W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Klaudyny, Romana, Tomasza , 18 listopada 2019

Ks. Michalski czeka na pomnik

2019-05-31 18:51:42, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Siedmiu radnych było za, siedmiu przeciw i sześciu ani za, ani przeciw. To wynik wtorkowego (28 maja 2019 r.) głosowania w zielonogórskiej Radzie Miasta w sprawie postawienia pomnika księdza Kazimierza Michalskiego, pierwszego polskiego proboszcza w tym mieście. Jednak nie dlatego, że ks. Michalski był proboszczem część radnych domaga się wyniesienia duchownego na cokół. Ks. Michalski był proboszczem wtedy, kiedy działo się to, co przeszłości do historii Kościoła rzymskokatolickiego, Polski, regionu i miasta jako Wydarzenia zielonogórskie. Miało to miejsce 30 maja 1960 roku. Za niecały rok będzie 60 lat, jak tamto się wydarzyło. W Zielonej Górze już zaczęły się przygotowania do rocznicy. Odsłonięcie pomnika ks. Michalskiego ma być jednym z punktów rocznicowych obchodów. Czy tak będzie, na razie nikt tego nie wie.

W zasadzie wszyscy radni są za pomnikiem, nie wszyscy jednak wierzą, że Instytut Pamięci Narodowej dołoży się do jego budowy. Instytut nie mówi „nie”, ale i nie mówi, ile da złotówek. Zresztą nikt nie wie, ile będzie kosztował pomnik. Na razie wnioskodawcy oczekują od radnych decyzji, że są za postawieniem pomnika ks. Michalskiego. Czy to wystarczy Instytutowi do podpisania umowy z miastem, nie wiadomo. Gdyby była umowa nawet wstępna, pewnie radni mieliby mniej wątpliwości. Podobno IPN uzależnia zawarcie umowy i tym samym swój udział w partycypowaniu przedsięwzięcia od jego kosztów. Tyle że nikt nie wie, ile to będzie kosztowało. Gdyby większość radnych było za, urzędnicy magistraccy już by rozpoczęli to, co do nich należy, czyli przygotowali kosztorys i zlecili wykonanie projektu pomnika lub ogłosili konkurs. Wątpliwości radnych, którzy nie byli za, budziło i to, że jeśli koszt budowy pomnika będzie wysoki, IPN dołoży jakąś niewielką sumę, a resztę wydatków będzie musiało pokryć miasto. Jest jeszcze jedna przeszkoda, którą dostrzegli ci, którzy nie byli za. Pomnik ma stanąć na działce przy konkatedrze, która należy do Kościoła. Nawiasem mówiąc jest to miejsce pochówku ks. Michalskiego, Honorowego Mieszkańca Zielonej Góry, i dwóch innych duchownych diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.

O co chodziło w 1960 roku? Oto fragment mojego opowiadania „Wydarzenia zielonogórskie” ze zbioru „Klucz do bramy”, który ukazał się w 2009 r. Ks. Michalski odpowiada narratorowi:

− Przy placu Powstańców Wielkopolskich parafia miała Katolicki Dom Społeczny. Odbywały się tam lekcje religii, dzieci przygotowywały się do pierwszej komunii, organizowaliśmy zebrania, mieściła się stołówka i magazyn Caritas. Byliśmy gospodarzem tego budynku od grudnia 1945, kiedy to wydział nieruchomości Tymczasowego Zarządu Państwowego w Poznaniu przekazał go parafii do użytkowania. Do czasu zakończenia wojny należał on do niemieckiej gminy ewangelickiej.

− Władze zarzuciły parafii, że budynek jest niewykorzystywany?

− To też, chociaż szczegółów nigdy nam nie przedstawiono. Przede wszystkim po krótkim okresie odwilży politycznej, jaki był po Październiku 1956, rozpoczęła się walka z Kościołem. Do tego celu w każdym województwie powołano trójki partyjne. Zielonogórska trójka postanowiła odebrać naszej parafii ów Dom Katolicki.

− Zielona Góra od dziesięciu lat była stolicą województwa, powstawały nowe urzędy i instytucje, potrzebowały pomieszczeń...

− Gdyby tak ze mną rozmawiano, pewnie przekonałbym parafian, że powinniśmy przyjąć pod nasz dach orkiestrę symfoniczną, biuro Polskiego Związku Głuchych i oddział Związku Zawodowego Pracowników Gospodarki Komunalnej. Ale ze mną nie rozmawiano, mnie kazano. Najpierw więc kazano przedstawić dokument własności budynku. Potem nakazano miejskiej komisji lokalowej odebranie prawa do użytkowania tego budynku. A jeśli parafia nie dostosuje się do tej decyzji, polecono usunięcie nas.

− Czy o tym wszystkim ksiądz proboszcz informował parafian z ambony?

− Pamiętam, że kiedy w Środę Popielcową 1960 r. młody ksiądz Jan Szuścik przekazał parafianom tę wiadomość, władze natychmiast wezwały go na przesłuchanie i zastraszyły. Mnie natomiast postanowiły usunąć z parafii, ale kuria biskupia w Gorzowie nie wyraziła na to zgody. Zdawałem sobie sprawę, że długo nie będę kapłanem w Zielonej Górze, że przegram, mimo to postanowiłem wykorzystać wszystkie możliwości, jakie daje prawo.

− I wtedy chwycił się ksiądz ostatniej deski ratunku: petycji do Warszawy?

− Uradziłem z parafiami, że wyślemy prośbę o zaniechanie eksmisji do Rady Państwa z podpisami wiernych. Zebraliśmy ich około 1200. Ksiądz biskup Wilhelm Pluta poparł nasze stanowisko.

− Jaka była odpowiedź Rady Państwa?

− Na początku czerwca przyszła odpowiedź podtrzymująca decyzję zielonogórskich władz. A te wyznaczyły eksmisję na sobotę 28 maja, ale tego dnia nie wyrzucono nas z budynku. Dlaczego, tego nie wiem. Później dotarły do mnie informacje, iż obawiano się, że podczas niedzielnego kazania poświęcę temu problemowi dużo czasu, czym mogę wywołać wzburzenie zielonogórzan.

− Eksmisja rozpoczęła się w poniedziałek, 30 maja, rano?

− O ile wiem, milicja przygotowywała się do tego długo i profesjonalnie. Nie spodziewała się jednak, że będzie musiała użyć siły. Gdy w poniedziałek pracownicy Miejskiej Rady Narodowej w towarzystwie milicjantów chcieli wejść do naszego budynku, nie zostali wpuszczeni przez znajdujące się tam parafianki, w większości należące do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Niebawem na placu zebrało się, jak mi później powiedziano, około 200 osób. Milicjanci dostali rozkaz usunięcia zebranych i kobiet tarasujących wejście do Domu Katolickiego.

− Ludzie nie chcieli się rozejść, milicja więc rozpędziła ich pałkami, czy tak było?

− Nie wolno głosić haseł o równości, sprawiedliwości i  przewodniej roli mas pracujących, a potem w taki sposób rozprawiać się z narodem. Milicjanci powinni mieć w pamięci Czerwiec 1956 w Poznaniu. Ci, którzy wydali rozkaz o użyciu siły wobec mieszkańców miasta, powinni zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie to wywoła. Z własnym narodem jeszcze żadna władza nie wygrała.

− Czy ksiądz wzywał zielonogórzan do ataku na milicjantów?

− Kiedy się dowiedziałem o tym, poszedłem tam i starałem się przemówić do protestujących. Rozwścieczony tłum już mnie nie słuchał. Milicja wyrządziła mu za dużo krzywdy. Wśród zielonogórzan byli pobici, zatrzymani, zakuci w kajdanki, wycierający oczy z powodu gazu łzawiącego. Z placu i  sąsiednich uliczek ludzie zrywali kostki brukowe, obrzucili nimi milicjantów i ich samochody, wybili szyby w komendzie milicji. Centrum Zielonej Góry wyglądało jak pobojowisko.

 

Ps.

Po jednej stronie było ok. 5 tys. zielonogórzan, po drugiej Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej z Zielonej Góry, Poznania, Gorzowa, Nowej Soli, Żar i Żagania. Bitwa na kamienie, gaz łzawiący i pałki trwała od godz. 9.00 do 16.30. Władze określiły to jako zajścia chuligańskie. 38 osobom sąd wymierzył karę do roku, 34 − do dwóch lat, 24 − do trzech lat, 18 − do czterech lat, sześciu − do pięciu lat. 110 osób ukarało kolegium orzekające aresztem do dwóch miesięcy i grzywną do 2300 zł. Straty milicji to m.in. 107 funkcjonariuszy odniosło obrażenia, dwa spalone samochody, wybite szyby w komendzie miejskiej.

Wyszukaj w blogu: