W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Belii, Ludwika, Luizy , 25 sierpnia 2019

Deja vu

2019-06-12 10:23:56, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Kilka lat temu napisałem felieton zatytułowany „Na Staszica bez zmian”, którego tematem były wybory Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej Staszica. Właśnie odbywają się zebrania grup członkowskich spółdzielni, na których nieliczni spółdzielcy znów wybierają Radę Nadzorczą na kolejną trzyletnią kadencję. Piszę nieliczni, bo np. na poniedziałkowym zebraniu tzw. grupy A było niewiele ponad sto osób, co oznacza, że pofatygowało się na nie zaledwie kilka procent uprawnionych członków. Zresztą organizatorzy liczyli się najwyraźniej z taką możliwością, bo pojemność sali przygotowanej do odbycia tego zebrania była obliczona na taką właśnie frekwencję. Można przewidywać bez większego ryzyka pomyłki, że nie inaczej będzie na kolejnych zebraniach członków grup B i C, co oznacza, że w sumie weźmie w nich udział co najwyżej kilkanaście procent spółdzielców ze Staszica. Fakt ten stawia pod poważnym znakiem zapytania funkcjonowanie demokracji w tej spółdzielni, bo sprowadzenie jej do formalnego odfajkowania statutowego obowiązku odbycia zebrań członkowskich sprawia, ze mamy do czynienia z fasadową demokracją, żeby nie powiedzieć mocniej, iż jest to zwyczajna jej karykatura. Zarząd spółdzielni nie robi nic  by skłonić swych członków do tego, by zechcieli masowo uczestniczyć w dorocznych zebraniach. Wydaje się, że jest wręcz zainteresowany takim stanem rzeczy, bo nikła frekwencja umożliwia przeprowadzenie zebrań w sposób gwarantujący zarządowi osiągnięcie wszystkich zamierzonych celów, w tym najważniejszego – utrzymania władzy.

Gdy obserwowałem przebieg tegorocznego zebrania miałem poczucie swoistego deja vu, jakbym się przeniósł się do czerwca 2016 roku bo wszystko odbywało się według sprawdzonego i skutecznego schematu. Z jednej strony bowiem pojawiła się grupa społecznych entuzjastów, tym razem pod nazwą Klub Miłośników Osiedla Staszica, którzy podjęli kolejną próbę wprowadzenia swoich przedstawicieli do rady nadzorczej spółdzielni. Z drugiej natomiast znalazły się osoby zmobilizowane w różny sposób przez zarząd spółdzielni, który robi wszystko by do rady wybrano osoby namaszczone przez władze. To przecież nie może być przypadek, że w poprzednich wyborach, w których kandydowały 33 osoby w skład piętnastoosobowej rady weszli wyłącznie ci kandydaci, którzy uzyskały akceptację przedstawicieli władz spółdzielni. Mają  oni patent na to by mieć „swoją” radę nadzorczą, która nie tylko nie będzie zarządowi zarządzać, ale przede wszystkim będzie dla tegoż zarządu gwarantem nietykalności. I tak się to kręci, któryż to już rok? Gotów jestem więc postawić dolary przeciwko orzechom, że do nowej rady nie dostaną się ludzie z Klubu Miłośników Osiedla Staszica, że znajdą się w niej wyłącznie ci znani ze swej przychylności i spolegliwości wobec zarządu. Są wśród nich i tacy, którzy w tej radzie już wcześniej byli i musieli ją opuścić na jedną kadencję bo ktoś wymyślił taki głupi przepis, że w radzie nie można zasiadać dłużej niż przez dwie kadencje. Ale po przerwie można do niej wrócić. Ot taki patent stosowany już przez Putina.

Symbolem rządów długowiecznego kierownictwa SM Staszica jest jej stosunek do zgłaszanego od lat postulatu utworzenia strony internetowej spółdzielni, która może być przecież doskonałym środkiem komunikowania się  zarządu z mieszkańcami osiedla. Zarząd nie ustaje w wysiłkach by wymyślać rozmaite przeszkody uniemożliwiające jej utworzenie. Ponoć jest to niesłychanie kosztowne przedsięwzięcie wymagające zatrudnienie dodatkowego specjalisty, czyli dodatkowe koszty w funkcjonowaniu spółdzielni. Czyli to wszystko z troski o interes mieszkańców Staszica, którzy i bez tego  nie wiadomo dlaczego płacą bodaj najwyższe czynsze ze wszystkich gorzowskich spółdzielni. Strona internetowa wymuszałaby także większą transparentność w działalności spółdzielni, informowania choćby o przetargach i ich wynikach, trzeba by odpowiadać na rozmaite postulaty i pretensje, co mogłoby mącić tak cenny święty spokój. A przecież na tym zarządowi najbardziej zależy. Kolejne decyzje o podniesieniu czynszu są przekazywane bez słowa wyjaśnienia, czy uzasadnienia. Spółdzielcy są traktowani jak zło konieczne, potrzebne wyłącznie do  płacenia  czynszu bez żadnego szemrania.  Prezes spółdzielni składając sprawozdanie żonglował rozmaitymi liczbami, których i tak nikt nie zapamiętał, ani słowem nie zająknął się natomiast na temat działań mających na celu obniżanie kosztów funkcjonowania spółdzielni, które mogłyby uchronić mieszkańców przed kolejnymi podwyżkami. Taka ciekawostka.

Zarząd traktuje tych wszystkich, którzy chcieliby coś zmienić w życiu osiedla, w działalności spółdzielni niemal jak osobistych wrogów. Zamiast wykorzystać ich entuzjazm, zaangażowanie, świeże pomysły, obawia się o swoje stołki, bo kandydowanie do rady nadzorczej bez ich namaszczenia uważne jest za realną groźbę wybrania nowego zarządu.

Osiedle Staszica ma wiele nierozwiązanych problemów; na przykład  przez lata trzeba było się domagać likwidacji gazowych piecyków w łazienkach. Ciągle nam opowiadano, że się nie da, że warunki techniczne, że rujnowanie łazienek itd. W końcu okazało się, że wcale nie było to takie trudne, ani nawet nie tak kosztowne.

Zarząd nie robi nic dla rozwiązania jednej z największych bolączek osiedla – deficytu miejsc parkingowych. Problem będzie z każdym rokiem narastał, a my słyszymy wyłącznie biadolenie, że nie ma wolnego terenu, że nie ma żadnego wyjścia, ani pomysłu. To rzeczywiście trudny problem, ale przecież my wszyscy płacimy zarządowi za to by skutecznie rozwiązywał problemy, a nie  za  narzekanie, że się nie da.

Mam tylko nadzieję, że ludzie działający w Klubie Miłośników Osiedla Staszica nie zakończą swej aktywności po wyborach, że nadal będą punktować błędy zarządu, zgłaszać nowe pomysły i projekty. Mam bowiem wrażenie, że ich obecność na osiedlu już przyniosła pozytywny skutek w postaci zwiększonego zainteresowania sprawami osiedla, że zaczyna się tworzyć jakby zaczątek osiedlowej wspólnoty, która przecież jest podstawą idei spółdzielczości. Może to początek zmiany?

Wyszukaj w blogu: