje, które relatywnie traciły wartość najszybciej, bo nie podnoszono ich wcale. Wtedy po raz pierwszy społeczeństwo i rząd zwróciły się przeciwko nauczycielom w dodatku z pogardą. Nauczyciele przegrali, a z nimi przegrywała polska szkoła. Od tej chwili wszyscy wiedzieli lepiej jak powinna ona funkcjonować, a ci, którzy ją tworzyli, nie mieli żadnego wpływu na to, jaka ona ma być. Politycy wiedzieli najlepiej.

Kula

W dwudziesty pierwszy wiek wchodziliśmy z nowym schematem wynagrodzeń nauczycieli. Podział na cztery grupy miał spowodować, że belfrzy mieli przez całe życie zawodowe kształcić się, podnosić swoje kwalifikacje, a nierzadko je zmieniać. Gdy brakowało w szkole historyka, to polonista po trzysemestralnych studiach podyplomowych uczył historii. Gdy zabrakło nauczyciela do WOS-u, to historyk uczył wychowania obywatelskiego, bo przecież to pokrewne przedmioty. W międzyczasie robił studia. I tak matematycy uczyli fizyki, biolodzy chemii albo na odwrót. Dało nam to ogromny wzrost studentów, wielkie wpływy uczelni, które wyrastały w małych i średnich miastach, a nawet na wsiach powstawały ich oddziały. Do tego wszystkiego w szkołach średnich wylądował wyż demograficzny i za chwilę miał także zasilić te wyższe szkoły zawodowe. Nauczycielowi podniesiono pensje, ale dopiero na ostatnim stopniu awansu zawodowego. Ci, którzy już pracowali w szkole odpowiednio długo, mogli stać się nimi niejako z urzędu po zdaniu szybkiego egzaminu. Ci, którzy wchodzili do zawodu, mieli perspektywę marnej pensji co najmniej do 30-tki. Katastrofą w Polsce dla młodego nauczyciela po studiach było to, że nie mógł pójść do teatru czy kupić książki. Nikt jednak tego nie widział, bo młodych nauczycieli zwyczajnie zaczynało brakować. Studia pedagogiczne w dalszym ciągu cieszyły się powodzeniem, ale do zawodu trafił niewielki odsetek absolwentów wyższych uczelni. Niestety, ale pojawiła się selekcja negatywna. Pewny etat, zabezpieczenie emerytalne i niska pensja przestały być atrakcyjne.

Lawina

Dziś jesteśmy w miejscu kompletnie innym, ale dodajmy, że zdecydowanie gorszym. Świat mocno odjechał Polsce i Polakom. Jedynym z czym możemy konkurować z zagranicą to jest głowa – rozum – ukształtowana i ukierunkowana przez polską szkołę. Widzimy polskiego ucznia pnącego się w rankingach coraz wyżej, szesnastolatkowie osiągają wyniki ponadprzeciętne w każdej dziedzinie, porównując ich z rówieśnikami z innych krajów. Analiza SWOT, którą przeprowadzają niemalże każde rządy, ministerstwa czy kuratoria, nie odpowiada na pytanie najistotniejsze.  Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Za tym wszystkim stoi nauczyciel. Ten niedoceniany, szkalowany, obrażany i słabo opłacany belfer. Pracujący ponad siły, mierzący się z dylematami nt. książki lub filmu w kinie czy spektaklu w teatrze. Dla własnego komfortu „zasuwający” na dwóch, trzech etatach i bywający w rodzinnym domu nierzadko gościem. Nie jest dobrze, bo dobry nauczyciel to szczęśliwy nauczyciel. Nie może być szczęśliwy, bo jest zwyczajnie niedoceniony ekonomicznie.

To już jest koniec! Koniec?

Likwidacja gimnazjów stała się faktem choć zaczynaliśmy dostrzegać, że pomysł na polską szkołę XXI w. to właśnie ten kierunek. Cofamy się do PRL, a mentalnie do średniowiecza. Reguły, definicje i sztampa zastąpią wnioskowanie, dedukcję i kreatywność. Tego nie cofniemy, bo powrót do tego co było, kosztowałoby społeczeństwo zdecydowanie za dużo. Źle opłacany nauczyciel, który ma pracować jeszcze więcej za relatywnie mniejszą pensję, nie nauczy dziecka choćby stanął na rzęsach. Gdy nastąpi koniec strajku i wszyscy wrócą do swoich obowiązków, a belfer nie osiągnie swoich celów, będzie mierzył się z rzeczywistością, z poczuciem przegranej sprawy. Dla polskiej szkoły i ucznia będzie „looserem”, a więc nikim. Uczeń nie będzie miał z kim się ścigać i na kim wzorować. I to „że jesteśmy w dupie jest jasne, ale problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać” (Stefan Kisielewski) jest przerażające. Wydaje się, że nie ma z tej drogi odwrotu. O sile polskiej szkoły stanowi obecnie ostatnie pokolenie nauczycieli mogących podnieść ją. Jeśli oni poddadzą się, to będziemy norwidowskimi niewolnikami, którym nawet gdy urosną skrzydła, to zamiatać nimi będą ulice.   

W 2019 r. nauczyciel ma średnio 43 lata. W zdecydowanej większości to kobiety. Nauczyciel staje się powoli rzemieślnikiem a przestaje być mistrzem. Autorytet został zniszczony ciągłą manipulacją i szczuciem przez władzę (nie tylko obecną, ale w ogóle). Młodych nie ma, a wydłużenie ścieżki awansu zawodowego i perspektywa pensji gdzie indziej kusi także tych, którzy mają w sobie jeszcze wystarczająco dużo energii, aby sprostać wyzwaniom. Umiejętności miękkich belfrom nie brakuje, a przebranżowienie się dla osób o wysokich kwalifikacjach nie stanowi aż tak wielkiego problemu. Odejście z zawodu młodego pokolenia spowoduje katastrofę, której w naszym kraju nikt sobie nie wyobraża.

Nietrudno spojrzeć na Polaków za 30 czy 50 lat. To wspólnota bez perspektyw, zmanipulowana i zdegradowana do roli wykonawców poleceń. Wąska elita intelektualna spotyka się na wieczornicach słuchając Chopina lub czytając Gombrowicza. Szkoła nie jest katalizatorem pomysłów i wyzwolicielem myśli, ale spełnia rolę realschule z czasów epoki wilhelmińskiej (za Henrykiem Mannem). Trudno o bardziej złowieszczą wizję Polski. Tych, którzy nie rozumieją o co idzie dziś walka, nic już nie jest w stanie przekonać. Lepiej dla nas, jeśli to zrozumiemy.

Wyszukaj w blogu: