W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

Ludzie książki piszą

2019-07-08 11:47:24, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Losy całych pokoleń Polaków są wyjątkowo powikłane, a historyczne okoliczności sprawiły, że życie wielu naszych rodaków to gotowy scenariusz filmowy, czy materiał na pasjonującą opowieść książkową. Ale nie tylko dlatego mamy teraz takie czasy, że kto żyw pisze książki. Wszelkiej maści celebryci, osoby znane z tego, że są znane, aktorzy mający swoje przysłowiowe pięć minut, piłkarze   walczący nie o piłkę na boisku, a bardziej zmagający się z alkoholowym nałogiem; wszystkich męczy literacki talent i potrzeba podzielenia się swoimi mądrościami. Nie brakuje więc ghostwriterów, czyli inteligentnych maszyn do pisania, którzy tym wynurzeniom nadadzą w miarę zgrabną formę, zadbają o poprawną polszczyznę, wymyślą chwytliwy i sensacyjny tytuł, a komputerowiec przy pomocy jakiegoś programu graficznego przygotuje krzykliwą okładkę i gotowe – pozostaje tylko czekać na to, aż konto zacznie puchnąć od tantiem, praw autorskich, procentów od sprzedaży itd.

W tym powszechnym pędzie do zdobycia pisarskiej sławy zdarzają się i inne motywacje. Są i tacy, którzy piszą swe wspomnienia z przeznaczeniem dla najbliższych, by potomni i ci żyjący, i ci przyszli, mogli poznać koleje życia swojego przodka, by zrozumieli, ile z jego filozofii życia odziedziczyli, co mają mu do zawdzięczenie.

I taka właśnie perełka wpadł mi ostatnio w ręce. Oto z inspiracji śp. Artura Bryknera, dziennikarza Gazety Wyborczej, swoje życie opisał Augustyn Kunik. Człowiek zwyczajny, znany przede wszystkim w swojej małej ojczyźnie, niewielkiej wiosce Goszczanowie, gdzie był wieloletnim sołtysem, człowiekiem powszechnie szanowanym i cenionym. Artur Brykner zadbał o to, by te wspomnienia zostały wydane w formie niewielkiej książeczki, w zaledwie kilku, czy kilkunastu egzemplarzach przeznaczonych przede wszystkim dla najbliższych, dzięki czemu stanowi prawdziwy rarytas wydawniczy.

Na kilkudziesięciu stronach książki Augustyn Kunik opisuje dzieje przeciętnego Polaka. Najpierw dramatyczne losy żołnierza walczącego w kampanii wrześniowej, w trakcie której cudem, a raczej dzięki pomocy dobrych ludzi, jak choćby żołnierza radzieckiego, uniknął śmierci. Ale byli i tacy sołdaci, którzy zamierzali go obrabować ze skromnego żołnierskiego dobytku. Zestawienie tych dwóch epizodów potwierdza jego przekonanie, że nie ma złych narodów, są tylko źli jego przedstawiciele, więc trudno u niego znaleźć tak częstą u Polaków niechęć do Rosjan, wynikającą z  nieuprawnionych uogólnień. Tak samo nie żywi on nienawiści do Ukraińców, mimo tego że był o włos od śmierci z rąk banderowców. Bo był i taki Ukrainiec, który mimo otrzymanego rozkazu nie zabił go za co zapłacił własnym życiem. Nic więc dziwnego, że jeden z podrozdziałów jego wspomnień nosi tytuł „Ukrainiec wróg i brat”.

Lata wojennej okupacji pełne były dramatycznych zwrotów wydarzeń; bo działalność w szeregach Armii Krajowej, bo walka z ukraińskimi nacjonalistami, bo wywózka do obozu i rozłąka z rodziną. Niby nic nadzwyczajnego, bo takie były koleje losu wielu tysięcy Polaków, ale nagromadzenie tylu tragicznych faktów wystarczyłoby na co najmniej kilka życiorysów.

Bardzo ciekawie pisze Augustyn Kunik o budowie nowego życia na Ziemiach Odzyskanych. Kiedy doszło już do szczęśliwego połączenia całej rodziny swoje miejsce na ziemi odnalazł we wspomnianym Goszczanowie. Dla badaczy dziejów regionu wspomnienia Augustyna Kunika będą nieocenionym źródłem wiedzy, jakiej nie sposób znaleźć w żadnym podręczniku historii. Choćby  wybór pana Kunika na funkcję sołtysa pokazują jak takie wybory w tamtych czasach się odbywały. Jest też wiele historii mówiących o trudach prowadzenia gospodarstwa rolnego, tym bardziej że Augustyn Kunik oprócz własnego gospodarstwa był także instruktorem rolnym na cały powiat. Jest mowa o przymusowej kolektywizacji, której długo Kunikowi udawało się uniknąć, ale w końcu i on musiał wstąpić do miejscowej spółdzielni, kołchozu jak to się wtedy mówiło.

Wspomnienia Augustyna Kunika kończą się na roku 1965, kiedy Goszczanowo z ubogiej, kiepsko zagospodarowanej wioski, stało się kwitnącą miejscowością, w znacznej mierze dzięki wysiłkom wieloletniego sołtysa.

Książeczka jest ilustrowana fotografiami ze zbiorów autora, a także rysuneczkami, jak się można domyślać autorstwa jego dzieci.

Jest także glossa Artura Bryknera, zawierająca opis drogi bojowej 53 pułku piechoty, którego żołnierzem  był Augustyn Kunik i opis dziejów Goszczanowa.

Książkę tę po raz pierwszy miałem w ręku w obecności byłego dyrektora gorzowskiej książnicy Edwarda Jaworskiego. Widziałem jak mu się oczy zaświeciły na jej widok, słyszałem jak gorąco namawiał właściciela tego egzemplarza wspomnień, syna pana Kunika – Mariana, by zechciał go przekazać do zasobów bibliotecznych. Być może tak się stanie, by szersze grono czytelników mogło docenić książkę o tytule „... I wszystko dobrze się skończyło”.

PS.

Muszę  sprostować pewną nieścisłość, jaką bezwiednie pomieściłem w jednym ze swoich poprzednich blogów, na którą uwagę zwróciło mi kilka osób, m.in. pani Katarzyna Miczał i pan Andrzej Trzaskowski. Otóż napisałem, że w Dniach Gorzowa zabrakło przedstawicieli miast partnerskich Herfordu i Sum,  gdy tymczasem w „ukraińskim” koncercie wystąpił Wasilij Zhadan, piosenkarz wywodzący się właśnie z Sum. Do jego występu nie dotrwałem, czego bardzo żałuję, bo ponoć stał na bardzo wysokim poziomie artystycznym. Nie zmienia to jednak mojej oceny, że w miejskim święcie powinni brać udział reprezentanci miast partnerskich Gorzowa  w znaczącej i powszechnie  zauważalnej obecności.

Wyszukaj w blogu: