W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Klaudyny, Romana, Tomasza , 18 listopada 2019

Czuję się tak, jakbym i ja dostał nagrodę

2019-04-26 22:26:07, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Kilka dni temu Zielona Góra została nagrodzona w konkursie generalnego konserwatora zabytków „Zadbany zabytek” za renowację pałacu na Starym Kisielinie, gdzie powstał dom kultury, i odbudowę pałacu na Zatoniu, który jednak pozostanie ruiną, tyle że nie taką, która lada dzień się zawali. To ma być tzw. trwała ruina, to znaczy do oglądania. Odbudowa zatońskiego pałacu została połączona z renowacją parku okalającego zabytek. Znajdująca się tam oranżeria po remoncie będzie czynną galerią. Piszę o tym dlatego, że część akcji mojej powieści „Pomsta”, rzeczy z szerokim wątkiem kryminalnym i historycznym, dzieje się przy pałacu na Zatoniu. W mojej książce zaczęła się odbudowa pałacu z przeznaczeniem na rezydencję właściciela klubu żużlowego, luksusowy hotel i centrum konferencyjne z restauracją. Tą powieść zacząłem pisać w 2015 roku, kiedy jeszcze nie zapadła urzędowa decyzja w sprawie odbudowy pałacu i renowacji parku. Książka ukazała się w 2017 r. w gdańskim wydawnictwie Oficynka. Podczas spotkania z czytelnikami na Zatoniu usłyszałem, że powieść wciąga, co mnie ucieszyło, i że książką wywołałem inwestycję na Zatoniu. Oby to była prawda do końca. Oto końcowy fragment mojej „Pomsty”:

Kobiety z bloków potwierdziły, że wczoraj wieczorem słyszały strzał.

− Huk jak na sylwestra, ale wtedy człowiek nic sobie z tego nie robi. Postrzelają i przestaną. Tylko psów szkoda, bo robią się ogłupiałe – powiedziała ta, która stała najbliżej Ilony Mrozińskiej.

− Która wtedy była godzina? – zaciekawiła się nadkomisarz. Od ukończenia studiów Mrozińska najczęściej zasuwa w trupach, jak mówi o swoim zajęciu w pionie kryminalnym policji, co nie znaczy, że samobójstwa nie robią na niej większego wrażenia, ale nigdy nie zadawała pytań aż tak przytłumionym głosem. Czuła się tak, jakby worek z szarej folii przykrywał zwłoki bliskiej jej osoby. Tam, gdzie powinna być głowa, była krwawa miazga, a mózg wypłynął na ziemię. Spod folii wystawała kolba sztucera z zaschniętą na niej krwią. Może nie tyle to ją ujarzmiło, co wiadomość od policjanta, który mieszkał na Zatoniu, że samobójca to ojciec jej podwładnego.

− Wsadził sobie lufę do ust i pociągnął za cyngiel – powiedział ktoś za plecami Mrozińskiej.

− Gdyby nie mundur leśnika, trudno byłoby zgadnąć, że to stary pan Bojko.

Nadkomisarz odwróciła się, podniosła rękę i ruchem ust nakazała milczenie. Z coraz gęstszego tłumu gapiów starała się wyłuskać któregoś spośród tych policjantów, którzy przywieźli ją do przypałacowego parku na Zatoniu. Gdy wreszcie dostrzegła starszego posterunkowego opartego o klon, zrezygnowała z polecenia mu, żeby kazał ludziom odsunąć się od tego miejsca. Niech zadeptują ślady. Nie będzie śledztwa, zdecydowała w myślach. Była pewna, że tego, co się stało w parku, prokurator nie uzna za zdarzenie kryminalne. Na razie nie zastanawiała się, dlaczego ojciec Artura Bojki popełnił samobójstwo.

− Co pani słyszała? – wypaliła do kobiety szepczącej coś do ucha swojej sąsiadki. – Głośniej proszę.

− Jedenasta. Kilka minut później. Mój poszedł na nockę, dzieciaki już spały. Oglądałam Kiepskich na Polsacie. W dzień człowiek nie ma czasu na telewizję, bo to trzeba ugotować i… Dopiero wieczorem.

− Usłyszała pani strzał, tak?

− Przecież mówiłam, że huk był jak na sylwestra. A niedługo, kiedy wyremontują pałac, to będą się bawili i na okrągło strzelali. Tu nie da się normalnie żyć.

− Kto jeszcze wczoraj wieczorem słyszał strzał?

Dwie inne kobiety podniosły ręce, lecz się nie odezwały. Nadkomisarz Mrozińska odwróciła się w ich stronę, jakby miała zamiar zadać bardziej szczegółowe pytanie, gdy miejscowy policjant chwycił ją za rękę i pokazał na mężczyznę w mundurze strażnika leśnego.

− Akurat wychodziłem z piwnicy, kiedy to… Myśliwy, bo kto by inny? Ale polowanie po nocy? I tak blisko domów? Może jakiś kłusownik? Albo gówniarze? Kupują fajerwerki i nie patrzą, że noc, ludzie śpią, tylko łubu-du. Żeby narobić jak najwięcej huku. Tak sobie pomyślałem. Ale żeby pan Bojko? – Strażnik zachowywał się, jakby był w szoku. – Coś musiało go wkurzyć. Przecież za miesiąc miał być na emeryturze.

− Albo ktoś – rzucił starszy posterunkowy, jakby czegoś się domyślał.

Nadleśniczy zrobił dwa kroki do tyłu. Stał z głową zwieszoną na piersi.

Wyszukaj w blogu: